Portal "Muzyka Mistrzów w
Internecie", składa się z stron:
Bach,
Beethoven,
Chopin,
Mozart
w języku polskim oraz
angielskim.
The Classical Archives is the Largest Classical Music Site
on the Internet. "Muzyka
Mistrzów w Internecie", to przedsięwzięcie mające za zadanie pokazywać, i
nauczać kultury muzycznej oraz wskazywać jej tajniki. Portal "Muzyka Mistrzów w
Internecie", pojawił się w 2000 roku. Jego założycielem i wydawcą jest
Tadeusz M. Dobrowolski. Portal "Muzyka
Mistrzów w Internecie", to przystań internetowa dla osób z polski i zagranicy,
oferujący informacje o tematyce z muzyki poważnej. Każdy kto tu trafi, z
przyjemnością odkryje coś dla siebie. Serdecznie zapraszamy do
MMwI.
Tadeusz M. Dobrowolski
Co mogło zabić L. Beethovena?
Wybitni
naukowcy zaczęli spekulacje o tym, co naprawdę mogło zabić geniusza symfonii
Ludwiga van Beethovena, niemal natychmiast po jego pogrzebie w roku 1827.
Beethoven narzekał na „nędzną egzystencję” z długą listą objawów: ból brzucha,
problemy z trawieniem, kolka, przewlekłe zapalenie oskrzeli, nieprzyjemny
zapach ciała, niezwykle cuchnący oddech - oczywiście również, miał problem ze
słuchem. Piętnaście lat temu, naukowcy - wśród których był ten, który badał, czy
Napoleon zmarł z powodu zatrucia arszenikiem i czy farba na Całunie Turyńskim,
pochodzi z czasów Chrystusa - badali kosmyki włosów Beethovena i wykluczyli
syfilis, jako przyczynę śmierci. Nieoczekiwanie znaleźli objawy zatrucia
ołowiem. Pięć lat temu badania różnych kosmyków włosów Beethovena i malutkiego
kawałka jego czaszki ponownie wskazały na ołów. Jak twierdzą specjaliści,
którzy badają szczątki
Beethovena, że może to wyjaśnić sprawę jego osławionego temperamentu i
problemów z pamięcią. Niektórzy wskazywali, że pił za dużo taniego wina, które
w XIX wieku było słodzone ołowiem, aby ukryć gorycz. Ale dr Andrew
C. Todd, ekspert od zatruć ołowiem z Mount Sinai School of Medicine w Nowym
Jorku, badał ten sam fragment czaszki Beethovena, który poddano testom w 2005
roku, wraz z innym, większym fragmentem. Naukowiec powiedział, że ogółem nie
znalazł więcej ołowiu niż w czaszce przeciętnej osoby. Beethoven nie był
narażony na kontakt z ołowiem przez długi czas - powiedział Todd. - Myślę
więc, że możemy przestać uważać ołów za główny czynnik w jego życiu.
Ustaleniami Todda z Mount Sinai zaskoczony jest William R. Meredith,
specjalista od Beethovena, który przywiózł fragmenty czaszki do Nowego Jorku
ze swojej bazy w Kalifornii. Jak mówił, oczekiwał, że badania Todda wykażą
podwyższony poziom ołowiu, ponieważ wcześniejsze testy włosów Beethovena
wskazywały na zawartość ołowiu znacznie powyżej normy. To powrót do punktu
wyjścia dla naukowców i lekarzy - mówi Meredith. Jak ocenia, wartość badań
Todda polega na tym, że wykazały, jak wiele – a właściwie: jak mało - ołowiu
było we fragmentach czaszki. Todd obiecał precyzyjne pomiary, a po dwóch
dniach testów w Mount Sinai powiedział, że większy z dwóch fragmentów czaszki
zawierał 13 mikrogramów ołowiu na gram, co nie przekracza znacząco wartości,
jakich można się spodziewać u człowieka w wieku Beethovena (56 lat). Mniejszy
fragment zawierał znacznie więcej - 48 mikrogramów na gram - i Todd nie mógł
wyjaśnić tej różnicy. Ołów gromadzi się w organizmie, toteż można oczekiwać
wzrostu jego poziomu wraz z wiekiem danej osoby, nawet jeśli nie jest narażona
na nadmierne stężenia, chociażby kontakt z farbą zawierającą ołów. Meredith
mówi, że jeśli testy nie wyjaśniły, co zabiło Beethovena, to przynajmniej
wskazały, co można wykluczyć jako przyczynę śmierci. Ludzie pytają, czy zmarł
z powodu picia wina śliwkowego, żucia ołówka, od jedzenia ryb, które zostały
zatrute - mówi Meredith, profesor San Jose State University i dyrektor Ira F.
Brilliant Center for Beethoven Studies. - Teraz wiemy, że wszystkie te pytania
są niepotrzebne. Nie musimy szukać dookoła źródła toksycznego narażenia na
ołów. William J. Walsh, specjalista medycyny sądowej z Illinois, który
koordynował wcześniejsze badania zauważył, że Todd badał tylko fragmenty
czaszki, a nie próbki włosów. Ale zgodził się z poglądem, że Beethoven był
narażony na kontakt z ołowiem tylko przez krótki czas, pod koniec swojego
życia. Podobnie jak badania Walsha, z których część została przeprowadzona w
Argonne National Laboratory w Illinois, analizy z Mount Sinai obejmowały wiele
pomiarów fluorescencji rentgenowskiej. Według Todda materiał z czaszki był
podobny do kości nóg, które bada, aby ustalić, czy u kogoś doszło do zatrucia
ołowiem. Wiadomo, że zatrucie powoduje drażliwość, utratę energii, bóle głowy
i osłabienie mięśni: wszystkie te objawy występowały u Beethovena. W wieku 56
lat Beethoven miał problemy zdrowotne. Kilkakrotnie nakłuwano mu brzuch, by
usunąć nadmiar płynu, a jedną z zastosowanych przed śmiercią kuracji, było
podawanie napojów owocowych. - Jego lekarz zauważył - a może wiedział od dawna
- że Beethoven jest miłośnikiem wzmacnianego wina - pisze biograf Edmund
Morris w "Beethoven: The Universal Composer". Jak nietrudno było przewidzieć,
Beethoven nadużył przepisanej kuracji, upił się i miał biegunkę. Niektórzy
współcześni lekarze twierdzą, że były to objawy choroby wieńcowej, inni myślą
o toczniu. Jego ostatnie lata były takie ponure – mówi pianistka Susan Kagan,
emerytowana profesor Hunter College w Nowym Jorku, która zajmuje się
Beethovenem – Tak bardzo cierpiał fizycznie Jego listy to jeden krzyk bólu po
drugim. Nie wiem, czy był źle leczony przez lekarzy, ale w owych czasach ich
wiedza była niewielka w porównaniu z tym, co wiedzą obecnie. Wlewanie gorącego
oleju do uszu - czy możesz to sobie wyobrazić? Ciało Beethovena zostało
ekshumowane w 1863 roku, wraz z ciałem Franza Schuberta, który został
pochowany w tym samym cmentarzu w Wiedniu. - Głównym celem było oczywiście
uzyskanie czaszek - pisał przyjaciel Beethovena, który zabrał do domu kilka
kawałków czaszki kompozytora i dumnie umieścił je przy swoim łóżku. Wśród nich
były dwa, które Todd badał w Mount Sinai. To, co odkryliśmy nie podważa
możliwości, że uległ ostremu zatruciu maściami, które zostały nałożone na rany
brzucha - mówi Todd. Ale jak dodaje, to nie zabiłoby kompozytora.
(ted)
Krótka biografia L. Beethovena
Ludwig van
Beethoven, największy kompozytor w historii, urodził się w Bonn w 1770r.
Bardzo wcześnie ujawnił swój talent; jego pierwsze opublikowane utwory
pochodzą z 1783r. Jako młody człowiek odwiedził Wiedeń, gdzie poznał Mozarta;
ich znajomość trwała stosunkowo krótko w 1792r. Beethoven powrócił do Wiednia
i przez pewien czas studiował kompozycję pod kierunkiem Haydna, czołowego
wówczas kompozytora wiedeńskiego. W Wiedniu, który był w tym czasie muzyczną
stolicą świata, Beethoven miał spędzić resztę swojego życia. Niezwykła
wirtuozeria Beethovena w grze na fortepianie robiła wrażenia wszystkich
słuchaczach; dzięki temu szybko zyskał on powodzenie jako wykonawca, a także
jako Nauczyciel. Dużo komponował i już w wieku dwudziestu paru lat bez kłopotu
sprzedawał je wydawnictwom. Gdy Beethoven zbliżał się do trzydziestki,
pojawiły się pierwsze oznaki zanikania słuchu. Bardzo przejęty złowieszczymi
oznakami, myślał przez pewien czas o samobójstwie. Lata 1802 - 1815 uważane są
za okres środkowy kariery Beethovena. W miarę nasilania się utraty słuchu
zaczął unikać ludzi. Jednak nadal wiele komponował, lecz nie przywiązywał wagi
do upodobań ówczesnych słuchaczy, lecz mimo to nadal osiągał sukcesy. Przed
ukończeniem Pięćdziesięciu lat Beethoven ogłuchł zupełnie. Komponował coraz
mniej głównie dla siebie i dla przyszłych a nie teraźniejszych audytoriów,
zaprzestał występów. Podobno powiedział kiedyś krytykowi:
"to nie dla was, to
dla przyszłych czasów". Gdyby Beethoven nadludzkim wysiłkiem woli, mimo
głuchoty utrzymał dotychczasowy poziom swoich kompozycji, był by to
niewiarygodny wyczyn.
Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej
zaskakująca i zdumiewająca - właśnie w okresie zupełnej głuchoty powstały
największe arcydzieła - jego sztuka wzniosła się na jeszcze wyższy poziom.
Kompozytor zmarł w Wiedniu w roku 1827 w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat.
(ted)
Twórcza jesień kompozytorów
Często
lub sporadycznie, od dwóch lat systematycznie, miałem wielką przyjemność oraz
satysfakcję spotykania się z różnymi miłośnikami muzyki poważnej. Opowiadania o
muzyce i prezentowania muzyki nie miały końca. Ale nie miałabym tej możliwości,
gdyby nie wielowiekowe dokonania w tej dziedzinie całej plejady wielkich i nieco
skromniejszych kompozytorów, którzy swój talent przekładali na osiągnięcia
służące kolejnym pokoleniom. Nie tylko ich następcom, korzystającym ze zdobyczy
poprzedników, ale i nam, odbiorcom sztuki sprawiającej radość, upiększającej
dobre chwile, ułatwiającej chwile trudne, czyniącej nas lepszymi, ale także
wskazującej, jak można żyć piękniej, mądrzej, inspirującej do podejmowania
pewnych działań w różnych sytuacjach i na różnych etapach naszej ziemskiej
wędrówki. Bardzo uczenie brzmi temat tej konferencji. Trochę mnie to onieśmiela.
Ja po prostu raz jeszcze w tym roku akademickim opowiem Państwu o muzyce. Do tej
opowieści dość starannie i celowo wybrałam sylwetki dwóch kompozytorów, bo ich
różne osobowości i charaktery, koleje życia i doświadczenie życiowe mogą być
pewnym drogowskazem dla naszych różnych usposobień i charakterów, dla naszych
różnych kolei i doświadczeń życiowych. Jeden był dość porywczy, wiecznie
skłócony ze Stwórcą, światem i samym sobą, srogo doświadczony przez los. Drugi
pogodny, dobrotliwy, przyjaźnie nastawiony do otoczenia, nie mający większych
problemów, może poza kłótliwą żoną, choć i tę "przypadłość" traktował z podziwu
godnym spokojem. Byli to dwaj wielcy klasycy:
Ludwig
van Beethoven (1770-1827) i Joseph Haydn (1732-1809) oraz
Jan
Sebastian Bach (1865 - 1750). Z twórcami jest jak z
dziećmi kształconymi w określonym kierunku. Jedne od początku okazują się
wielkimi talentami, a czas te talenty permanentnie uszlachetnia. Inne dobrze się
zapowiadają, ale potem jakoś nic z tego nie wychodzi. U innych postęp następuje
bez oszałamiających skoków, za to systematycznie. Jeszcze inne, niby zdolne, ale
z trudem pokonują początki, by potem nagle rozkwitnąć pełnią swego talentu. W
historii muzyki mieliśmy też do czynienia i z kompozytorami, którzy okazawszy
się "cudownymi dziećmi" pozostali wielkimi twórcami, jak choćby
Wolfgang
Amadeusz Mozart (1756-1791) czy
Fryderyk
Chopin (1810-1845). Inni swoje najlepsze dzieła stworzyli w młodym wieku i
już potem niczego wielkiego nie dokonali, jak np. Gioacchino Rossini
(1792-1868), który swoją najlepszą operę "Cyrulika Sewilskiego" skomponował w
wieku 24 lat (podobno w 13 dni). Dziś nie chce się w to po prostu wierzyć. A
przecież jeden z ówczesnych jego rywali, także Włoch Gaetano Donizetti, gdy mu o
tym powiedziano, miał wzruszyć ramionami i oświadczyć: - Nie widzę w tym nic
osobliwego, Rossini zawsze pisał bardzo powoli. - Na ogół jednak szczytowe
osiągnięcia kompozytorów przypadały na późny okres ich życia i twórczości. Pracę
nad partyturami największych swoich dzieł: IX Symfonii d-mol i Missae solemnis
Beethoven ukończył w 1823 roku. Były to lata ostatecznego dojrzewania
artystycznego mistrza, ale zarazem okres coraz dotkliwszej samotności, rozterek,
narastającego oporu i rozczarowania w stosunku do ludzi i świata. Beethoven był
wprawdzie najsławniejszym muzykiem swoich czasów, ale i najnieszczęśliwszym z
nich. Od siedmiu lat nie słyszał już wcale. Był uwikłany w niekończące się
procesy sądowe, zabiegał bowiem, tyle uparcie co bezskutecznie, o prawo do wychowywania ukochanego bratanka, jedynej na świecie osoby, na którą przeniósł
nagromadzone w sercu uczucia rodzinne. Borykał się też z kłopotami materialnymi,
bo wojny napoleońskie doprowadziły do katastrofalnej dewaluacji pieniądza.
Sytuacja polityczna też napawała go pesymizmem. Narody, którym sprzyjał w ich
walce o wolność, zawiodły się na postanowieniach Kongresu Wiedeńskiego.
Zwycięzcy alianci nie pragnęli niczego innego, jak tylko przywrócenia "dawnego
dobrego porządku", czyli władzy absolutnej, tą zaś Beethoven pogardzał z całego
serca. Wszystko to napełniało go zniechęceniem i goryczą. Do tego jeszcze gazety
rozpuściły pogłoski o rzekomym wyczerpaniu się jego twórczej inwencji. Nikt
bowiem nie podejrzewał nawet, że właśnie teraz geniusz stworzył dwa gigantyczne
arcydzieła: Mszę uroczystą i IX Symfonię. Beethoven zdawał sobie oczywiście
sprawę z rangi swych dokonań i tym boleśniej zraniły go te pogłoski. Zamierzał
nawet przenieść prawykonanie obu dzieł do Berlina, gdzie natychmiast
zadeklarowano gotowość oddania do jego dyspozycji Sali Teatru Narodowego. Na
szczęście wiedeńczycy dowiedzieli się o tym w porę. Grono luminarzy życia
artystycznego opublikowało w miejscowej "Gazecie Teatralnej" prośbę d mistrza,
by nie pozbawiał Wiednia zaszczytu pierwszego wykonania nowych utworów.
Beethovena wzruszył ten hołd. Zgodził się. Koncert odbył się 7 maja 1824 roku.
Po IX symfonii wybuchła spontaniczna owacja. Wszyscy jakby zdali sobie nagle
sprawę, że być może po raz ostatni składają hołd największemu z żyjących
kompozytorów. On sam nie słyszał już nic. Stał twarzą do orkiestry i chóru
zapatrzony w swoje nuty. Dopiero jedna z solistek pociągnęła go lekko za rękaw i
łagodnie odwróciła w stronę publiczności. Wiele osób z trudem powstrzymywało
łzy. "Oda do radości", do braterstwa i miłości - oto co obwieścił światu ten
głuchy geniusz, sterany w walce z własnym kalectwem, samotnością i obojętnością
ludzi. Teraz, gdy przeszedł wszystkie stopnie rozczarowania, gdy zbliżał się do
kresu swej ziemskiej wędrówki, zdobył się raz jeszcze na apel, na wyznanie, że
wiara w dobro jest silniejsza ponad wszystko. Jakoż i potęga jego myśli żyje
pośród nas dzięki jego muzyce. Niezłomna konsekwencja i stałość w dążeniu do
celu były zasadniczymi cechami natury
Josepha Haydna, najstarszego z klasyków
wiedeńskich. Podziw, jaki go otaczał za życia, był głównie rezultatem
szczególnych cech jego ewolucji twórczej. Ponieważ dzieła młodego kompozytora
nie przejawiały żadnych cech niezwykłych, czy nowatorskich, nikogo nie drażniły.
Haydn zbudował podstawy swego rozgłosu już w wieku niespełna trzydziestu lat.
Później jego rozwój i ekspansja dokonywały się w tak wolnym tempie, że nawet
wrogowie mogli to zaakceptować. W ostatnim okresie twórczości świadom był faktu,
że jego dzieł słucha cały świat muzyczny, dążył do nadania im takiego kształtu,
który zachowałby swój walor w miarę upływu lat. Sędziwy kompozytor raz po raz
wyrażał w sposób wzruszający nadzieję, że "nie wszystek umrze, lecz będzie żył
nadal w swojej muzyce". Dojrzały mistrz zdobywał wszystkie serca humorem i
imponującą przystępnością swego języka muzycznego. Bystry obserwator, widział
wszystko wokół siebie, patrząc na świat jasnym, przenikliwym wzrokiem i z nigdy
niesłabnącym zainteresowaniem. Był bardzo wrażliwy na przyrodę. Uwielbiał
polowania i rybołówstwo, znał życie wielu zwierząt i nie dziwi fakt, że w
oratorium będącym ukoronowaniem całego jago życia, chwalił dzieło stworzenie we
wszystkich jego przejawach, zarówno tych największych, jak
i najmniejszych. Sens
słów "Laus Deo" ("Chwała Bogu") na końcu niemal każdego rękopisu Haydna
urasta do ponadnaturalnych rozmiarów właśnie w oratorium "Stworzenie świata". Z
umiłowania tego świata wyrastała u Haydna jego postawa pełna radości i
afirmacji. Nawet w późnym wieku promienna pogoda ducha nie opuszczała go.
Wyrosła na gruncie szlachetnego człowieczeństwa i zwycięskiego optymizmu, nie
słabnących przez wszystkie zmienne koleje długiego i pracowitego życia,
przejawiała się nieustannie. Haydn uważał za swą misję dzielenie się z bliźnimi
tym wyjątkowym darem. Wzruszająco wyraził
to w liście do swych wielbicieli, napisanym w wieku siedemdziesięciu kilku lat:
"Często, gdy walczyłem z różnego rodzaju przeciwnościami przeszkadzającymi mi w
pracy, często, gdy słabły moje siły czy to fizyczne, czy umysłowe i gdy miałem
trudności w wytrwałym kroczeniu po drodze, na którą wszedłem, coś tajemniczego
szeptało mi: - Jest na tym padole niewielu zadowolonych i szczęśliwych; wszędzie
panuje smutek i troska; być może pewnego dnia twoja praca stanie się źródłem, z
którego zmęczeni czy przygnębieni kłopotami ludzie będą mogli zaczerpnąć parę
chwil odpoczynku i pokrzepienia." Cóż za potężny motyw dążenia naprzód. Muzyka,
to bardzo wrażliwa, część ludzkiego przeczuwania nad czułością wszechświata.
(ted)
Nie zarzekajmy się muzyki!
Gdy spotykam się z kolegami, zarzekają się w duchu, i głośno mówią (cytuję):
"weź tą swoją muzykę poważną -
Bacha,
Beethovena,
Chopina,
Mozarta i słuchaj sam, a nam włącz jakąś muzykę z innego gatunku, ok.
Przyzwyczaiłem się do ich krytycznej reakcji, ale zawsze chciałem, żeby
poznali chociaż
odrobinę wielkiego zasobu, jaką oferuje nam muzyka poważna.
Być może i ty powiesz, że muzyka klasyczna, jest stara i oklepana, więc i nudna. Powstała przecież tak dawno.
Zmieniała style, a ilu wspaniałych kompozytorów wychowało się i wyrosło do
rangi geniuszu muzycznego. W każdym
sklepie muzycznym spotkasz półkę z "classikami".
To prawda, ludzie nie walą drzwiami i oknami do sklepu, ale zazwyczaj ktoś
jest zainteresowany jej propozycjami. Tak samo jest z książkami:
"Odyseję" czy "Iliadę".
Napisano kilkanaście wieków temu, a cieszą się powodzeniem. Podobnie wiele firm jest
cenionych za to, że przetrwały przez długie lata na rynku. Często z chęcią
wracamy do starych, sprawdzonych rzeczy. Dlaczego więc nie postąpić tak z
muzyką klasyczną? Właściwie co nam szkodzi? Tak więc spróbujmy! Nie wiesz,
gdzie szukać? Nie znasz się na tym? Nigdy niczego takiego nie słyszałeś? Na
ostatnie pytanie nie możesz odpowiedzieć twierdząco. Nie słyszałeś? No,
rozumiem, nie słuchałeś. Ale nie to pierwsze. Przypomnij sobie stare
krótkometrażówki Disney'a. Wyobraź sobie mały domek gdzieś w lesie, poranek,
cisza, spokój, ogólnie sielanka. Słyszysz muzykę, jest jakaś taka lekka,
radosna, nawet ptaki świergotają, lecz przewija się w niej nutka napięcia -
może to chmura przesłaniająca słońce? Właściwie przyjemnie posłuchać jej bez
oglądania perypetii bohaterów. To właśnie klasyka - usłyszałeś utwór albo
Bacha, albo Mozarta. Piszę "albo, albo" gdyż
dzieła obu kompozytorów są zamiennie wykorzystywane dla
"ilustracji" poranków. Czy to jest poważne, ponure, a może pompatyczne?
Absolutnie nie! Wiele razy, słuchając klasyków, odczuwałem radość, a może
nawet satysfakcję z odkryć typu: "ja to skądś
znam, a z tej kreskówki". Chociaż ostatnio, gdy słyszę jakiś podkład w
programie telewizyjnym, zauważam inaczej: "to "Alla
turca" ("Marsz turecki"). A teraz coś z
innej beczki. Pamiętasz "Kankana"? Znane, co?
Takie "coś" tańczono w Moulin Rouge, czy też
innych paryskich kabaretach. A ile teraz dzięki niemu zabawy! Wiele osób lubi
wygłupiać się przy tym kawałku. Lubi się wygłupiać przy muzyce poważnej,
muzyce klasycznej. Nie zastanawiasz się nad pochodzeniem tego kawałka -
to logiczne, ale dzięki temu się nie uprzedzasz do niego. Czy
"wygłupiać się"
i klasyka się wykluczają? Jak widać na powyższym przykładzie, jednak nie!
Jednymi z moich ulubionych utworków są: "Taniec piskląt
w skorupkach" Musorgskiego i "Lot trzmiela" Rimskiego - Korsakowa.
Obydwa utwory to ilustracje muzyczne, które przedstawiają bardzo przyjemny
temat - zwierzątka. Same też są przyjemne, jak ich bohaterowie - zawsze
zdawały mi się dowcipne, choć to moje osobiste zdanie. Uważam, że przewagą
klasyki nad innymi nurtami muzycznymi jest jej różnorodność; to, że u jednego
kompozytora można spotkać utwory wesołe, prawie taneczne, ponure i smutne czy
też wzruszające i wzbudzające podziw swą monumentalnością. Skoro klasyka jest
taka uniwersalna, to właściwie dlaczego gonimy za nowościami? Po to, żeby być
na topie, słuchać tego, co modne? Szczerze mówiąc, sam nie mam pojęcia o
"nowoczesnej" muzyce, której słucha większość
moich kolegów i koleżanek. Jednak nigdy tego nie żałowałem i chyba nie muszę
czuć się gorszy. Tak więc nie zarzekajmy się muzyki i przyjemnego słuchania!
(ted)
W krzyżu Cierpienie
Człowiek od zawsze poszukuje Boga, "nasłuchuje",
"przeczuwa", próbuje zgłębić tajemnicę istnienia, szuka drogi prowadzącej ku
szczęściu, "ścieżki miłości, światła, pokoju i braterstwa". Doświadczenie
obecności Stwórcy, poznanie Go, jest dla wielu problemem całego życia. Czasem
bywa i tak, że zniechęcenie człowieka i "cisza" z drugiej strony prowadzą do
agnostycyzmu lub do różnych form negacji istnienia Boga i elementu
transcendentnego w człowieku.
Poszukiwania teologów
Jedną z wielu możliwości poszukiwań jest
teologia, postrzegana jako nauka o Bogu, a także jako słowo (logos) o Słowie
Wcielonym, jako próba mówienia o Nieskończonym. W ciągu wieków dyscyplina ta
wypracowała własny przedmiot, metody, język... Wszystko po to, aby poznać
Niepoznawalnego. Jeden z najbardziej przenikliwych teologów naszych czasów -
biskup Walter Kasper - problematykę teologiczną ustawia w perspektywie pytań o
istotę zła i niezawinionego cierpienia. Taka próba znalezienia odpowiedzi na
nurtujące człowieka pytania jest głęboko osadzona w doświadczeniu ludzi żyjących
po hekatombie wojen i kataklizmów naszych czasów. Człowiek, nie tylko ten, który
doświadczył gehenny wojny, spotyka się z cierpieniem, niesprawiedliwością,
bólem, chorobą, śmiercią. Dlatego też "pytanie o Boga jest dla cierpiących
pytaniem o współcierpienie Boga, identyfikację Boga z cierpieniem i śmiercią
człowieka". O solidarności cierpiącego Boga z cierpiącym człowiekiem dowiadujemy
się nie tylko z ewangelicznych opisów męki Pańskiej czy z dzieł Ojców Kościoła i
teologów. Cierpienie Zbawiciela, przyjmującego ofiarę każdego cierpiącego
człowieka, zajmuje poczesne miejsce w nauczaniu Kościoła, również i we
współczesnych jego formach (np. w Katechizmie Kościoła Katolickiego czy
encyklikach Jana Pawła II: Redemptor hominis i Dives in Misericordia).
Droga muzyków
Osoby odznaczające się większym stopniem
wrażliwości, np. twórcy sztuki, często w swoich dziełach, ilustrując przeżywane
cierpienie osobiste lub zbiorowe, dochodzą do mistycznego doświadczenia Boga -
Jego obecności, przemożnej opieki i delikatnej Ojcowskiej miłości. Wielki klasyk
- Ludwik van Beethoven (1770-1827), 6 października 1802 roku, jako dojrzały
kompozytor, w obliczu totalnej utraty słuchu napisał słynny list do braci, tzw.
Testament heiligenstadzki, odsłaniający rozmiary przeżywanej tragedii. Autor
Missa Solemnis ukazuje się potomnym jako artysta pozbawiony podstawowego
"narzędzia pracy", a jednocześnie wyrażający silną wolę realizacji swojej misji.
Wprost zwraca się do Wszechmogącego: "Boże, który oglądasz tajniki mojej duszy,
Ty znasz moje serce i wiesz, że pełne jest miłości i pragnienia, by czynić
dobro. (...) Kiedy będę mógł usłyszeć i odczuć w świątyni natury i w zetknięciu
z człowiekiem echo prawdziwej radości?". Miłość, dobro, radość i cierpienie - to
wartości, których można się doszukać między nutami kompozycji stworzonych przez
geniusza. Jedno z ostatnich dzieł Beethovena - IX Symfonia ze słynną Odą do
radości - uważane jest za obraz ostatecznego zwycięstwa miłości nad nienawiścią,
życia nad śmiercią, radości nad smutkiem i cierpieniem. Ostatnie partie dzieła
przez niektórych krytyków postrzegane są jako wizja "nowego świata", jako
"muzyczne uobecnienie Boga".
Poezja prowadząca do Boga
Poezja
Cypriana Kamila Norwida to pieśń
cierpiącego i umęczonego człowieka, skierowana do Boga. Całe życie człowieka
ujmuje poeta jako pielgrzymkę "ku śmierci", a samą śmierć jako moment
najpełniejszej dojrzałości duchowej człowieka. Życie ku śmierci jest
równocześnie zdążaniem ku transcendencji, ku wolności, ku samemu Bogu. Nim
jednak nastąpi pełne zjednoczenie z Bogiem, człowiek musi dokonać oczyszczenia
swego wnętrza z bezwiedności i niedojrzałości. Oczyszczenie to - zdaniem Norwida
- dokonuje się przez różne formy cierpienia, które pozwala człowiekowi dotknąć
misterium zbawienia, tajemnicy Boga samego.
Codzienne ciężkie cierpienie
Jedną ze ścieżek prowadzących do "dotykania"
rzeczywistości nadprzyrodzonej jest - wpisane w sposób nierozerwalny w ludzkie
życie - cierpienie. Różnie można tę drogę pokonywać, różnie o niej można mówić i
na różne sposoby można ją interpretować. Inaczej uczyni to - posługujący się
wypracowaną dla tego celu i bardzo konkretną terminologią - teolog, inaczej -
obdarzony zmysłem wrażliwej wyobraźni - artysta, a jeszcze inaczej - prosty,
często na stałe przygwożdżony do łóżka - chory. Każdy inaczej, a jednak jest
pewna cecha wspólna. Bóg w ludzkim cierpieniu pozwala odnaleźć się człowiekowi
takim, jakim jest. Pozwala mu się odkryć jako Ten, "który jest Miłością", który
"swego Syna dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie
wieczne", który "dla nas i naszego zbawienia stał się Człowiekiem". Droga
prowadząca od cierpienia do doświadczenia Boga jest drogą trudną i bolesną. Jest
drogą zakorzenioną jakby w Via Crucis samego Chrystusa. Człowieka może przerażać
perspektywa bólu, samotności, wędrowanie w oczekiwaniu i cieniu cierpienia.
Jednak warto pójść tą drogą, warto ją wybrać, chociaż inne wydają się prostsze.
Ta droga jest swoistego rodzaju twórczością, trudem, a ten po to jest, "aby się
zmartwychwstało". Taka jest właśnie perspektywa ludzkiego losu, taka jest droga
tego, który chce naśladować Chrystusa, taka powinna być każda życiowa
wędrówka... ku Bogu.
(ted)
Romantyzm Beethovena
Ideałem
klasycznej epoki był człowiek, jego możliwości, jego aspiracje. Ideałem epoki
romantycznej stał już nie człowiek uogólniony, lecz konkretny bohater (np.
Kościuszko). Kompozytorzy również pragnęli być bohaterami. Romantyzm był epoką
superlatywów. Dominowały subiektywizm i emocjonalizm. Sam wczesny romantyzm jako
nowy styl w muzyce wywodzi się z tendencji literackich, dużo wcześniejszych, a
każdym razie dużo wyrazistszych. Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć o tym, że
samo pojęcie romantyzmu w odniesieniu do muzyki wprowadzone zostało po przez
pisarzy oraz kompozytorów muzyki klasycznej. W osobie takiego artysty, lubiącego
romantyzm pojawia się młodzieniec
Ludwig van Beethoven. Ideą młodego Beethovena,
jest geniusz i romantyzm, już w wieku młodzieńczym, który okazywał swe
skłonności do tego typu uczulania i myślenia o romantyzmie. W jego dziełach jawi
się nam lity system filozoficzny, subiektywna i wolna od konwencji, oryginalna w
najwyższym stopniu, jest wynikiem przeniknięcia materii ideą jedności dzieła
artystycznego. Można to znakomicie śledzić zwłaszcza w jego technice
architektonicznej. Ludwig van Beethoven, znakomity pianista, był oczywiście
autorem wielu dzieł o treści romantycznej. Kompozytor w swych utworach odkrywał
swe całe życie, cierpienie i troskę o piękno swej miłości. Muzyka Beethovena
znakomicie odzwierciedla przemiany w jego wczesnej młodości, która jest pełna
romantyzmu i szczęścia w życiu wielkiego kompozytora. Beethoven stara się w
swych zapisanych nutowych przekazać swój romantyzm, który otaczał jego przez
całe życie. Późniejsza walka z jego losem, głuchotą i jego niekończąca się miłością
do wszystkiego sprawia, że Beethoven popada w różnego rodzaju tarapaty. Takim
punktem jest depresja, nadużywanie trunków u kompozytora z powodu swej głuchoty.
Również w jego umyśle, bez przerwy tworzy się kompozycja za kompozycją.
Beethoven stara się drygować orkiestrą, ale bez żadnego rezultatu. Głuchota
zwycięża, a Beethoven popada w zatroskanie i głębsza depresję, a miłość jego
romantyzmu ucieka, jak wiatr snujący się po łąkach i morzach. Heroizm życia
Beethovena, i on sam, stał się legendą. Niewiarygodny jest przede wszystkim
optymizm u tego tak dotkliwie pokrzywdzonego przez los człowieka. Czołowy
przedstawiciel swojej epoki, Beethoven, był fanatykiem komponowania stopniowego;
od niejasnej idei ogólnej do kryształowo czystej i doskonałej formy ostatecznej.
Znaczenie Beethovena polega na rozszerzeniu skali w dziedzinie formy zwartej,
bogatej muzycznie logicznej. W tym sensie muzyka Beethovena jest kwintesencją
doskonałości klasycznej oraz romantycznej.
(ted)
Geniusz i dziewczyna
Anna
Holtz, młoda kompozytorka, wspina się po schodach Domu Czarnych Hiszpanów w
Wiedniu. Puka do drzwi. Z korytarza wysuwa się sąsiadka. - Nie pukaj, wejdź -
tłumaczy młodej - on i tak nie słyszy. Wchodzimy i niemal czujemy zapach
graciarni. Beethoven siedzi tyłem, przy fortepianie, w wysokim metalowym
kołnierzu odbijającym dźwięki. Wygląda jak nieludzkie monstrum, ale kiedy
odwraca się, rozpoznajemy rysy znane z portretów. Pracuje nad Dziewiątą
Symfonią. Ta scena dzieje się w roku 1824, ale tworzy iluzję teraźniejszości.
Anna - postać fikcyjna - wydaje się postacią współczesną, łączy oba czasy,
jest naszą wysłanniczką. Wchodząc bez pukania z plikiem przepisanych nut,
spełni swoje marzenie - być blisko geniusza. Nie jest typem fanki, która musi
grzać się w cieple cudzego talentu, ani maniaczką otaczającą kultem
artystę-idola, który na niedostępnych szczytach rozmawia z Bogiem. On,
komponując, pracuje ciężko jak górnik. Ona będzie pracować z nim. Nie "dla
niego", tylko właśnie "z nim razem". Anna zdaje sobie sprawę, że nie ma
talentu Beethovena, ale jest jego genialnym odbiorcą. Potrafi się wczuć,
słyszeć, rozumieć jak on. Zostanie jego kopistką. Ma w tym ukryty cel,
pragnienie wzajemności. Chce pokazać Beethovenowi swoje własne kompozycje.
Reakcja mistrza będzie brutalna, ale jednak nie zaburzy ich przyjaźni, tym
bardziej zwiąże ich ze sobą. Oboje przejdą pomyślnie próbę szczerości. Anna Holtz,
jest potrzebna Beethovenowi, tak samo jak on jej. Geniusz potrzebuje
pomocnika.
Kopista Pana Boga
Okiem kopistki (Diane Kruger) oglądamy mozół i brud, wśród którego powstaje
dzieło. Ed Harris eksponuje gwałtowność, rubaszność swojego bohatera. Nie ma w
tym żadnej przesady, to samo mówią relacje współczesnych. Beethoven,
dyrygując, "opuszcza się na kolana, przy forte skacze w górę, ramiona i ręce
mając w tysiąckrotnym ruchu". W swoim pokoju rano "zlewa się wiadrem zimnej
wody od stóp do głów, mruczy przy tym, wyje, śpiewa i tworzy. Ledwie odziany,
pędzi przez ulice na pola..." (cytuję za przedwojenną biografią Beethovena
"Przybłęda boży" Witolda Hulewicza). Pytanie: na czym polega talent? Na
umiejętności wsłuchania się w siebie? Głuchy geniusz w pewnym sensie sam uważa
się za kopistę. On tylko przepisuje na papier dźwięki, które tłoczyły się w
jego umyśle. Choć potrafi w przypływie euforii zawołać: "Doskonale rozumiemy
się z Wszechmocnym!". Agnieszka Holland dotyka w tym filmie paradoksu wielkiej
twórczości, która z jednej strony jest wyrazem potężnego ja, a z drugiej
strony to własne ja przekracza. Forma, do której dąży mistrz, nie jest jego
własnością, jest ponadludzka czy raczej międzyludzka. Pierwsza, wizyjna scena
filmu - podróż Anny do umierającego Beethovena - pokazuje, jak muzyka opuszcza
autora i żyje własnym życiem.
Symfonia Radości
Jak
często u Holland (co czasem bywa jej słabością, ale tu jest siłą) energia
filmu bije nie z epickiego toku opowiadania, tylko z wnętrza poszczególnych
scen. Tak jest właśnie ze wspaniałą sekwencją pierwszego wykonania Dziewiątej
Symfonii 7 maja 1824 roku w wiedeńskim Kaertnertortheater. Szlagierowa
Beethovenowska muzyka nie jest tu samograjem, ma funkcję dramatyczną.
Następuje lustrzane odwrócenie ról. Anna, ukryta wśród orkiestry, dyryguje
Beethovenem. Poddaje głuchemu mistrzowi takt, a on powtarza jej ruchy
przypominające lulanie dziecka. Sytuacja, która naprawdę miała miejsce (ktoś
pomagał Beethovenowi dyrygować), nabiera symbolicznego sensu. Widzimy, jak
sztuka się rodzi między ludźmi, a potem idzie "od człowieka do człowieka".
Czternastominutowa sekwencja prawykonania Dziewiątej - pełna napięcia,
mijająca błyskawicznie - pokazuje, że w tym "międzyludzkim" mieści się także
Bóg Beethovena. Archaiczna, religijna świadomość spotyka się w tym filmie ze
świadomością nowoczesną. Nie na darmo Gombrowicz zachwyca się w "Dzienniku"
formą Beethovenowską, podziwia łatwość, z jaką wyrażał w swojej muzyce to,
czym żył. Symfonia się kończy. Nie słychać braw. Beethoven ich nie słyszy.
Widzimy tylko klaszczące ręce zachwyconych słuchaczy. Na moment zostajemy
przeniesieni do wnętrza jego świadomości. Możemy kontemplować czystą wartość
sztuki, a nie tylko sukces potwierdzony oklaskami. Po chwili Anna obróci
mistrza twarzą ku widowni i wtedy dopiero usłyszymy huk braw. Ktoś zawoła: To
boskie! Beethoven odkrzyknie mu: Wiem! Nie pycha artysty każe mu tak
powiedzieć, tylko pokora wobec Formy. Podczas "Ody do Radości" wszystko się
łączy. Nie ma niższości i wyższości. Autor, wykonawcy, kopista i słuchacze
stoją w jednym kręgu. To nic, że są brzydcy i grzeszni. Twarze chórzystów są
nieładne, ale to oni tworzą tę muzykę. Na widowni jest kuzyn Karol, w którym
Beethoven pokłada złudne nadzieje, hazardzista, regularnie okradający stryja -
ma twarz zalaną łzami. W tym jednym momencie zdaje się, że "wszyscy będą
braćmi", wszyscy będą zbawieni. Schillerowska Radość prowadzi słuchaczy na
próg, za którym "mieszka Ojciec niezmierzony i kochający". Film Holland jest
wypełniony marzeniem o takim ojcu, z którym równocześnie można być za pan
brat. Czy Beethoven nie jest figurą takiego ojca dla Anny?
Rozsunięcie mgły
Zuchwała idea obecna już w poprzednich filmach Agnieszki Holland - w "Trzecim
cudzie" czy w telewizyjnym "Dybuku" - w "Kopii mistrza" osiąga pełnię wyrazu.
Chodzi o pokonanie dualizmu, poczucie jedności świata. Zderzyć ze sobą to, co
ludzkie i boskie, duchowe i cielesne, piękne i brzydkie. "To brzydkie!" - w
pierwszej chwili reaguje Anna na Wielką Fugę Beethovena. "Tak, brzydkie! -
zgadza się mistrz - Ale czy piękne?". Czy da się ściągnąć Boga na ziemię bez
poniżenia boskości? Wszystko jest ludzkie, wszystko jest naszym udziałem -
mówi ten film. Jego prawdziwym bohaterem jest nie tyle Beethoven, ile Anna
Holtz nosząca nie przypadkiem inicjały reżyserki. W ramy biograficznej
opowieści o Wielkim Człowieku wpisała dramat człowieka poszukującego zgody z
sobą samym, potwierdzenia własnej wartości. Opowiedziała nam historię
samorealizacji, wyzwolenia osobowości, której nie zagłuszył kontakt z
wielkością. W tym sensie jej Anna jest odwrotnością zazdrosnego Salieriego z
"Amadeusza" Formana. Jest natomiast powinowatą Julii z filmu Kieślowskiego
"Trzy kolory. Niebieski", gdzie Holland była konsultantką scenariusza. To nic,
że jesteśmy kopistami. Każdy z nas na swoją miarę uczestniczy w wielkości. Ten
film, oglądany w mglisty polski jesienny wieczór, podnosi na duchu. Spełnia
jakąś dobrą, terapeutyczną rolę w świecie spłaszczonych perspektyw,
przepełnionym informacjami o ludzkiej małości i podłości, gdzie medialna
wielkość jest zaledwie kategorią jednodniową. Można przez chwilę uwierzyć, że
poza warstwą otaczającej nas mgły kryje się coś wielkiego.
(ted)
Wyznanie Ludwika van Beethovena
I rzekł Amazjasz do Amosa:
«Widzący”, idź,
uciekaj sobie do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej
nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą». I
odpowiedział Amos Amazjaszowi: «Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem
proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory». Od trzody bowiem
wziął mnie Pan i rzekł do mnie Pan: "Idź, prorokuj do narodu mego,
izraelskiego!” Czytanie z Księgi Amosa uświadamia nam, że o
powołaniu nie decyduje pochodzenie społeczne, zamożność ani wykształcenie, ale
wola Boża. Powołanie daje Bóg. Powołanie jest uzdolnieniem człowieka przez Boga
do spełnienia jakiejś szczególnej misji w społeczności ludzkiej. Nie ma większej
tragedii dla człowieka, jak zawinione zejście z tej drogi wytyczonej nam przez
Opatrzność. Nie mniejszą tragedią są trudności, które jawią się na tej drodze i
uniemożliwiają realizację obranego celu życia. Tak było z Ludwikiem Beethovenem
(1770—1827. Od 1792 roku przebywa w Wiedniu, gdzie tworzy swoje genialne dzieła
muzyczne. Zaczyna się czuć w swoim żywiole. Muzyka staje się jego powołaniem i
pasją życia. I oto w roku 1798 traci częściowo słuch, a z czasem całkowicie.
Czuje się jak ptak z podciętymi skrzydłami. Mimo to tworzy nadal, ale można
sobie wyobrazić, jaka to była twórczość bolesna.
(ted)
Beethoven - wyznaje:
O
wy, ludzie, którzy mnie widzicie nienawistnego, upartego mizantropa, jakże
krzywdzicie mnie, nie znacie tajemnej przyczyny tego, co wam się takim wydaje —
serce moje i umysł od dzieciństwa usposobione były ku słodkim uczuciom
życzliwości, spełnianiu własnych wielkich czynów — ale zważcie, że od sześciu
lat owładnął mną stan nieuleczalny, pogarszany przez nierozumnych lekarzy — z
roku na rok oszukiwany w nadziejach polepszenia, zmuszony wreszcie do
świadomości trwałego nieszczęścia — zrodzony z ognistym żywym temperamentem, sam
wrażliwy na rozrywki towarzyskie, musiałem wcześnie odosobnić się, samotnie
spędzać życie, a choć niekiedy chciałem wynieść się ponad to wszystko, o jakże
twardo spychało mnie z powrotem smutne doświadczenie mego złego słuchu, a jednak
jeszcze nie potrafiłem powiedzieć ludziom: głośniej mówcie, krzyczcie, bo jestem
głuchy... Zmysł, który u mnie winien być w doskonalszym stopniu niż u innych
ludzi, zmysł, który ongi posiadałem w najwyższej doskonałości, jaką ma i miało z
pewnością niewielu w moim fachu. — Jak banita żyć muszę. — Co za upokorzenie,
kiedy ktoś stał przy mnie i z oddali fletnię słyszał, a ja nic nie słyszałem,
albo ktoś słyszał śpiew pastuszka, a ja nic nie słyszałem; wydarzenia takie
pchały mnie na krawędź rozpaczy, już, miałem życie zakończyć sam...”
(ted)
TESTAMENT BEETHOVENA NAPISANY W HEILIGENSTADT
Moi bliźni, którzy uważacie mnie albo nawet
opisujecie jako nieprzyjaznego, opryskliwego czy nawet mizantropa, jakże ogromną
krzywdę mi czynicie. Nie znacie bowiem ukrytej przyczyny, dla której takim się
Wam wydaję. Już od dzieciństwa moje serce i duszę przepełniała czułość i dobroć
i zawsze gotowy byłem nawet do wielkich czynów. Ale pomyślcie tylko, przez
ostatnie sześć lat cierpię na nieuleczalną chorobę, którą pogorszyli jeszcze
nieumiejętni lekarze. Z roku na rok stopniowo pryskały nadzieje na wyleczenie i
w końcu muszę spojrzeć w twarz trwałemu kalectwu (którego wyleczenie może
potrwać lata albo w ogóle okazać się niemożliwe). Choć obdarzony namiętnym i
żywym temperamentem, rozlubowany nawet w rozrywkach życia towarzyskiego, rychło
musiałem szukać samotności żyć w odosobnieniu. Jeśli czasem wolałem lekceważyć
swą ułomność, ach, niestety, jakże okrutnie powściągało mnie wówczas tym
żałośniejsze poczucie słabości mego słuchu. Nie mogłem się jednak zdobyć na
powiedzenie ludziom: "Mówcie głośno, krzyczcie, bo ja jestem głuchy!" Niestety,
jakże mógłbym się przyznać do przytępienia zmysłu, który powinienem mieć o wiele
doskonalej rozwinięty niż inni ludzie, zmysłu, którym kiedyś władałem w
perfekcyjnie, do takiego stopnia perfekcji, jakim w moim zawodzie władają i
kiedykolwiek władali nieliczni. - Ach, tego zrobić nie mogę; wybaczcie mi więc,
jeśli zobaczycie kiedy, że unikam Waszego towarzystwa, którym zwykłem się
radować. Co więcej, cierpię z powodu mojego nieszczęścia podwójnie o tyle, o ile
prowadzi ono do fałszywych sądów na mój temat. Nie dla mnie wytchnienie w
towarzystwie ludzi, wykwintne rozmowy, wzajemne zwierzenia. Muszę żyć zupełnie
sam, a zakradać się do towarzystwa mogę tylko wtedy, kiedy wymaga tego
konieczność; muszę żyć jak wyrzutek. Jeśli pojawiam się w towarzystwie,
przytłacza mnie palący niepokój, że ryzykuję, iż ludzie zauważą mój stan. I tego
to nauczyło mnie ostatnie sześć miesięcy, które spędziłem na wsi. Rozsądny
lekarz, radząc, bym oszczędzał słuch, na ile to możliwe, do pewnego stopnia
umocnił mnie w mojej naturalnej skłonności, choć niekiedy folgowałem
instynktownemu pragnieniu ludzkiego towarzystwa, pozwalałem sobie nawet ulegać
pokusie szukania go. Ale jakże czułem się upokorzony, kiedy ktoś stojący obok
dosłyszał z oddali dźwięk fletu, a ja nie słyszałem nic, lub też jeśli ktoś
dosłyszał śpiew pastuszka, a ja znowu nic nie słyszałem - Takie rzeczy
przyprawiają mnie niemal o rozpacz i już chciałem położyć kres swojemu życiu -
jedyna rzecz, jaka mnie powstrzymywała, to moja sztuka. Naprawdę bowiem wydawało
mi się niemożliwe opuścić ten świat zanim stworzę te wszystkie dzieła, które
czuję, że muszę skomponować; i tak wlokłem tę nieszczęsną egzystencję - naprawdę
nieszczęsną, zważywszy, że ciało mam tak wrażliwe, że każda dość nagła zmiana
może mnie z najlepszego nastroju wtrącić z najgorszy - Cierpliwość - oto cnota -
jak mi mówią - którą muszę teraz obrać sobie za przewodniczkę; i mam ją teraz;
mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu, aby wytrzymać do końca, aż nieubłagane
Parki zechcą przeciąć tę nić; może stan mój się poprawi, a może nie; w każdym
razie nie buntuję się już - W wieku dwudziestu ośmiu musiałem stać się
filozofem, choć nie było to łatwe; jest to bowiem, zaprawdę, trudniejsze dla
artysty niż dla kogokolwiek innego - Boże Wszechmogący, który widzisz sekrety
mej duszy, Ty znasz moje serce i wiesz, że pełne jest miłości dla ludzi i
pragnienia, by czynić dobro. Och, moi bliźni, kiedy pewnego dnia to
przeczytacie, pamiętajcie, żeście mnie krzywdzili; i niechaj jakiś nieszczęśnik
znajdzie pociechę w myśli, że spotkał innego, równie nieszczęsnego, który,
niezależnie od wszelkich przeszkód narzuconych mu przez naturę, uczynił jednak
wszystko, co w jego mocy, by wznieść się w szeregi szlachetnych artystów i istot
ludzkich. - A Wy, moi bracia, Karlu i [Johannie], kiedy umrę, poproście w moim
imieniu profesora Schmidta, jeśli będzie jeszcze żył, aby opisał moją chorobę, i
dodajcie ten spisany dokument do jego raportu, tak abym przynajmniej po śmierci
mógł pojednać się ze światem, na ile to możliwe - Jednocześnie niniejszym
wyznaczam Was obydwu spadkobiercami mojej skromnej własności (o ile mogę to tak
nazwać) - podzielcie ją między sobą sprawiedliwie, żyjcie w zgodzie i pomagajcie
sobie wzajemnie. Wiecie, że już dawno Wam przebaczyłem krzywdę, jaką mi
wyrządziliście. Jeszcze raz dziękuję, przede wszystkim mojemu bratu Karlowi, za
uczucie, jakie mi okazał w ostatnich latach. Moim życzeniem jest, abyście mieli
lepsze i bardziej beztroskie życie, niż ja miałem. Napominajcie swoje dzieci, by
były cnotliwe, tylko bowiem cnota może człowieka uczynić szczęśliwym. Pieniądze
tego nie potrafią. Mówię z doświadczenia. To cnota była mi oparciem w niedoli.
To dzięki cnocie, a także sztuce, nie skończyłem ze swoim życiem przez
samobójstwo - żegnajcie i kochajcie się nawzajem. - Dziękuję wszystkim moim
przyjaciołom, a szczególnie Księciu Lichnowskiemu i profesorowi Schidtowi.
Chciałbym, żeby któryś z Was zatrzymał instrumenty Księcia Lichnowskiego, jeśli
to nie doprowadzi między Wami do kłótni. Ale gdyby miało to przynieść większy
pożytek, po prostu je sprzedajcie; a jakże będę szczęśliwy, jeśli leżąc w grobie
wciąż będę mógł się Wam przydać. - Cóż, to już wszystko - radośnie idę na
spotkanie śmierci - gdyby przyszła, zanim zdążę rozwinąć cały swój talent
artysty, wówczas, mimo że mój los jest tak ciężki, przyszłaby za wcześnie, toteż
bez wątpienia chciałbym odsunąć jej przyjście - Choćby nawet i tak, powinienem
być zadowolony, bo przecież czyż nie uwolni mnie wtedy od nieustannego
cierpienia? Przybywaj więc, o śmierci, kiedy chcesz, a ja z odwagą wyjdę ci
naprzeciw - Żegnajcie, a kiedy już umrę, nie zapominajcie zupełnie o mnie.
Zasługuję na to, abyście mnie wspominali, bo przez całe życie często o Was
myślałem i starałem się czynić Was szczęśliwymi - Bądźcie szczęśliwi.
Ludwig van Beethoven
Dla moich braci Karla i ... [Johanna]
Heiligenstadt, 10 października 1802 - I tak Was opuszczam - i, co więcej, dość żałośnie - tak, nadzieję, jaką żywiłem - nadzieję, którą tu przywiozłem, na wyleczenie przynajmniej w jakimś stopniu - tę nadzieję muszę teraz już zupełnie porzucić - Tak jak te jesienne liście spadają i więdną, tak samo - zwiędła dla mnie ta nadzieja. Odjeżdżam stąd - niemal w tym samym stanie, w jakim przyjechałem - Nawet ta szczytna odwaga, która często dodawała mi otuchy w piękne letnie dni - zniknęła. Ach, Opatrzność - proszę Ją o bodaj jeden dzień czystej radości - Od tak dawna nie odbrzmiewa we mnie echo prawdziwej radości - Kiedy, ach, kiedy, Boże Wszechmogący, będę mógł znów to echo usłyszeć i odczuć w świątyni natury i w zetknięciu z człowiekiem - Nigdy? - Nie - To byłoby zbyt straszne.
Do przeczytania i wykonania po mojej śmierci -
Heiligenstadt, 6 października 1802 r.
(ted)
Wieczna miłość - polecam ten film!
Udane połączenie filmu biograficznego z romansem
i kryminałem. Po śmierci Beethovena odnaleziony zostaje testament w, którym
wszystko zapisuje swojej wieczna miłości nie podając jednak jej imienia.
Najbliższy przyjaciel mistrza rozpoczyna poszukiwania. W filmie doskonale
wykorzystana została muzyka kompozytora i dzięki temu, mimo, że fabuła nie jest
zbyt oryginalna, film ogląda się znakomicie. Umiera Ludwig van Beethoven. Anton
Felix Schindler, jego przyjaciel i sekretarz, przeszukuje w jakimś celu całe
mieszkanie kompozytora. Obok Antona stoi brat Ludwiga, Johann, który twierdzi,
że wszystko, co pozostawił po sobie Ludwig, należy do niego. W pewnym momencie w
zakamarkach jednej z szuflad Anton znajduje owinięty sznurkiem zwitek papierów –
w jednym z nich czyta: "Cały mój majątek i wszystkie moje kompozycje zostawiam
jedynej spadkobierczyni, mojej Nieśmiertelnej Ukochanej". Od tej chwili cały
swój czas poświęca na znalezienie Nieśmiertelnej Ukochanej Ludwiga van
Beethovena, jego Wiecznej Miłości. Prezentowany obraz ma proporcje 2.35:1, a
zapisany został anamorficznie. Niestety, daleko mu do ideału, jaki chcielibyśmy
oglądać z krążka DVD. Kompresja, jakiej poddano obraz, spowodowała, że efekt na
ekranie jest słabiutki. Całość jest nieostra (minimalnie mniej podczas mocno
rozświetlonych scen), kolory są mocno rozmyte, nie najlepszy kontrast. Szkoda,
że tak ciekawy film nie otrzymał należnej mu otoczki wizualnej. Na płycie
znalazł się dźwięk nagrany w Dolby Digital 2.0. Pomimo skromnej liczby kanałów
efekt jest bardzo dobry. Odpowiednio zdekodowany i wzmocniony za pomocą
wzmacniacza i procesora Pro Logic dźwięk potrafi mocno i z detalami rozbrzmieć w
całym pomieszczeniu. Całość mocno i zdecydowanie gra z całego przodu systemu
głośników kina domowego, delikatnie brzmią też głośniki tylne. Zdarzają się
sporadycznie sceny, w których do uszu docierają zwykłe szumy, co jest pewnym
minusem. Dostępna na płycie wersja z polskim lektorem także została nagrana w
Dolby Digital 2.0, a efekt całości jest dosyć dobry. Lektor nie przeszkadza
muzyce słyszanej w tle filmu, prawie całkowicie jednak tłumi oryginalne
dialogi... ale w końcu taki ma cel. Dodam, że DD 2.0 to oryginalny format
dźwięku, z jakim film był wyświetlany w kinach. Dodatkami na płycie są same
materiały filmowe. "O produkcji" to pięciominutowy filmik, który ma przybliżyć
fabułę obrazu. Poprzeplatany dużą liczbą fragmentów filmu oraz krótkimi
wypowiedziami twórców jest całkiem interesująco zmontowany, a tym samym łatwo
przystępny. "Ujęcia z planu" (7 min) to kilkanaście krótkich ujęć z planu
produkcyjnego. "Aktorzy i twórcy o filmie" to zbiór wypowiedzi poszczególnych
osób związanych z filmem. Prezentacja ma formułę, której nie lubię - wybrane są
pojedyncze wypowiedzi aktorów, czasem urwane "w pół zdania" i zlepione są ze
sobą za pomocą jednosekundowych przerywników w postaci czarnej planszy. W tego
typu zlepku wypowiedzi nie usłyszymy nigdy zadawanych pytań. Fragment dotyczący
jednej osoby trwa od 30 sekund do 2 minut. Aktorzy opisują grane przez siebie
postaci, natomiast twórcy starają się zainteresować widza fabułą filmu. Na
koniec mamy możliwość obejrzenia jeszcze trzech zwiastunów filmu. Na plus
dodatków należy uznać, że wszystkie są przetłumaczone na język polski (lektor).
Film okraszony prawie całkowicie muzyką Ludwiga van Beethovena ogląda się bardzo
dobrze. Szkoda tylko, że realizacja obrazu w porównaniu z dźwiękiem jest bardzo
słaba. Polecam obejrzenie filmu, chociaż po cichu liczę, że jeszcze kiedyś będę
miał szansę zobaczyć go w pełnej krasie.
(ted)
O kobietach Beethovena
O
kobietach Beethovena, w porównaniu z innymi sławnymi kompozytorami, wiemy
bardzo mało. Jest to niezwykłym, a nawet jedynym w swoim rodzaju paradoksem: w
biografii człowieka, którego banalne codzienne polecenia się zachowały;
którego ulotne, rzucone przy obiedzie słówko natychmiast podchwytywał i
skrupulatnie utrwalał na papierze (często nadmiernie wyolbrzymiając jego
znaczenie) któryś z gorliwych uczniów; którego ulubione wina, pieśni, wiersze
i utwory prozą zostały spisane i którego postępowanie w interesach nie jest
nam obce; człowieka, który, choć mimo woli, pozostawił nam wgląd w szczegóły
żałosnych machinacji mających mu umożliwić posiadanie dziecka i zaspokojenie
ojcowskich uczuć; artysty, który – cóż za rzadkość! – dawał nam od czasu do
czasu wgląd w swój warsztat twórczy – wśród całej tej topografii faktów i
wrażeń natrafiamy na jedno niepewne miejsce, gdzie stopa badacza nie znajduje
stałego oparcia. Iluż to biografów zapuszczało się na ten grząski teren, a
jednak nikt nie jest pewny, gdzie i kiedy szukać kobiet ważnych w życiu
miłosnym Beethovena i jak ściśle splotły się one z jego istnieniem! Znamy,
oczywiście, nazwiska tych, które w taki czy inny sposób były z nim związane. A
nawet więcej niż nazwiska, gdyż znamy wiele faktów z ich biografii. Jednak ani
razu – dosłownie ani razu – nie mamy pewności, czy między Beethovenem a którąś
z nich nawiązały się normalne stosunki miłosne łączące mężczyznę z kobietą.
Wiemy, że Beethoven kochał. Czy miłość ta była kiedyś w pełni odwzajemniona,
czy została kiedyś spełniona? Wiele wiemy o kłótliwej żonie Haydna i o
pociesze, jaką znalazł u Luigii Polzelli w Eszterház, a później u ładnej i
usłużnej Angielki, wdowy Johannie Schroeter. Wiemy niemało o silnym pociągu
seksualnym Mozarta do Constanze, o „sekrecie”, który jej powierzył, o ich
atakach zazdrości, o jego flirtach. Przez życie Richarda Wagnera przeszedł
cały orszak kariatyd, od Minny Planner poczynając, poprzez Mathilde Wesendonk
i Cosimę Bülow, aż po Judith Gautier, na której łonie wypłakiwał się jako
mężczyzna sześćdziesięciotrzyletni. Afery miłosne Wagnera są starannie
udokumentowane, i to w niemałym stopniu przez same zainteresowane panie. A
Beethoven? Tu mamy sprzeczne legendy, niewyraźne aluzje świadków, parę jego
własnych niejasnych listów noszących niepełną datę, pozbawiony zazdrości
wybuchowy list napisany do Nieśmiertelnej Ukochanej, jedną wzmiankę o Dalekiej
Ukochanej, Die Ferne Geliebte, mgliste wspomnienia, strzępki wieloznacznych
uwag, trochę plotek, tajemnicze aluzje, które można interpretować dowolnie i
które tak właśnie bywały interpretowane. Niewiele ponadto. Na próżno szukamy
oczywistego, zwykłego faktu, jasnego stwierdzenia. Nie było kobiety, która by
powiedziała bodaj te parę słów: „Tak, kochałam
Beethovena i należałam do niego”. Nie było kobiety, która by oznajmiła
wyraźnie: „Beethoven mnie kochał”. Owszem, jedna
to zrobiła, ale ona właśnie była notoryczną kłamczuchą. Jeszcze za życia
Beethovena opowiadano sobie sprzeczne historie o jego życiu miłosnym, a
rozmnożyły się one po jego śmierci. Lista ukochanych kompozytora bywa długa
lub krótka, zależnie od tego, kto ją sporządza. Co do
Nieśmiertelnej Ukochanej, istnieje co najmniej siedem kandydatek na adresatkę
tego enigmatycznego tytułu. Po co ta cała tajemniczość? W dużej mierze
sam Beethoven ponosi za nią odpowiedzialność, częściowo mogła ona wynikać z
pozycji towarzyskiej kobiet, przed którymi otwierał swoje serce. Za powód
tłumaczący to milczenie można też uznać obyczaje tamtych czasów. Wreszcie, nie
sposób całkowicie uwolnić od winy najważniejszego z jego biografów. Zaczynając
od tego ostatniego punktu, pozwolę sobie powiedzieć, że nie było biografa
dokładniejszego i uczciwszego niż Alexander Wheelock Thayer. Czyniąc biografię
Beethovena dziełem swojego życia, pracowicie zbierał fakty, starannie je
przesiewał i pisał prawdę. Ale Thayer pochodził z Nowej Anglii, był „szczerym
bostończykiem” (choć nie z urodzenia) i żył w czasach królowej Wiktorii, kiedy
nie mówiło się swobodnie o czyimś życiu erotycznym. Nieraz Życie Beethovena
Thayera dowodzi bezpośrednio, że zataił część faktów, którymi rozporządzał, a
o innych celowo pisał mgliście. Przemilczenia te zauważyło kilku badaczy,
między innymi Ernest Newman. Niechaj kilka fragmentów książki Thayera
zilustruje jego postawę: Beethoven nie był wyjątkiem od tej powszechnej
reguły, że ludzie genialni znajdują przyjemność w serdecznych i długotrwałych
przyjaźniach z kobietami wyższego umysłu i kultury – nie mówię tu o owych
„podbojach”, które według Wegelera już w pierwszych trzech latach pobytu w
Wiedniu mu się „zdarzały”, a które byłyby trudne,
jeżeli nie wręcz niemożliwe, dla niejednego Adonisa. Te sprawy puśćmy w
niepamięć, nawet gdyby dotyczące ich szczegóły były nam dziś dostępne. Skoro
spędził całe swoje życie w tego rodzaju środowisku, w którym ślubowanie
celibatu bynajmniej nie było ślubowaniem czystości, w którym dzieci kardynała
czy arcybiskupa nie uważały bynajmniej swojego pochodzenia za sekret ani rzecz
wstydliwą, w którym nieprawe potomstwo książąt i magnatów szczyciło się swoim
pochodzeniem i budowało na nim nie bezpodstawne nadzieje na awans i powodzenie
w życiu, w którym umiarkowane zaspokajanie potrzeb seksualnych nie zasługiwało
na potępienie większe niż zaspokajanie innych potrzeb naturalnych, nonsensem
jest przypuszczać, aby Beethoven mógł mieć purytańskie skrupuły w tym
względzie. Ci, którzy mieli okazję i możność stwierdzić fakty, wiedzą, że ich
nie miał, są także świadomi, że nie zawsze udawało mu się uniknąć przykrych
konsekwencji wynikających z przekraczania zasady absolutnej czystości.
Odznaczał się jednakże zbytnią szlachetnością, aby kiedykolwiek brać udział w
scenach niskiej rozpusty albo, kiedy był jeszcze młody, zniżać się do
poufałych żartów, tak niegdyś pospolitych między dziewczętami w gospodach a
gośćmi. Kiedyś, według relacji starszego Simrocka, w czasie podróży do
Mergentheima, opisanej wcześniej na kartach tej książki, zdarzyło się w pewnej
gospodzie, w której towarzystwo jadło obiad, że jeden z młodych ludzi namówił
usługującą dziewczynę, aby wypróbowała siłę swoich wdzięków na Beethovenie.
Przyjął jej awanse i poufałości z odpychającym chłodem, a kiedy ona, zachęcana
przez innych, nadal go napastowała, stracił cierpliwość i położył kres tym
natarczywym zalecankom, dając jej śmiało po uchu. Thayer powtarza tu
historyjkę przynoszącą niewiele zaszczytu zarówno galanterii młodego
Beethovena, jak i jego poczuciu humoru. Nie mówi konkretnie, kim byli ludzie,
„którzy mieli okazję i możność stwierdzić fakty” (może był to on sam?), ani o
jakie to „przykre konsekwencje”, których
Beethovenowi nie zawsze udawało się uniknąć, chodziło. O jeden ustęp niżej
pisze dalej: Można by tu podać nazwiska dwóch mężatek, do których w
późniejszym okresie życia Beethoven był serdecznie przywiązany, nazwiska,
które, jak dotąd, uszły oczu książkowych szperaczy, a zatem są tu pominięte.
Pewni przyjaciele Beethovena zwykli żartować sobie z niego w związku z tymi
paniami i nie da się zaprzeczyć, że on raczej lubił te żarty, nawet kiedy
insynuacje, że uczucia jego wychodziły poza granice platoniczne, były dość
grubiańskie; staranne jednak badania nie wydobyły na światło dzienne żadnych
dowodów, aby bodaj w tych przypadkach okazał się niewierny swoim zasadom.
Jeśli tak było, to dlaczego Thayer nie podaje nazwisk owych dwóch mężatek?
Thayer wciela do swojej książki niektóre wspomnienia spisane przez doktora
Aloisa Weissenbacha, chirurga i pisarza, który poznał Beethovena w 1814 roku,
cieszył się krótką z nim znajomością i żywił dla niego niezmierny podziw. W
swojej książce Moja podróż na kongres wiedeński* Weissenbach pisał: „Co do
grzechu rozwiązłości – [Beethoven] jest bez zarzutu”. Thayer komentuje te
słowa: „Wspomnienia [Weissenbacha] dotyczą ignorancji Beethovena co do
wartości pieniądza, nieskazitelności jego obyczajów (co niestety nie jest
prawdą) i nieregularności jego życia”. .„Co niestety nie jest prawdą” – tu
dopiero Thayer daje nam do myślenia! Mamy dowody dalszych przemilczeń
biografa, o których będziemy mówili w związku z problemem, czy Beethoven
cierpiał, czy nie cierpiał na chorobę weneryczną. Na razie wystarczy
wspomnieć, że, jak się zdaje, delikatność nie pozwoliła Thayerowi powiedzieć
wszystkiego, co wiedział. Ale dlaczego same kobiety milczały? Zdawałoby się,
że kobieta chętnie oznajmia światu swoją miłość. Że chwali się zażyłością z
człowiekiem sławnym. Że szuka okazji, aby wpisać swoje imię do diariusza
historii. Że oczarowanie Beethovena uzna za osiągnięcie znoszące wszelką
moralną cenzurę. Istnieje jedno prawdopodobne wyjaśnienie, które podsuwa nam
Wegeler: „o ile wiem, wszystkie jego ukochane należały
do wyższych sfer towarzyskich”. Wszystkie należały do arystokracji; nie
dlatego, oczywiście, że Beethoven był snobem, ale dlatego że w takich właśnie
kręgach się obracał. Trzeba samemu wczuć się w austriackie obyczaje z początku
XIX wieku, aby zrozumieć, jak szeroka przepaść dzieliła arystokratę od
człowieka pospolitego pochodzenia, szczególnie jeżeli ten ostatni był
mężczyzną, a arystokrację reprezentowała kobieta. To, że panie z arystokracji
darzyły Beethovena szacunkiem, przyjaźnią, podziwem – a nawet, jako artystę,
uwielbieniem – nie zaprzecza faktowi, że kobieta tego rodzaju nie przyznałaby
się do romansu z mężczyzną z niższej sfery, choćby był Beethovenem. Poza tym w
ówczesne życie towarzyskie wkradła się hipokryzja, będąca produktem ubocznym
romantyzmu. Swobodne, śmiałe i hultajskie życie seksualne XVIII wieku uznało
konieczność zachowywania pozorów. Pociąg erotyczny ukryto pod górnolotnym
poetyzowaniem. Gaskonady francuskich powieściopisarzy ustąpiły sentymentalnym
opowieściom autorów niemieckich, którzy wyczarowywali cnoty tam, gdzie ich nie
było. Z czasem tendencja ta doprowadziła w Anglii do wiktoriańskiego
zakłamania, a w Niemczech stworzyła ideał jasnej dziewczyny o złotych
warkoczach, której miejsce było w domu, a której dewiza, według Wilhelma II,
brzmiała: Kaiser, Kinder, Kirche und Küche („Cesarz,
dzieci, kościół i kuchnia”). Rozwiązłość była prawdopodobnie nie mniej
powszechna, ale krzewiła się w ukryciu. W latach przypadających na dojrzałość
Beethovena zaczęły powstawać w Niemczech „Stowarzyszenia cnoty” (Tugendbunde);
głosiły one frazesy zarówno patriotyczne, jak moralne. Podwójny kodeks moralny
obowiązywał w najlepsze z początkiem pierwszego dziesięciolecia XIX wieku:
mężczyznom wolno się było zabawiać z dala od małżeńskiej sypialni, ale gdyby
kobieta pozwoliła sobie na to, musiałaby ukrywać swoje postępowanie albo
stawić czoło towarzyskiemu ostracyzmowi. Znajome Beethovena nie były
kobietami, które by publicznie głosiły swoją miłość. Jednak to sam Beethoven
był głównym źródłem tej skrytości. W sprawach miłości był tajemniczy,
przewrażliwiony i milczący, w wyznaniach wieloznaczny. Czasem odnosi się
niemal wrażenie, że igrał z ciekawością swoich przyjaciół. A jednak miłość nie
stanowiła dla niego igraszki. Była to sprawa poważna – poważna w rozkoszy,
nadziei, rozczarowaniu, niepokoju. „Niepewność”, to słowo najlepiej określa
jego poszukiwanie miłości. To dumne serce potrzebowało jej, nawet bardzo, i
często jej szukało. Ale kiedy znajdował miłość, prędzej czy później wycofywał
się jakby z lękiem. Nie mógł się wiązać. Nie chodziło tu o praktyczne
trudności, o towarzyską pozycję kobiety, jego głuchotę, dolegliwości czy
nieporządne gospodarstwo – ostatecznie to nie one stały na drodze do trwałych
związków czy planów małżeńskich, lecz jakieś wewnętrzne niezdecydowanie
Beethovena, jak gdyby był niechętny miłości w swoim sercu, gdzie dzieliłaby
ona mieszkanie z muzyką. Może nigdy nie spotkał właściwej kobiety. Może, co
bardziej prawdopodobne, podświadomie nie chciał jej znaleźć. Kiedy płonął, był
to ogień strzelający wysoko, ale szybko wygasający. Nawet wtedy, kiedy już
musiał wiedzieć, że nie ma lekarstwa na jego głuchotę, nie wyrzekł się
miłości. „Bo miłość... co potrafi, na to się i waży...”
– podkreślił te słowa w Romeo i Julii, jednej ze swoich ulubionych sztuk.
Mizoginistą nie był na pewno. Napisał do Riesa, że nie jest Weiberfeind,
wrogiem kobiet. W tym samym liście (z 8 maja 1816 roku) pisze: „Niestety, nie
mam żony”. Daje do zrozumienia, że spotkał tylko jedną kobietę, z którą chciał
się ożenić, ale „która na pewno nigdy nie będzie do mnie należała.” Znów
jednak wyraża się tajemniczo: nie mówi Riesowi, kto to jest. Pod względem
seksualnym był człowiekiem normalnym, miał potrzeby normalnego mężczyzny.
Kobiety pociągały go fizycznie i duchowo. I on był dla kobiet pociągający. Na
pewno prezentował im się od najlepszej strony, eksponując swoją szlachetność i
głęboką czułość, którą słyszały w jego kompozycjach i improwizacjach. Oprócz
wypowiedzi Wegelera o jego „kilku podbojach”, mamy zdanie doktora Andreasa
Bertoliniego, przyjaciela i lekarza Beethovena w latach 1806–1816, który
zapisał, że był on ustawicznie w coś uwikłany i „nie zawsze umiał się wywikłać
bez szkody” (...daneben miselte er auch gewöhnlich, wobei er nicht immer gut
wegkam. Słowo miseln, używane przez Goethego, było modnym wówczas określeniem
i znaczyło coś więcej niż „flirtować”, a mniej niż „mieć romans”). „Prawdą
jest, jak się dowiaduję – powiada znów Wegeler – i jak wie mój szwagier
Stephan von Breuning, Ferdinand Ries i Bernhard Romberg [wiolonczelista i
kolega Beethovena z bońskiej orkiestry], że nie było chwili, aby Beethoven nie
był zakochany, i to w najwyższym stopniu”. I jeszcze jedno świadectwo, słowa
Ferdinanda Riesa: „Beethoven z wielką przyjemnością
patrzył na kobiety, a szczególnie na ładne młode twarze, i zazwyczaj, kiedy
mijaliśmy na ulicy jakąś niebrzydką dziewczynę, odwracał się, spoglądał na nią
przenikliwie przez okulary i śmiał się albo robił miny, jeśli zobaczył, że go
zauważyła. Kiedy pewnego razu żartowałem na temat podboju, którego dokonał,
zdobywając względy pewnej pięknej damy, wyznał, że to ta, która wywarła na nim
największe i najtrwalsze wrażenie, trwające mianowicie pełne siedem miesięcy”.
Gerhard von Breuning podsłuchał kiedyś rozmowę swoich rodziców. Jak to się
dzieje, pytała jego matka, że Beethoven może podobać się kobietom, skoro nie
jest ani przystojny, ani elegancki? A jednak zawsze miał powodzenie,
odpowiedział ojciec. Świadectwa te jednak nie są jednomyślne. Poza
Weissenbachem również Ignaz von Seyfried w swoich Studiach nad Beethovenem
Beethoven Studies (1832) kategorycznie stwierdza:
,,Beethoven nigdy się nie ożenił i, co dosyć dziwne, nigdy nie miał romansu.”
W 1823 roku zbliżył się do Beethovena młody dziennikarz, Johann Chrysostomus
Sporschill, i niewątpliwie w wyniku kilku rozmów (nazwisko Sporschilla kilka
razy pojawia się w Zeszytach Konwersacyjnych) napisał artykuł dla
„Stuttgarter Morgenblatt für gebildete Stände” „Stuttgarska gazeta poranna dla
klas wykształconych” – cóż za tytuł dla dziennika!, w którym zapewniał
czytelników: „Dla kobiet żywi on głęboki szacunek, a
jego uczucia do nich są dziewiczo czyste”. Artykuł ten budzi niesmak i
daje nam pojęcie o powszechnie wówczas panującej atmosferze. Niezależnie
jednak od tego, czy mogła to być prawda? Czy to możliwe, aby Beethoven żył i
umarł w dziewictwie? A może uśmierzał swoje potrzeby seksualne tylko w
najbardziej dorywczy i przelotny sposób? Obie te skrajności nie wydają się
prawdopodobne. Jeden z przyjaciół i powiernik jego ostatnich lat, Karl Holz,
napisał przecież, że Beethoven zwierzył mu się, mówiąc, iż zawsze długo
żałował, ilekroć owa „nieszczęsna potrzeba” ciała zmusiła go do postępku
przeciwnego jego lepszej naturze. Sprawa ta jednak wyrażona została za pomocą
tak mglistych określeń, że nie możemy mieć pewności, co Beethoven miał na
myśli. W rękopisie Fischhoffa znajduje się kopia zapisu z dziennika Beethovena
tej treści: „Przyjemność zmysłowa bez zjednoczenia dusz
jest i będzie zwierzęca, nie pozostawia po sobie ani śladu szlachetnego
uczucia, tylko wyrzut”. Czy słowa te zostały zapisane pod wpływem
konkretnego przeżycia? I znów nie możemy być pewni. Schuppanzigh, według
relacji Holza, przy pewnej okazji „po wesołej biesiadzie
zabrał Beethovena do jakiejś dziewczyny. Przez całe tygodnie później nie mógł
się u niego pokazać”. Rażą nas pewne rzeczy zapisane przez Beethovena w
Zeszycie Konwersacyjnym po rozmowie z Schindlerem o Giulietcie Guicciardi:
„A gdybym wolał moje siły żywotne oddać temu życiu, to
cóż by pozostało dla szlachetniejszego, lepszego życia?” Dla tych
nieuprzejmych słów musimy szukać usprawiedliwienia, mówiąc, że były to
wspomnienia zawiedzionego kochanka (wówczas pięćdziesięciotrzyletniego).
Równie niesympatyczne są inne jego moralizatorskie wypowiedzi i czyny.
Schindler mówi, że zerwał przyjazne stosunki z pewnym wybitnym kompozytorem i
dyrygentem i ledwie raczył odpowiadać na jego ukłon tylko dlatego, że człowiek
ten miał romans z żoną innego mężczyzny. Otto Jahn, biograf Mozarta, opowiada,
że Beethoven nie chciał grać w obecności niejakiej Madame Hofdemel i dopiero
usilne prośby rodziny Czernych sprawiły, że odstąpił od swego postanowienia.
Powodem była krążąca powszechnie pogłoska, jakoby dama ta miała romans z
Mozartem, romans, w rezultacie którego mąż usiłował pozbawić ją życia, a
następnie popełnił samobójstwo. (Jahn ustalił, że pogłoska ta była fałszywa,
Mozart był niewinny.)
(ted)
Beethoven van Ludwig
Ludwig van Beethoven urodził się w 1770 r. w Bonn,
wówczas obskurnym mieście prowincjonalnym. Przyszedł na świat w rodzinie o
muzycznym rodowodzie - jego ojciec i dziadek byli muzykami bońskiej kapeli
dworskiej - ale przez pierwszych kilkanaście lat życia nie wykazywał
szczególnego zainteresowania muzyką. Okres szczęśliwego dzieciństwa zakończył
się dla niego w 1773 r. wraz ze śmiercią dziadka. Alkoholizm ojca doprowadził
rodzinę do ruiny, z której podźwigną ją dopiero dwunastoletni Ludwig zarabiając
jako pomocnik nadwornego organisty. Mimo ciążącego na nim obowiązku utrzymania
rodziny, jego nieoczekiwanie odkryty talent muzyczny rozwijał się tak
obiecująco, że w 1787 r. w wieku 17 lat młodzieniec został wysłany do Wiednia.
Stolica Austrii stanowiła wówczas europejskie centrum kultury i przyjęła
Beethovena bardzo gościnnie. Podczas kilkumiesięcznego pobytu został wprowadzony
do najlepszych domów, nadążał za nowinkami mody i stał się ulubieńcem pań z
towarzystwa.
Cenne znajomości
Niebawem został przedstawiony Mozartowi , co
zaowocowało kilkoma lekcjami muzyki z samym mistrzem. Szczęście Beethovena nie
trwało jednak długo: już wkrótce otrzymał wiadomość o śmierci matki.
Rozgoryczony powrócił do Bonn, nie mogąc przeboleć utraconej szansy. Przez pięć
lat utrzymywał się z lekcji muzyki w rodzinie pewnej zamożnej wdowy. Dzięki niej
po raz kolejny nawiązał kontakty z wpływowymi osobistościami. Nieoczekiwanie
twórczość Beethovena zyskała uznanie w oczach austriackiego kompozytora Haydna,
który zaprosił go do Wiednia w 1792 r. Beethoven przyjął zaproszenie i na dobre
opuścił rodzinne miasto. Wiedeń lat dziewięćdziesiątych osiemnastego wieku
zdawał się czekać na dwudziestodwuletniego Beethovena. Mozart zmarł w 1791 r., a
kochający muzykę wiedeńczycy rozglądali się za godnym następcą. Dzięki kontaktom
nawiązanym w Bonn drzwi najświetniejszych salonów wiedeńskich stały dla
Beethovena otworem, przysparzając mu coraz liczniejszej rzeszy słuchaczy. Wraz
ze wzrostem popularności rosły gaże za kompozycje, publikacje i lekcje muzyki.
Nieuleczalna głuchota
U schyłku XVIII w. Beethoven stanowił największą
chlubę Wiednia. Zarabiał znacznie więcej niż inni kompozytorzy, a jego sława
sięgała poza granice Austrii. Nieoczekiwanie jednak na horyzoncie jego
szczęśliwej egzystencji pojawiła się ciemna chmura: dały o sobie znać pierwsze
problemy ze słuchem. Długi korowód lekarzy poddał go szczegółowym oględzinom na
okoliczność wszelkich możliwych schorzeń, ale wszyscy zgadzali się co do
jednego- proces utraty słuchu jest nieodwracalny i któregoś dnia kompozytora
ogarnie zupełna cisza. Człowieka, który genialnemu słuchowi zawdzięczał dobrobyt
i osobiste spełnienie, nie mogło spotkać nic gorszego. Beethoven bliski był
samobójstwa. Od tragedii powstrzymała go siła charakteru i żywotność własnych
sił twórczych. Faktycznie nie stracił słuchu przez następnych 19 lat. Niemoc
uczyniła go porywczym, wiódł życie zatwardziałego kawalera. Wprawdzie nadarzyło
się kilka okazji do małżeństwa, ale wszystkie spaliły na panewce. Po raz
pierwszy zakochał się dopiero w wieku 30 lat. Wybranka jego serca , hrabina
Giuletta Guiccaridi, zniechęcona przedłużającym się oczekiwaniem na propozycję
małżeństwa oddała rękę innemu. Uderzył więc w konkury do jej kuzynki Józefiny i
wytrwał w nich przez 3 lata, od 1804 do 1807 roku. Wybranka za radą rodziny
odrzuciła je sama kiedy stało się jasne , że Beethoven zwleka z podjęciem
decyzji. Trzy lata później zakochał się w Teresie Malfatti, córce jednego ze
swych lekarzy, ale i tym razem starania spełzły na niczym. Poza listami
miłosnymi adresowanymi do nieznanej "nieśmiertelnej ukochanej" napisanymi ok.
1812r., wszystko wskazuje na to, że Beethoven ostatecznie zrezygnował z
małżeństwa i pogrążył się w pracy. Nie oznacza to jednak , że skazał się na
całkowitą samotność. W 1815 roku zmarł jego brat, zlecając wspólną opiekę nad
synem Karłem swojej żonie i Beethovenowi. Spór o przejęcie całkowitej kurateli
nad dziewięcioletnim chłopcem trafił do sądu i ciągną się przez trzy lata.
Beethoven wygrał sprawę, ale przyjacielskie więzy ,które dotąd łączyły go z
bratankiem , gwałtownie się popsuły. Emocjonalne oczekiwania opiekuna w stosunku
do dziecka wywierały na Karla tak ogromną presję , że w 1826 r. podjął on próbą
samobójstwa. Wydarzenia te głęboko przygnębiły Beethovena i niemal na pewno
przyśpieszyły jego śmierć.
Wielki samotnik

Chociaż solidnie opłacany , Beethoven mieszkał w
skromnym, zaniedbanym domu w miasteczku Heiligenstadt pod Wiedniem. W miarę jak
jego słuch się pogarszał , coraz bardziej stronił od towarzystwa. Nad gwarne
spotkania przekładał spacery po wiejskiej okolicy, źródła niewyczerpanej
inspiracji. Nadal sam dyrygował podczas premier, nie wiadomo entuzjastycznego
aplauzu publiczności za swoimi plecami. W dalszym ciągu przyjmował zlecenia ale
mało które było realizowane na czas. Beethoven ukończył swoje ostatnie
zamówienie - Kwartet smyczkowy F-dur- w 1826 r., mniej więcej w tym samym
czasie, kiedy jego bratanek targnął się na swoje życie. Wielki kompozytor zmarł
26 marca 1827 r. w wieku 57 lat, na marskość wątroby. Jego popularność została
potwierdzona trzy dni później udziałem ponad dwudziestotysięcznego tłumu w
uroczystościach pogrzebowych. Beethovena już za życia okrzyknięto rewolucjonistą
muzyki. Zerwał ze skostniałą formą kompozycji klasycznej , równoważąc formę i
emocje. Bogactwo treści uczuciowych jego utworów przygotowało grunt dla stylu
romantycznego w muzyce, tak bardzo dziś cenionego.
(ted)
Najważniejsze dzieła Beethovena:

Symfonie – I C-dur ( 1800 r.)
III Es-dur – Eroica (1803 r.)
V c-moll (1808) – z charakterystycznym motywem losu”
VI F-dur – Pastoralna (1808)
IX d-moll
5 koncertów fortepianowych m/ innymi
III c-moll
V Es-dur
Koncert skrzypcowy D-dur i wiele innych
5 sonat na wiolonczelę i fortepian, tria, 16
kwartetów smyczkowych, kwintety, 32 sonaty w tym tak znane jak Patetyczna i
Księżycowa, bagatele, ronda, dzieła wokalno-instrumentalne takie jak opera Fidelo, wielka msza symfoniczna Missa Solemnis, pieśni, oratoria Chrystus na
Górze Oliwnej.
Symfonie Ludwiga van Beethovena symfonia tonacja opus rok nazwa dedykat instrumentacja nowatorskie rozwiązania odnośnik.
I C-dur 21 1799 baron Gottfried van Swieten standardowa
II D-dur 36 1801-1802
książę Lichnowski standardowa w III części scherzo zamiast menueta

III Es-dur 55 1803 Eroica książę Franz Joseph von Lobkowitz trzy waltornie marsz żałobny zamiast części wolnej, wariacje w IV części
IV B-dur 60 1806 książę Franz von Oppersdorff jeden flet
V c-moll 67 1804-1808 Symfonia losu (zwycięstwa, przeznaczenia) książę Franz Joseph von Lobkowitz i książę Razumowski w IV części (tylko) dodatkowo: flet piccolo, kontrafagot i trzy puzony części III i IV grane attacca, w IV reminiscencja cz. III
VI F-dur 68 1807-1808 Pastoralna książę Franz Joseph von Lobkowitz i książę Razumowski w IV części (tylko) dodatkowo: flet piccolo, w IV i w V - dwa puzony symfonia programowa; pięcioczęściowa struktura
VII A-dur 92 1811-1812 czasem zwana Apoteozą tańca (R. Wagner) hrabia Moritz von Fries standardowa
VIII F-dur 93 1811-1812 brak standardowa
IX d-moll 125 1822-1824
Symfonia radości; w wydawnictwach anglojęzycznych - Choral król Fryderyk
Wilhelm III cztery waltornie; w II dodatkowo trzy puzony, w IV dodatkowo: flet
piccolo, kontrafagot i trzy puzony, triangiel, talerze (czynele), wielki
bęben, chór mieszany, soliści zamiana miejscami cz. II i III (części wolnej i
scherza), wprowadzenie chóru i kwartetu wokalnego link
(ted)
"Ody do radości"
Ludwig
van Beethoven, który skomponował melodię "Ody do radości" przyszedł na świat w
Bonn 17 grudnia 1770. Tak jak Mozart, był cudownym dzieckiem muzykalnej
rodziny, chociaż Beethoven z pewnością miał cięższe dzieciństwo. Jego ojciec,
mało znany nadworny tenor elektora kolońskiego, był sadystycznym gwałtownym
człowiekiem zmuszającym syna do nauki muzyki kopniakami i wyzwiskami.
Beethoven zaczął dawać publiczne koncerty mając siedem lat, po czym jego
edukację przejął kompozytor Christian Gottlob Neefe. To właśnie Neefe zapoznał
Ludwiga z dziełami Bacha i Mozarta, które wywarły na kompozytora ogromny
wpływ. Pod ich wpływem zaczął sam komponować - jego pierwszy utwór, "Dziewięć
wariacji w c-mol" opublikowano, gdy miał dziesięć lat. Beethoven spotkał
Mozarta, gdy miał 17 lat. Pierwszy był młodzieńcem nieśmiałym i niezbyt dobrze
czującym się na salonach. Drugi odwrotnie lwem salonowym i duszą towarzystwa.
Mozart początkowo lekceważył swego źle ubranego i niewychowanego kolegę - do
chwili, w której usłyszał Beethovena grającego na fortepianie. Wczesna śmierć
rodziców (matka - 1787, ojciec - 1792) sprawiła, że Ludwig van Beethoven
musiał utrzymywać młodsze rodzeństwo. Chwytał się różnych dodatkowych zajęć,
między innymi uczył muzyki księcia Ferdynanda von Waldsteina (któremu w 1804
r. zadedykował sonatę fortepianową). W roku 1792 jego muzykę usłyszał słynny
kompozytor Józef Haydn i zadecydował: Beethoven musi pojechać na studia do
Wiednia. Haydn był czołowym przedstawicielem dominującego dotąd prądu w muzyce
- klasycyzmu. Beethoven buntował się przeciwko klasycystycznym ograniczeniom i
myślał już na sposób następnej epoki - romantyzmu. W Wiedniu Beethoven zyskał
sławę - ale jako wybitny pianista. Jako kompozytor miał opinię ekscentrycznego
amatora. Obstawał jednak przy swoim, co skłóciło go z Haydnem i innymi, którzy
próbowali grać przy nim rolę mentora (był wśród nich znany skądinąd Antonio
Salieri). W roku 1799 Beethoven po raz pierwszy podjął ambitną próbę
skomponowania symfonii. W kwietniu 1800 jego pierwsza symfonia została
publicznie wykonana w Wiedniu. Beethoven nie mógł się jednak się cieszyć
sukcesem - słuchał tego koncertu w głębokiej depresji, wiedząc już, że traci
słuch. Do swojej choroby Beethoven przyznał się po raz pierwszy w liście do
przyjaciela w roku 1801. Z listu wynika jednak, że trapiła go już od paru lat.
Nie była to tylko utrata słuchu. Co gorsza, chorobie towarzyszyła stała
obecność dźwięku, który Beethoven opisywał jako gwizd lub brzęczenie. Zaś te
dźwięki, które do niego docierały - były zniekształcone, pozbawione basów,
spłaszczone, bezbarwne. Beethoven nie poddawał się jednak, tylko z tym większą
pasją poświęcił komponowaniu. W latach 1800-1802 skomponował słynne sonaty
fortepianowe, a potem kolejne symfonie. W roku 1803 powstała przełomowa
trzecia symfonia "Eroica" - dedykowana Napoleonowi (po ogłoszeniu się przez
Napoleona cesarzem, Beethoven wycofał dedykację). Niektórzy uważają tę datę i
ten utwór za początek romantyzmu w muzyce. Kolejne symfonie Beethoven
komponował wciąż jeszcze słysząc - choć coraz gorzej. W 1808 roku powstała
słynna piąta symfonia. W roku 1815 zmarł ukochany brat Ludwiga Kasper Karl.
Wpędziło to kompozytora w depresję. Zaprzestał koncertowania i komponowania,
poświęcił się wyłącznie sprawom rodzinnym. Dziewiątą symfonię, inspirowaną
"Odą do radości" Schillera - opus sto dwudzieste piąte - skomponował dopiero w
latach 1817-1823, kiedy już całkowicie nie słyszał. Zapisywał nuty na papierze
polegać wyłącznie na swojej wyobraźni i uczuciach. Symfonię wykonano 7 maja
1824 roku w Wiedniu. Beethoven naciskał, by pozwolono mu dyrygować orkiestrą
mimo braku słuchu. Jego przyjaciele zgodzili się, ale w rzeczywistości za
plecami kompozytora stał prawdziwy dyrygent, którego wskazaniami kierowali się
muzycy. Jak wynikało z opisu osób, które miały możliwość uczestniczyć w tym
niezwykłym koncercie, muzycy płakali, wzruszeni sytuacją i pięknem utworu.
Beethoven nie słyszał burzliwej owacji na zakończenie. Stał plecami do
publiczności, która wstała z krzeseł i klaskała. Dopiero śpiewaczka wykonująca
w chórze partię kontraltu łagodnie obróciła 54-letniego, przedwcześnie
postarzałego mężczyznę, by ten mógł zobaczyć tłum ludzi stojących i
klaszczących - dla niego bezgłośnie. Beethoven zmarł trzy lata później w
Wiedniu, gdzie jest pochowany. W styczniu 1972 roku fragment dziewiątej
symfonii w aranżacji Herberta von Karajana został przyjęty przez Radę Europy
za hymn Europy. W 1986 roku ten wybór zaakceptowała Wspólnota Europejska,
później przekształcona w Unię. Symbolem Europy jest jednak wyłącznie
instrumentalna aranżacja symfonii, bez wiersza Schillera - dla uniknięcia
sporów o to, w jakim języku wiersz miałby być wykonywany.
(ted)
Romantyczny, czy klasyczny Beethoven
Tradycyjna
historia muzyki zalicza Beethovena do trzech "klasyków wiedeńskich". Sporo w
tym racji, ale zaliczenie to nie jest do końca oczywiste i konsekwentne. A
przynajmniej nie na tyle, by nie budzić kontrowersji. Nie ulega oczywiście
wątpliwości, że język muzyczny Beethovena jest jeszcze z gruntu klasyczny w
znacznej części dzieł. Tym niemniej epoka, w której tworzy, różni się od
czasów Mozarta praktycznie pod każdym względem. Chociaż lekcje pobiera zarówno
u Haydna (także jednego z klasyków wiedeńskich) i Salieriego (tak tak, właśnie
tego szwarccharaktera z Amadeusza Formana), to jego pierwsza symfonia ma
premierę w roku 1800 - ponad dekadę po śmierci Wolfganga Amadeusza. Muzyka
Beethovena, choć posługująca się czysto klasycznymi środkami, jest już
zwiastunem zupełnie nowej epoki. Zwiastunem, powtórzmy, jeszcze nie
reprezentantem. Jeśli więc to nie środki formalne odróżniają Beethovena od
starszych kolegów, to co? Otóż, najprościej mówiąc - wszystko oprócz nich.
Przede wszystkim zaś sam status artysty. O ile jego poprzednicy z Bachem na
czele uważani są i sami siebie uważają za rzemieślników, lepiej lub gorzej
wykonujących swoją pracę, o tyle już u Beethovena mamy do czynienia z tym
wszystkim, co kojarzy nam się (dobrze, lub źle) z byciem artystą. On już jest
świadomy wagi tego, co tworzy, natchnienia, powołania. Nie jest niewolnikiem
reguł, choć wykorzystuje ich zastany repertuar, to każdą z nich jest gotów
poświęcić dla uzyskania żądanego efektu. Żądanego oczywiście przez niego -
Beethovena - nie przez zamawiającego, tradycję, wymogi formy czy cokolwiek
innego. Ludwig van, posępny, mrukliwy i niedostępny, wyobcowany przez swoje
kalectwo, szorstki w obejściu a czasem i w muzyce nieco toporny, niewiele ma
wspólnego z typem kompozytora - dworskiego dostarczyciela rozrywki, w rodzaju
Mozarta, czy Händla. Nawet jego religijność więcej ma wspólnego z Konradem
wykłócającym się z Bogiem o "rząd dusz", niż z protestancką pokorą Bacha. O
ile słuchając Mszy h-moll tego drugiego, nie mamy wątpliwości, że dzieło to,
choć niewątpliwie pełne barokowego splendoru, powstało w gruncie rzeczy ad
maioram Dei gloriam, to rozstrzygnięcie, czy w potężnej, falującej niczym
wyburzone morze Glorii z Missa Solemnis centralną postacią jest odbierający
swą chwałę Najwyższy, czy rzucający mu tą potęgę do stóp Kompozytor-Demiurg,
nie jest już sprawą prostą ani jednoznaczną. Niezależnie od tego, czy
apokryficzna, czy nie, historia spotkania Beethovena i Göthego doskonale
oddaje różnicę, w poczuciu własnej pozycji, jaka dzieli Beethovena od jego
poprzedników. Beethoven nie dlatego nie schodzi z drogi orszakowi cesarskiemu,
że jest przeciwnikiem monarchii, czy innym wywrotowcem. On doskonale czuje
przemianę, jaka w jego czasach się dokonuje, tą wielką nobilitację artysty
jako osoby natchnionej, nadczłowieka, którego dopiero kilka dziesięcioleci
opiewał będzie Nietzsche, ale którego nadejście przeczuwają już poeci jego
czasów. Wie, że sztuka z jednej strony piętnuje go wśród społeczeństwa ale z
drugiej - czyni wybrańcem, który także dysponuje władzą. Kwestia, która z tych
władz jest wyższa, potężniejsza, kto komu powinien się kłaniać, nie jest już
dla nikogo oczywista. Oczywiście nie próbuję Beethovenowi przypisywać
sprawstwa tych wszystkich zachodzących przemian. Wręcz przeciwnie - być może
on sam najmniej był ich świadomy. Jednak przyszło mu żyć właśnie w takich
czasach i trzeba przyznać, że potrafił towarzyszący im Zeitgeist wykorzystać.
Także w jego czasach następuje przesunięcie roli centrum życia muzycznego z
dworu do sali koncertowej. Muzyka z jednej strony instytucjonalizuje się i
uniezależnia od indywidualnego sponsora. Podstawą życia kompozytora powoli
stają się zamówienia instytucji publicznych (już jego symfonie powstają na
zamówienie np. Londyńskiego Towarzystwa Filharmonicznego) oraz umowa z wydawcą
- kolporterem partytur, choć rola możnych indywidualnych sponsorów jest
jeszcze nie do przecenienia. Stała, zawodowa i podległa instytucji filharmonii
orkiestra symfoniczna może reprezentować sobą wysoki poziom profesjonalny,
oraz daje kompozytorowi do dyspozycji większy (oczywiście stopniowo, w czasach
Beethovena orkiestra symfoniczna nigdy nie osiąga mahlerowskich rozmiarów,
choć już u tylko trochę późniejszego Berlioza składy są niemałe), kanonizowany
skład, co jest znaczącym postępem w stosunku do małych orkiestr prywatnych o
często płynnym i okazjonalnym składzie. Beethoven tą zmianę skwapliwie
wykorzysta. Z drugiej jednak strony, przyjdzie mu zapłacić cenę za tą
demokratyzację życia muzycznego. Jego utwory rzadko spotkają się ze
zrozumieniem, a jego największy sukces za życia osiągnie Zwycięstwo
Wellingtona pod Vittorią - utwór na orkiestrę symfoniczną i instrumenty
mechaniczne Maelzla (tak, tak - tego od metronomu - są sobie współcześni, ale
o tym trochę później), na który to utwór dzisiaj dyrygenci spuszczają
litościwie zasłonę zapomnienia, a nawet najwięksi egzegeci wśród muzykologów
określają eufemistycznie mianem "okazjonalnej chałtury". Związek
egalitaryzacji kultury z jej komercjalizacją i pauperyzacją już wtedy daje o
sobie znać. Beethoven, jak jemu współcześni, pisze dużo muzyki kameralnej i
instrumentalnej. Cenione są jego sonaty, wielkim mirem wśród znawców cieszą
się późne kwartety smyczkowe, piąty koncert fortepianowy, czy Missa Solemnis.
Ale do historii przeszedł przede wszystkim jako twórca dziewięciu symfonii.
Ten cykl stał się swoistym kanonem, obrósł legendą. To Beethoven jest tym,
który z klasycznej symfonii - rozrywkowego utworu, swoistej instrumentalnej
sonaty, stworzył formę będącą dla wielu kompozytorów ostatecznym, najwyższym
środkiem wyrazu. To dzięki niemu symfonia zaczyna nabierać ciężaru
gatunkowego. Taneczną część trzecią (ewolucyjną zaszłość łączącą symfonię z
suitą), zastępuje motorycznym i dramatycznym scherzem. Haydn pisze ponad sto
symfonii, Mozart - kilkadziesiąt. Beethoven "zaledwie" dziewięć. Ale każda z
nich pod względem ciężaru gatunkowego mogłaby stawać w zawody z dziesiątkami
tamtych. Eroica z bohaterskim tematem pierwszej części i posępnym marszem
żałobnym w drugiej, to już rewolucja. A przecież potem jest jeszcze Piąta z
powracającym we wszystkich częściach motywem losu - jednym z najbardziej
nośnych, abstrakcyjnych, pojemnych, ale i niepokojących Leitmotiffów w
historii muzyki. Nawet pogodna Szósta, choć głęboko siedzi w klasycyzującym
klimacie pastoralnym, to programowością partycypuje romantyczny wynalazek
poematu symfonicznego (że także symfonię programową, której ojcem chrzestnym
zostanie Berlioz, to rzecz oczywista). No i Dziewiąta. Monument, rozsadzający
i właściwie totalnie przedefiniowujący pojęcie symfonii. Tomy o Dziewiątej
napisano i jeszcze tomy się napisze. Jedno nie ulega wątpliwości - gdyby
Beethoven jej nie napisał, byłby jedynie trzecim, ostatnim z klasyków
wiedeńskich. Ale to dzieło, ta "kropka nad i", jako kulminacja drogi, która w
przeciągu zaledwie dwóch dziesięcioleci wyniosła formę symfoniczną z utworu
stricte rozrywkowego do roli monumentu, swoistego świeckiego misterium muzyki,
także Beethovena przenosi ze sfery sławy do poziomu legendy, przewyższającej
(zasłużenie, czy nie) nawet największego z kompozytorów wszechczasów - Bacha.
(ted)
Legenda i kult Beethovena
Legendy
i kulty Beethovena przechodziły różne zawirowania. W końcowych
latach jego bogatego życia, zaczyna się rodzić legenda, która od tej chwili w
świadomości następnych pokoleń zrośnie się z jego osobą nieodwracalnie. Nie
mogło zresztą być inaczej. Muzyka Beethovena broni się sama i pod warunkiem,
że nie przepadłaby w mrokach historii, na pewno zagwarantowałaby mu poważanie
i szacunek fachowców. Ale tuż po Beethovenie wybucha z całą siłą romantyzm -
epoka, której praktycznie wszystkie postulaty programowe sygnalizowane są już
w twórczości Ludwiga van. Beethoven od razu więc wyniesiony zostaje na
ołtarze. Jego symfonie wchodzą do repertuaru praktycznie wszystkich orkiestr
symfonicznych i to osiągają taką popularność, że Debussy skarżył się będzie,
że w Paryżu Piątą grywa się co najmniej raz w sezonie. Nie trzeba dodawać, że
w czasach braku nagrań możliwość usłyszenia symfonii w jej pełnej,
orkiestrowej wersji, była rarytasem. Najczęściej symfonie grano w postaci
wyciągów fortepianowych, a na koncert nierzadko przychodzono z partyturą,
którą uważnie śledzono, korzystając z rzadkiej okazji skonfrontowania swoich
wyobrażeń o instrumentacji z rzeczywistością. Jeśli w takiej sytuacji Debussy
czuje przesyt Beethovenem to chyba daje to jakieś pojęcie o skali jego
popularności. Oczywiście Beethoven z miejsca staje się postacią kultową i
natchnieniem dla następnych pokoleń kompozytorów. Młody Wagner studiuje
partyturę Missa Solemnis ręcznie ją przepisując. Zdobycze formalne
beethovenowskiej symfonii stają się fundamentem całej romantycznej symfoniki.
Jego język muzyczny bezpośrednio przejmują i rozwijają kompozytorzy pierwszego
pokolenia romantyków: Schubert, Berlioz. Formę symfonii jako misterium
przejmie Bruckner (pozostający też w pewnym okresie pod wpływem Wagnera) i
tchnie w nią romantycznego ducha metafizyki. Przyjaciel Wagnera - wielki
pianista Liszt, co prawda nie osiągnie wyżyn kompozytorskich w dziedzinie
symfoniki, ale pozostawi nam w spadku wirtuozerskie transkrypcje fortepianowe beethovenowskich symfonii (że także jest dyrygentem i interpretatorem
Beethovena, tego nawet nie trzeba dodawać, to rzecz w tych czasach oczywista).
Nawet boczący się na romantyzm Brahms nie gardzi beethovenowskim rozmachem,
choć w jego czasach tak dosłowne inspirowanie się językiem Ludwiga van, jest
już raczej stylizacją klasycyzującą. A potem przychodzi fin de siecle i nie ma
już litości ani umiaru. W wiedeńskim Pałacu Secesji hołd Beethovenowi składają
najwięksi. Ludwiga van, jako tronującego Jowisza, majestatyczne, nawiązujące
do antyku, ale w swej substancji na wskroś romantyczne dzieło rzeźbi Max
Klinger. Freskiem inspirowanym Dziewiątą dekoruje salę Gustav Klimt. Do jednej
z postaci - Rycerza - pozuje sam Gustav Mahler. Gest to szczególny i
symboliczny, bo przecież Mahler już za życia jest naczelnym kapłanem
beethovenowskiego kultu, dyrygentem cenionym zwłaszcza w wagnerowskim i
beethovenowskim repertuarze. A przecież dzieło jego życia - wspaniały cykl
dziewięciu ukończonych symfonii, choć w jego czasach uważany za epigoński i
dziwaczny - z perspektywy czasu uznać należy za nic innego jak uwieńczenie,
zamknięcie, dopełnienie tego, co rozpoczął Beethoven. Tak, jak pierwszy z nich
uwalnia symfonię z więzów schematu, tak drugi doprowadza ją do ostateczności,
spełnienia, granicy. Po Mahlerze kontynuować drogi wytyczonej przez Beethovena
już się nie da. Zresztą kolejne epoki, czy raczej style muzyczne, będą w
swoich manifestach artystycznych raczej odcinać się od tradycji romantycznej,
jeśli nawiązywać do Beethovena, to raczej przez negację. Ale kult kompozytora
nie umiera, wręcz przeciwnie. Na początku naszego wieku piewcą jego wielkości
staje się noblista Romain Rolland, najpierw w hagiografii Żywot Beethovena,
potem w Janie Krzysztofie - powieści co prawda kołtuńskiej i naiwnej, ale
swoją rolę w kultywacji legendy spełniającą znakomicie. Narastający w tej
epoce rozdźwięk pomiędzy nową muzyką, a nie przygotowanym na jej odbiór,
wykształconym na tradycji gustem melomana, doprowadza do zupełnie nowego, nie
znanego wcześniej zjawiska. To dwudziestoleciu międzywojennym pierwszy raz
dochodzi do konfliktu pomiędzy muzyką nową, a tradycją. Co prawda trudno
oceniać pozytywnie odwrót publiczności od współczesnej jej muzyki oraz tryumf
repertuarowy gustów bądź co bądź mało wyrafinowanych, bazujących na dość
prymitywnym sentymentalizmie i kulcie często doprowadzającego do kuriozalnych
scen wirtuozerstwa, ale przyznać trzeba, że Beethoven jest jednym z
największych, a przy tym jednak obiektywnie najbardziej wartościowych
beneficjentów tych przemian. Fakt, że kompozytor, dzięki popularności nagrań,
współczesnej technice, filmowi itp. staje się wręcz ikoną popkultury, nie jest
przecież w stanie nic ująć jego muzyce. Beethovena grają więc i nagrywają (co
jest znaczącym novum) najwięksi, wśród nich przede wszystkim Toscanini,
Furtwangler, Karajan, a w zasadzie wszyscy co do jednego przedstawiciele epoki
tzw. wielkich (albo "starych") mistrzów, na Yehudim Menuhinie skończywszy.
Jego symfonie w ramach szerzenia kultury germańskiej grają w okupowanym Paryżu
Berlińscy Filharmonicy. Żydowska Orkiestra Symfoniczna gra Pastoralną w
warszawskim getcie. Mniej więcej w tym samym czasie Tomasz Mann pisze swojego
Doktora Faustusa. Że nowy Faust - Krystian Leverkühn ma być anty-Beethovenem,
że jego magnum opus symbolicznie ma odebrać ludzkości Dziewiątą, być jej
antytezą... to rzecz tak oczywista, że dodatkowego komentarza nie wymagająca.
Równie przewrotny hołd złoży Beethovenowi Anthony Burgess w Mechanicznej
pomarańczy. On z kolei eksponuje ekstatyczny, dionizyjski i wizyjny charakter
przede wszystkim Piątej i Dziewiątej. W przewrotnym dziele Burgessa muzyka
Beethovena jest zarazem jednym z bohaterów, tłem, symbolem, motorem działań,
czy wręcz narkotykiem. Jeśli esencja tego dzieła tkwi w utożsamieniu się
czytelnika z bohaterem do cna zepsutym i złym, to czyż może do niej dotrzeć
ktoś, kto nie czuje tego samego, co Alex, słysząc finał Dziewiątej? Czy jest w
stanie zrozumieć scenę w której bohater wykorzystuje dwie "dycholatki" z
okazji kupna upatrzonego od dawna wykonania Dziewiątej ktoś, kto w młodości
nie odkładał pieniędzy na wymarzoną płytę z tą symfonią? Czy wreszcie,
ktokolwiek poza wielbicielami Beethovena jest w stanie zrozumieć, co znaczy
odebrać komuś tą muzykę? Epoka "starych mistrzów" powoli kończy się mniej
więcej w latach osiemdziesiątych. Do tego czasu w zasadzie ustala się już
kanon klasycznych nagrań Beethovena. Symbolicznym dopełnieniem tego staje się
ustalenie standardu AUDIO-CD tak, aby każde wykonanie Dziewiątej mogło się
zmieścić na jednej płycie. Jeszcze na parę lat przed
śmiercią Karajan po raz
kolejny nagra cały cykl symfonii, jakby czując, że możliwość uwiecznienia ich
na tym nowym, nie niszczejącym, cyfrowym medium, jest szansą, daną mu przez
historię. Szansą, stawiającą go w pozycji uprzywilejowanej w stosunku do tych
wszystkich poprzedników, których nagrania trzeba mozolnie remasterować i
odszumiać. Z punktu widzenia Beethovenowskiej legendy warto wspomnieć o
jeszcze dwóch wydarzeniach nam współczesnych. W latach dziewięćdziesiątych
pojawia się film Wieczna miłość, ukazujący klasyczny wizerunek Beethovena w
typie bohatera romantycznego, nieszczęśliwego i niepokornego. Wspomnieć o nim
warto przede wszystkim z uwagi na rolę Garry'ego Oldmana, a w zasadzie dwie
role. Dwie - bo niejakim dopełnieniem jest zagrany przez niego zły,
skorumpowany policjant w Leonie zawodowcu - kolejny po Alexie złoczyńca, który
w czasie popełnianego morderstwa słucha Beethovena (choć równocześnie
twierdzi, iż go nie znosi). Współczesnym i bliskim nam akcentem niewątpliwie
jest Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, którego spiritus movens jest nie kto
inny, jak Krzysztof Penderecki. Wydarzenie to o tyle znaczące, że przypomina,
iż mimo ideowego zerwania z dziedzictwem romantyzmu, jakie było udziałem
dwudziestowiecznej awangardy, muzyka Beethovena nadal jest obecna w dziełach
coraz to nowych kompozytorów. O ile fakt, że Piąta Mahlera oparta jest o ten
sam temat losu, co Piąta Beethovena wydaje się naturalny, o tyle to, że ten
sam temat powraca w Czwartej Lutosławskiego, jest wart zaznaczenia. Przypomina
on, że w muzyka, jak żadna inna ze sztuk, nawet przecząc dokonaniom tradycji,
w jakimś sensie je kontynuuje.
(ted)
O "prawdziwym" Beethovenie!
W latach pięćdziesiątych Nicolas Harnoncourt
publikuje manifest
definiujący założenie szkoły "autentycznego wykonawstwa" muzyki dawnej,
posługującej się instrumentami z epoki, bądź ich replikami, nikt nie
przypuszczał, że oto rodzi się jedna z największych rewolucji muzycznych XX
wieku. Rewolucja, która przeorała cały rynek płytowy, przewartościowała
wszelkie rankingi popularności - solistów, dyrygentów, czy wreszcie
kompozytorów. Ale co ta "barokowa" rewolucja ma wspólnego z Beethovenem?
Beethoven żył współcześnie z Maelzlem - eksperymentatorem i twórcą m.in.
metronomu. I to właśnie w dziełach Beethovena po raz pierwszy obok
tradycyjnych opisowych, włoskich określeń tempa, spotykamy oznaczenia wg skali
Maelzla (MM) - czyli w ilościach jednostek na minutę. Wydawałoby się, że nic w
tym nadzwyczajnego, w końcu znakomita większość kompozytorów późniejszych
dokładnie określa tempa i wszyscy są do tego przyzwyczajeni. Tyle, że tempa
Beethovenowskie przez długi czas wydawały się... niewykonalne. I właściwie, w
pełnych, dużych składach, w jakich klasycznie grywa się symfonie, osiągnięcie
wymaganej dla muzyki Beethovena precyzji i motoryki jest praktycznie
niewykonalne przy zapisanych w partyturze tempach. Powstały nawet teorie, iż
Beethoven, będąc praktycznie głuchy, jako jedną jednostkę liczył nie przejście
wahadła przez środek, jak nakazywałby wydawany przez metronom dźwięk, ale jego
pełne wychylenie. Tempa jego symfonii miałyby więc być dwukrotnie wolniejsze
od tego, co jest zapisane. Wskutek tych rozdźwięków w interpretacji w praktyce
panowała spora dowolność. Scherza, finały, często grano w tempach maksymalnie
zbliżonych do tego, co napisane. Fragmenty wolne lub patetyczne niemiłosiernie
rozciągano (wystarczy posłuchać wstępu do Egmonta w nagraniu Furtwanglera z
lat czterdziestych). I tak było prawie do naszych czasów... Kiedy rewolucja
"autentystów" okrzepła, zaczęła powoli zataczać coraz szersze kręgi. Po Bachu
przyszła kolej na odbrązowienie także klasyków - Mozarta i Haydna. A po nich -
na Beethovena. O ile oczyszczenie muzyki barokowej z romantycznych
naleciałości wydaje się nam dzisiaj zrozumiałe (choć w swoim czasie wcale
takim nie było) to z Beethovenem sprawa nie jest już tak oczywista. W
przeciwieństwie do Bacha, który zawsze był w sumie kompozytorem dla grona
wtajemniczonych, Beethoven to przecież nienaruszalna świętość dla podstawowego
trzonu publiczności filharmonicznej na całym świecie, od uznających się za
pępek muzycznego świata Niemców (z ich Karajanem, Berlińskimi i Wiedeńskimi
Filharmonikami i całą resztą instytucji), poprzez kosmopolitycznych Amerykanów
(tych z kolei z Filharmonikami Chicagowskimi i Filadelfijskimi, Ormandym oraz
Stokowskim), nie uznających istnienia muzyki starszej niż romantyzm Rosjanami,
a nawet Włochów, by wspomnieć choćby tylko Toscaniniego, Mutiego, czy Abbado,
kreowanego długi czas na następcę Karajana. Wszyscy oni przecież "wiedzieli",
jaki jest Beethoven - monumentalny, majestatyczny, grubo ciosany, zamaszysty.
Jakaż inna muzyka lepiej nadaje się do narcystycznych popisów dyrygenta, jest
równocześnie prosta do opanowania pamięciowego, znajduje się w repertuarze
niemal każdej orkiestry, daje egocentrykowi z batutą okazję do skierowania
całej uwagi na siebie... I na tą świątynię tradycyjnego filharmonizmu, razem z
jej dogmatami, kanonem nagrań oraz pocztem świętych i nieomylnych
interpretatorów porwali się "sekciarze" spod znaku strun z baranich jelit,
małych składów, szperania w poszukiwaniu wskazówek interpretacyjnych w
starych, zakurzonych księgach zamiast w kanonicznych nagraniach. Nie, nie
zabrali publiczności konserwatystom. To już, a może jeszcze niewykonalne. Już
- bo znaczna część publiczności jest doskonale zaimpregnowana na nowości
(gdyby nie była, nie zamykałaby się przecież w ustalonym repertuarze głucha na
muzykę sobie współczesną). Ta publiczność to samonapędzające się kółko
adoracji, którego nikt nie jest w stanie wyrwać z błogiego przeświadczenia o
wyższości tradycji "starych mistrzów". I dlatego na gruncie filharmonii zmiany
jest w stanie przynieść dopiero wymiana pokoleniowa. A nadzieje na taką zmianę
daje spojrzenie na rynek płytowy. Nie da się ukryć, że o ile do ortodoksów
nowa stylistyka nie jest w stanie się przebić, o tyle doskonale sobie radzi z
pozyskiwaniem nowych "wyznawców". Wyrywając Beethovena z zaklętego kręgu
"melomaństwa" Gardiner i inni "autentyczni" paradoksalnie uczynili go bardziej
beethovenowskim. Te nagrania mają się do tradycyjnych mniej więcej tak, jak
prawdziwa mitologia grecka do jej podręcznikowej wersji. Nagranie cyklu
symfonii pod batutą Norringtona z lat osiemdziesiątych (z London Classical
Players) jest szokiem! Sir Roger udowadnia empirycznie, że szalone
Beethovenowskie tempa nie tylko są w ogóle wykonalne, ale stanowią o sile tej
muzyki. Ale te wykonania nie byłyby możliwe, gdyby nie zupełnie nowe podejście
do samej orkiestry symfonicznej. Okazało się, że aby oddać energię i potęgę,
orkiestra nie musi tego robić masą. Wręcz przeciwnie - im więcej osób, tym
trudniej o precyzję, siłę pojedynczego dźwięku, jego barwę. Norrington nie
osiąga potęgi brzmienia multiplikując instrumenty - on z każdego z nich każe
wydobyć 150% mocy. I to działa. Wystarczy posłuchać któregokolwiek -
gardinerowskiego albo norringtonowskiego - cyklu symfonii, aby poczuć jak
wielka to rewolucja. Stosunkowo mała orkiestra potrafi zagrać z "mięchem" o
wiele potężniejszym w ekspresywności, niż sto parę osób u Karajana. W tej
muzyce czuje się pot zostawiony na deskach sceny, uderzenia smyczków, tarcia,
zgrzyty, stukanie klapek - to nie jest bezosobowa masa z jedną
indywidualnością trzymającą batutę - to muzyka organiczna, wydzierana przemocą
stosunkowo prymitywnej materii instrumentów. Te orkiestry potrafią uderzyć,
wbić w ziemię grubo ciosane beethovenowskie akordy, równocześnie dając się
ponieść motoryce i szaleńczemu tempu. Tu nie ma miejsca na muzyczny onanizm,
sycenie się minutami brzmieniem jednego akordu, tą całą późnoromantyczną
liturgię szerokich wymachów i geriatrycznego potrząsania batutą. W zamian za
to otrzymujemy muzykę żywą, niby "autentyczną", budowaną w oparciu o
historyczne przesłanki, ale w gruncie rzeczy do bólu współczesną. Tak jak
nasze czasy ekstremalną, odbrązowioną i bezpośrednią. Czy Beethoven Gardinera
i Norringtona to "prawdziwy" Beethoven? Wielu próbuje dowodzić, że tak i z
dużą dozą prawdopodobieństwa mają rację (a przynajmniej nikła jest szansa na
odkrycia z dziedziny muzykologii i historii interpretacji tak rewelacyjne, by
postulaty tej szkoły obalić). Ale to nie o kryterium merytorycznej poprawności
w muzyce chodzi. Jedyną prawdą jest tu prawda estetyczna, siła oddziaływania
dzieła na słuchacza. A z tej próby nagrania te wychodzą nie dając konkurencji
choćby cienia szansy. Nie da się o nie zapytać za Gombrowiczem "jak to porywa,
skoro nie porywa?" Jestem pewny, że gdyby Burgess pisał Mechaniczną pomarańczę
dzisiaj, to właśnie gardinerowskiej Dziewiątej słuchałby Alex. To także mój
Beethoven.
(ted)
Przybyli, zagrali i zwyciężyli.
Nie,
nie zabrali publiczności konserwatystom. To już, a może jeszcze niewykonalne.
Już - bo znaczna część publiczności jest doskonale zaimpregnowana na nowości
(gdyby nie była, nie zamykałaby się przecież w ustalonym repertuarze głucha na
muzykę sobie współczesną). Ta publiczność to samonapędzające się kółko
adoracji, którego nikt nie jest w stanie wyrwać z błogiego przeświadczenia o
wyższości tradycji "starych mistrzów". I dlatego na gruncie filharmonii zmiany
jest w stanie przynieść dopiero wymiana pokoleniowa. A nadzieje na taką zmianę
daje spojrzenie na rynek płytowy. Nie da się ukryć, że o ile do ortodoksów
nowa stylistyka nie jest w stanie się przebić, o tyle doskonale sobie radzi z
pozyskiwaniem nowych "wyznawców". Wyrywając Beethovena z zaklętego kręgu
"melomaństwa" Gardiner i inni "autentyczni" paradoksalnie uczynili go bardziej
beethovenowskim. Te nagrania mają się do tradycyjnych mniej więcej tak, jak
prawdziwa mitologia grecka do jej podręcznikowej wersji. Nagranie cyklu
symfonii pod batutą Norringtona z lat osiemdziesiątych (z London Classical
Players) jest szokiem! Sir Roger udowadnia empirycznie, że szalone
Beethovenowskie tempa nie tylko są w ogóle wykonalne, ale stanowią o sile tej
muzyki. Ale te wykonania nie byłyby możliwe, gdyby nie zupełnie nowe podejście
do samej orkiestry symfonicznej. Okazało się, że aby oddać energię i potęgę,
orkiestra nie musi tego robić masą. Wręcz przeciwnie - im więcej osób, tym
trudniej o precyzję, siłę pojedynczego dźwięku, jego barwę. Norrington nie
osiąga potęgi brzmienia multiplikując instrumenty - on z każdego z nich każe
wydobyć 150% mocy. I to działa. Wystarczy posłuchać któregokolwiek -
gardinerowskiego albo norringtonowskiego - cyklu symfonii, aby poczuć jak
wielka to rewolucja. Stosunkowo mała orkiestra potrafi zagrać z "mięchem" o
wiele potężniejszym w ekspresywności, niż sto parę osób u Karajana. W tej
muzyce czuje się pot zostawiony na deskach sceny, uderzenia smyczków, tarcia,
zgrzyty, stukanie klapek - to nie jest bezosobowa masa z jedną
indywidualnością trzymającą batutę - to muzyka organiczna, wydzierana przemocą
stosunkowo prymitywnej materii instrumentów. Te orkiestry potrafią uderzyć,
wbić w ziemię grubo ciosane beethovenowskie akordy, równocześnie dając się
ponieść motoryce i szaleńczemu tempu. Tu nie ma miejsca na muzyczny onanizm,
sycenie się minutami brzmieniem jednego akordu, tą całą późnoromantyczną
liturgię szerokich wymachów i geriatrycznego potrząsania batutą. W zamian za
to otrzymujemy muzykę żywą, niby "autentyczną", budowaną w oparciu o
historyczne przesłanki, ale w gruncie rzeczy do bólu współczesną. Tak jak
nasze czasy ekstremalną, odbrązowioną i bezpośrednią. Czy Beethoven Gardinera
i Norringtona to "prawdziwy" Beethoven? Wielu próbuje dowodzić, że tak i z
dużą dozą prawdopodobieństwa mają rację (a przynajmniej nikła jest szansa na
odkrycia z dziedziny muzykologii i historii interpretacji tak rewelacyjne, by
postulaty tej szkoły obalić). Ale to nie o kryterium merytorycznej poprawności
w muzyce chodzi. Jedyną prawdą jest tu prawda estetyczna, siła oddziaływania
dzieła na słuchacza. A z tej próby nagrania te wychodzą nie dając konkurencji
choćby cienia szansy. Nie da się o nie zapytać za Gombrowiczem "jak to porywa,
skoro nie porywa?" Jestem pewny, że gdyby Burgess pisał Mechaniczną pomarańczę
dzisiaj, to właśnie gardinerowskiej Dziewiątej słuchałby Alex. To także mój
Beethoven.
(ted)
Ludwig van Beethoven
BIOGRAPHY
He
was born in the German town of Bonn on the 16th of December 1770. His
grandfather Ludwig and his father Johann were both musicians. Johann was to act
as little Ludwig's first music teacher, but Ludwig soon changed to the court
organist C. G. Neefe. Passing eleven years of age, Ludwig deputized for Neefe,
and at twelve had his first music published. He then stayed as Neefe's assistant
until 1787, when at seventeen, he took off for Vienna. Even though Vienna was to
be his home for the rest of his life, this first visit was short. On hearing
that his mother was dying, he quickly returned to Bonn. Five years later he
finally moved to Vienna to live and work. Beethoven in 1786 After arriving in
1792 he studied composition and counterpoint under Haydn, Schenk, Salieri and
Albrechtsberger. At the same time, he tried to establish himself as pianist and
composer. His good relations with the towns aristocracy soon led to a secured
income. In 1809, with the sole condition that he stayed in Vienna, Prince Kinsky,
Prince Lobkowitz and Archduke Rudolp even guaranteed Beethoven a yearly income.
But going back to the years around 1800, which is traditionally called the early
period, he was still trying to master the high classical style. This strive
culminated in the second symphony from 1801-1802. Beethoven in 1804 This is also
the time when the middle period starts. From now up until 1813, Beethoven
develops and enhances the high classical style into a more dynamic and
individualistic style. It is now that he
writes symphonies Nr. 3 - 8, piano consert Nr. 5 and a lot of chamber music. But
as he learns to control his craft and develop the music into new undiscovered
grounds, he also suffers from reminders of the pains of real life. He has early
in life discovered that his hearing wasn't what it should be, and the disorder
gets worse as time goes by. It gets to the point where Beethoven is thinking of
ending his life as he sees no way out of his despair. That fact is documented in
the letter he wrote to his brothers in 1802, the so called "Heiligenstadt
Testament". This hearing disorder seems to
have affected his social life to a great extent. He became difficult to handle
in social interactions and could suddenly burst into outbreaks of anger and show
bad temper where he usually insulted someone. If that is the reason for his
troubles with women, or if their is something traumatic hidden in his childhood,
I don't know, but the fact is that he never got involved with a woman in a
normal relation. Beethoven seems to have been attracted to women he couldn't get,
or at least was hard to get. An example is Antoine Brentano, with whom he had a
relationship, but who broke up with him to marry a friend. It is she who is
known as the "immortal beloved" in letters addressed to her from Beethoven in
1812. Around the same time, as this wasn't enough, his deafness reached the
stage where he no longer could perform. Now came a couple of years without much
creative work. Instead he was
tormented by personal matters concerning his nephew of which he tried to gain
custody when the brother died in 1815. But Beethoven didn't have the capacity of
a domestic human being, and even though he did win the struggle for custody,
Beethovens relation with the nephew was tense and burdensome and it reached the
point where little Karl tried to take his own life in 1826. The death mask of
Ludwig van Beethoven This is also the so called late period in Beethovens
musical career. His music is described as less dramatic and more introvert, but
also, I would like to add, more mature and secure. It has a flavour of the
genius growing old and an obvious attitude. Listen for example to symphony Nr. 9
- it is complete! There is really not much to add as I see it. The above
mentioned piece gave him, at last, at bit of economical success and he could
live his last years in relative wellfare. But this period is still characterized
by his lack of funds, much because his former patrons no longer could support
him. Maybe the lifelong poverty is a reason for his deteriorating health and his
death on March 26 1827.
(ted)
"Missa solemnis"
"Missa solemnis" D-dur op. 123 L. van
Beethovena, "Missa solemnis" miała być skomponowana na uroczystość ingresu
kardynała, arcyksięcia Rudolfa Habsburga (syna cesarza Leopolda II) obejmującego
arcybiskupstwo w Ołomuńcu. Jednak Beethoven - wbrew zapowiedziom - nie zdążył
ukończyć dzieła przed ingresem, praca nad nim zajęła mu nie planowany rok, lecz
aż pięć lat. Ostatecznie "Mszę uroczystą" ukończył w 1823 roku, a prawykonanie
odbyło się rok później w Petersburgu. Od tego czasu "Missa solemnis" uznawana
jest za największe dzieło instrumentalno - wokalne Beethovena, który mówił o nim
jako o "najbardziej udanym produkcie swego ducha". Kompozytor nigdy nie słyszał
swojego dzieła, nie dożył też wydania jego partytury, co stało się dopiero w
1827 roku, kilka dni po jego śmierci. Monumentalne rozmiary "Mszy" i rozbudowany
aparat wykonawczy składający się z chóru mieszanego, kwartetu solistów (sopran,
alt, tenor, bas), orkiestry symfonicznej wspomaganej przez organy sprawiają, że
wykonywana jest stosunkowo rzadko.
(ted)
Beethoven - Msza
Missa Solemnis (Msza uroczysta) D-dur op.123
Ludwiga van Beethovena uważana jest za największe, obok Mszy h-moll BWV 232 J.
S. Bacha oraz Requiem d-moll KV626 i Wielkiej mszy c - moll KV 427 W. A.
Mozarta, dzieło sakralne w historii muzyki. Określana jest często mianem mszy
symfonicznej z powodu swych rozmiarów i struktury. Beethoven rozpoczął pisanie
Mszy w roku 1819, zamierzając ukończyć ją 20 marca 1820 roku; na ten dzień
bowiem zaplanowana była ceremonia wyniesienia kardynała arcyksięcia Rudolfa
(przyjaciela i ucznia kompozytora), do godności arcybiskupa Ołomuńca. Niestety,
jak to często u Beethovena bywało, na dzień uroczystości gotowe były tylko trzy
części: Kyrie, Gloria i Credo. Sanctus/Benedictus i Agnus Dei powstały dopiero
trzy lata później. Uroczystość odbyła się bez Mszy, a pierwsze kompletne
wykonanie dzieła miało miejsce w roku 1824 w Sankt Petersburgu. Partytura Mszy
uroczystej ukazała się drukiem u Schotta w Moguncji w roku 1827. Missa Solemis
jest dziełem nowatorskim, prekursorskim, podobnie jak ostatnie sonaty i kwartety
Beethovena. Cechuje ją typowo beethovenowskie, romantyczne dążenie do
rozsadzania ram muzycznych, monumentalna forma, która inspirowała wielu twórców
XIX wieku, np.: Berlioza (Requiem), Brahmsa (Deutches Requiem), Verdiego
(Requiem), Liszta (oratoria), Brucknera (Te Deum, msze), Dworzaka (Stabat Mater,
Requiem), a nawet Mahlera (VIII Symfonia'). Przeplatając fragmenty ekstatyczne,
monumentalne z modlitewnym skupieniem, koncentrując się muzycznie na znaczeniu
każdego pojedynczego słowa, Beethoven w sposób maksymalny uplastycznia, ożywia
liturgiczny tekst, powodując również, że Msza jest utworem bardzo osobistym,
subiektywnym. Beethoven uczynił z niej rodzaj manifestu swojej wiary, która nie
dawała się zamknąć w żadnym systemie. Choć tekst Mszy pochodzi z liturgii
katolickiej, Beethoven praktykującym katolikiem nigdy nie był, a w Mszy
interesowały go - podobnie jak w IX Symfonii - ogólne idee, nie zaś żarliwa
bachowska ortodoksja. W tym przypadku jest to idea marności człowieczej a
nieskończonej potęgi Boga, w przypadku IX Symfonii zaś - ogólnoludzkie
braterstwo. Te dwa dzieła koronują dorobek twórczy Beethovena i mówią nam o jego
filozofii więcej nawet niż słowa. Beethoven napisał na partyturze dzieła jako
motto: "Von Herzen - möge es zu Herzen gehen" (Z serca - oby do serc trafiła).
(ted)
Pasja i oratorium
"Moim celem jest uczynić zawarty w muzyce sens
zrozumiałym" - mówi dyrygent Helmuth Rilling. Wymaga to wykonawców nie tylko
gotowych na wszystko, ale zdolnych unieść potężny ładunek emocji. "Pasja
Mateuszowa" w interpretacji Rillinga stawała się potężnym dramatem, ekspresją
silnych namiętności i uczuć - ukazanych jednak zbyt dosłownie, ilustracyjnie.
Lothar Odinius (Ewangelista) starał się budować całość ostrą i mocną kreską.
Christian Gerhaher jako Chrystus sprawiał wrażenie, jakby walczył z całym
światem, chcąc go pokonać potęgą własnego głosu; tymczasem najciekawsze jest w
tej partii specyficzne napięcie pomiędzy boskością (władza, moc) a
człowieczeństwem (słabość, niemoc). Friedrich Boesch mógł się podobać w
recytatywach, natomiast arie były wyraźnie tylko odśpiewane - delikatnym i
suchym dźwiękiem. No i zawiodły niestety obie panie. Wydarzeniem było
niewątpliwie pierwsze polskie wykonanie oratorium Niccolň Jommellego "La
Passione" według libretta Metastasia. Władysław Kłosiewicz wraz z solistami,
zespołem Camerata Silesia oraz Musica Antiqua Collegium Varsoviense
zaprezentowali się poprawnie, z niezwykłą starannością oddając urok tego utworu.
Oratorium powstało w 1749 roku; Ewa Obniska w krótkim szkicu zamieszczonym w
programie napisała, że "muzyka Jomellego (przy całej maestrii warsztatu) dość
szybko się zestarzała". Dziś wydaje się powabna, pełna szlachetności i umiaru.
Nie znajdziemy w niej dramatycznych spięć, historia bowiem toczy się już po
śmierci Chrystusa; jest liryczną relacją jego najbliższych - Józefa, Jana,
Piotra oraz Marii Magdaleny. Szczególnie mogły podobać się altowe recytatywy i
arie Doroty Lachowicz. W Wielki Czwartek mieliśmy natomiast przedsmak radości
świąt: zabrzmiał wielki "Mesjasz" Haendla. Oratorium, w warstwie słownej
wykorzystujące fragmenty Biblii (głównie księgi Izajasza, Malachiasza, ewangelia
Łukasza, listy), w warstwie muzycznej zanurzone w stylu swojego czasu, w
wykonaniu zespołu muzyki dawnej Boston Baroque zabrzmiało niezwykle radośnie.
Szkoda, że nie usłyszeliśmy go w Niedzielę Zmartwychwstania; promienność śpiewu
i dźwięków spotkałaby się z podniosłym nastrojem dnia. Przyciągała zwłaszcza
druga część, ukazująca mękę, śmierć i zmartwychwstanie: dramatyczny fugowany
chór "He was despised" (Był wzgardzony), dialogowane fragmenty, brawurowa aria
basu "Why do the Nations so furiously" (Czemuż to burzą się narody), wreszcie
słynne "Alleluja". O sile wykonania stanowił nie tylko wyraziście rozplanowany
kształt dramatyczny, ale także spoiste brzmienie Boston Baroque oraz w miarę
wyrównany zespół solistów.
(ted)
Opera kameralna
Z operą na krakowskim festiwalu mieliśmy dotąd
do czynienia jedynie podczas dwóch koncertowych wykonań "Fidelia" Beethovena.
Tym bardziej czekano na inscenizację "Orfeusza" Monteverdiego (Warszawska Opera
Kameralna). I tym większy zawód: od strony reżyserskiej spektakl był pokazem
złego gustu i kiepskiej wyobraźni. Ryszard Peryt zilustrował jedynie opowiadaną
historię groteskowym ruchem, statycznymi i konwencjonalnymi pozami. Przestrzeń
zabudowana fragmentem ściany zdobionym muzycznymi instrumentami, dmącymi w trąby
i ruszającymi się w końcowej scenie amorkami, sceny podziemne skąpane w zielonym
świetle, śpiewacy w kostiumach sugerujących nagość i klasyczną budowę ciała... A
ta naprawdę genialna i wielka muzyka, opisująca niezwykły dramat, domaga się
zupełnie innych, nowych rozwiązań. W 1998 roku w Brukseli współpraca
specjalizującej się w tańcu nowoczesnym amerykańskiej choreografki Trishy Brown
oraz świetnego dyrygenta Rene Jacobsa doprowadziła do - jak to nazwała krytyka -
"niezapomnianego teatru gestu zrodzonego z muzyki". W 2002 roku Diane Paulson na
scenie Chicago Opera Theater pozbawiła "Orfeusza" mitologicznego kontekstu,
zmieniając bogów i pasterzy w przedstawicieli współczesnego zamożnego
społeczeństwa. Peryt ograniczył się do ustawienia śpiewaków niemal jak na
koncercie. Dlaczego tak i tylko tak? Nie zachwycił kameralny koncert Arto Norasa
(wiolonczela) i Elżbiety Stefańskiej (klawesyn). Początek wydał się zajmujący:
Noras "III Suitę C-dur" Bacha wykonał z wymaganą precyzją i namiętnością. Ale
już obu sonatom (I oraz III) brakowało spoistości brzmienia, wspólnoty pomiędzy
dwoma ogniwami-instrumentami. Jedynie wolne części ("Adagio") oraz zagrane na
bis "Andante" z "II Sonaty D-dur" wprowadziły oczekiwane zespolenie.
Fortepianowa "Suita angielska g-moll" Bacha w wykonaniu Rudolfa Buchbindera
stała się natomiast wolno snującą się muzyczką, mało przejrzystą, nie
wydobywającą kunsztowności Bachowskich planów. "Jest nieśmiertelnym Bogiem
harmonii" - mówił Beethoven o Bachu; "chciałbym uklęknąć na jego grobie" -
powiedział o Haendlu. Może najbardziej twórcze w realizacji przewodniej myśli
festiwalu było sympozjum. Jak choćby referat "Beethoven i Bach, legenda
historyczna" prof. Helmuta Loosa z Lipska: Beethoven znał kompozycje Bacha i
grywał je; jako dziewięcioletni uczeń Nicolausa Simrocka rozczytywał preludia i
fugi z "Das wohltemperierte Klavier", dwa lata później grywał dzieła z tego tomu
pod okiem Christiana Gottloba Neefego. W 1801 r. Beethoven pisał do wydawcy:
"to, że chce pan wydać dzieła Bacha, jest bliskie mojemu sercu, które bije z
szacunkiem dla tego ojca harmonii...". W 1825 r. powstawały szkice do
nieukończonej uwertury na temat b-a-c-h. Z tego samego roku pochodzą słowa
Beethovena, które zapisał Karl Gottlieb Freudenberg: "powinien nazywać się nie
Bach ("strumień"), lecz Meer ("morze"), z powodu swojego nieskończonego,
niewyczerpalnego bogactwa kombinacji dźwiękowych i harmonii". Oczywiście, na
festiwalu obecna była także muzyka Beethovena. Choćby w romantycznie wykonanym
przez Juliana Rachlina "Koncercie skrzypcowym D-dur", tajemniczo tanecznej
(piękne żałobne "Assai meno presto") i brawurowej "VII Symfonii" (NOSPR pod
batutą Jana Krenza), klasycznie wyrazistym "Koncercie potrójnym C-dur" (Elina
Vähälä - skrzypce, Arto Noras - wiolonczela, Ralf Gothoni - fortepian, świetna
English Chamber Orchestra), wzorcowo monumentalnej "Missa Solemnis" (Orkiestra i
Chór Filharmonii Narodowej pod batutą Antoniego Wita), wreszcie "IX Symfonii".
Schillerowskie "Alle Menschen werden Brüder" zakończyło w świąteczny
poniedziałkowy wieczór festiwal; wykonanie hymnu Unii Europejskiej niemal
zbiegło się w czasie z podpisywaniem przez Polskę traktatu akcesyjnego. Ale
krakowskie wielkanocne święto muzyki wydaje się być w Europie od zawsze, a dziś
nawet bardziej w Europie (świecie) niż w samej Polsce. Dlaczego? O znaczeniu
każdego festiwalu świadczy przede wszystkim jego artystyczna jakość; ta w
Krakowie od zawsze utrzymuje raczej wysoki poziom. Ale zachodzi
niebezpieczeństwo, że festiwal "odkleja się" od Krakowa; może nie od krakowskich
hotelarzy czy restauratorów, ale od krakowskich (polskich) melomanów, dla
których najzwyczajniej w świecie zabraknie miejsca. Ponad połowę publiczności
stanowią obcokrajowcy, na niektóre koncerty ciężko było się dostać także
dlatego, że większość miejsc została zarezerwowana dla przyjezdnych grup. Czy
miasto i państwo (Festiwal "sponsorują" przecież w dużej części Urząd Miasta
Krakowa oraz Ministerstwo Kultury i Sztuki) stać na organizowanie kosztownej
imprezy "turystycznej"? To może nie zarzut, tylko głośno postawione pytanie, na
które sam nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Oczywiście problem też w tym, czy
tych krakowskich melomanów może być jeszcze więcej... I na kim organizatorom tak
naprawdę zależy. Zastanawiają także niektóre rozwiązania repertuarowe. Dlaczego
bowiem podczas Wielkanocnego Festiwalu nie wykonano dotychczas "I Symfonii"
Beethovena, a aż czterokrotnie "II Koncert fortepianowy"? Dlaczego w tym roku
nie zabrzmiały trzy ostatnie sonaty fortepianowe Beethovena (E-dur op. 109,
As-dur op. 110, c-moll op. 111) czy ostatnie kwartety - dzieła, w których idiom
barokowy odcisnął się chyba najwyraźniej? Może też wreszcie przestać organizować
przegląd, a zacząć - wzorem choćby festiwalu w Salzburgu -inicjować rzeczy nowe?
Na przykład zderzyć muzykę Beethovena z jej XX-wiecznymi odbiciami czy
odpryskami (choćby "Trójgraniasty kapelusz" de Falli z cytatem "V Symfonii").
Czy wreszcie otworzyć nowe drzwi i zadać kompozytorom - nie tylko krakowskim -
twórczą łamigłówkę... Lista utworów mogłaby być długa: "Symfonia na temat "Eroiki"",
"Sonata patetyczna", "Sonata Kreutzerowska", "Symfonia pastoralna", Kwartet
"Wielka fuga"", "Oda do radości" (Miłosz? Szymborska? Lipska? Zagajewski?...). A
może "Oda do smutku" Marcina Świetlickiego jako podstawa symfonicznej kantaty...
(ted)
Bonn - Beethovena
Kiedy w dwutysięczną rocznicę istnienia Bonn
przypadająca w 1989 roku, szukano marki, która miałaby szansę wypromować miasto,
wybór jednomyślnie padł na Beethovena. Beethoven urodził się w Bonn i spędził tutaj
pierwsze 22 lata swego życia. Mimo, że nie były one dla niego sielskie i
anielskie, to swój Heimat do końca życia wspominał z tkliwością. Na przykład o
Renie mówił "nasz ojciec Ren". Dom, w którym Beethoven przyszedł na świat, jest
typowym domem bońskim z okresu baroku. W 1889 roku (119 lat po urodzeniu
Beethovena) groziło mu wyburzenie. Wtedy dwunastu bończyków, chcąc go uratować,
założyło Stowarzyszenie Dom Beethovena. Udało się im pozyskać także sąsiedni
przeznaczony do wyburzenia budynek i w obu obiektach utworzyli Muzeum Dom
Beethovena (Beethoven-Haus). Dziś jest to największy ośrodek beethovenowski na
świecie. Znajdują się w nim wzruszające eksponaty m.in. ostatni fortepian
Beethovena, który został wyposażony w dodatkowe struny, aby kompletnie głuchy
kompozytor mógł przynajmniej odczuwać wibracje pod palcami. Oprócz ekspozycji
ukazującej całe życie Beethovena, w ośrodku jest ponad 1000 manuskryptów, z
czego jedną połowę stanowią nuty, a drugą - korespondencja i osobiste zapiski. W sąsiednim budynku utworzono Digitales
Beethoven-Haus, gdzie na ekranach komputerów można zobaczyć wszystkie dokumenty
archiwalne, a z odtwarzaczy najwyższej klasy posłuchać utworów Beethovena w
mistrzowskich interpretacjach. Beethoven-Haus jest najważniejszych miejscem na
Szlaku Beethovenowskim w Bonn, ale obiektów związanych z kompozytorem jest w
mieście kilkanaście. Należy do nich uniwersytet. 19-letni Ludwig był słuchaczem
wykładów z literatury niemieckiej na Mixische Akademie, która była poprzedniczką
dzisiejszego uniwersytetu bońskiego. W katedrze oraz w kościele
św. Remigiusza
grał na organach podczas mszy, a w Reducie wystąpił przed Haydnem, który
zatrzymał się w Bonn po drodze z Wiednia do Londynu. Pomnik przed pocztą został
odsłonięty w 1845 roku, w 75 rocznicę urodzin Beethovena. Kompozytor nie żył już
od 18 lat. W tym samym roku odbył się w Bonn pierwszy Festiwal Beethovenowski,
który zaszczycili swoją obecnością Liszt i Berlioz. Odtąd
impreza odbywała się nieregularnie. W 1998 roku stała się corocznym festiwalem
międzynarodowym o nazwie Beethovenfest, a dwa lata później została przyjęta do
Europejskiego Stowarzyszenia Festiwali skupiającego najbardziej prestiżowe
festiwale naszego kontynentu. Koncerty odbywają się nie tylko w Bonn, ale także
w uroczych miejscowościach podbońskich. Przed salą koncertową Beethovenhalle
stoi pomnik autorstwa profesora Klausa Kammerichsa z Dusseldorfu. Jego nazwa
"Beethon" nawiązuje do materiału, z którego jest zrobiony, czyli do betonu.
Kiedy patrzy się na niego z bliska, widać tylko betonowy labirynt i nic więcej.
Dopiero z pewnego oddalenia, nieregularne płytki układają się w twarz
kompozytora. To majstersztyk godzien geniuszu Beethovena.
(ted)
Jak słońce pośród ciemnego kłębowiska chmur!
Komentarze do V i VI symfonii L. v. Beethovena
V Symfonia Beethovena jest utworem muzycznym,
który już od pierwszych lat naszego doświadczenia wychowawczego pomagał nam
myśleć.
W sensie chronologicznym to właśnie dzieło
Beethovena proponowałem moim pierwszym uczniom, pierwszym dziesięciu, piętnastu,
którzy spotykali się ze mną. A robiłem to, aby wzbudzić w nich ten wymiar ideału
i ryzyka życia, bez którego pozostaje się bezczynnym, takim jak inni, ten
wymiar, bez którego człowiek się nudzi, jak wszyscy inni: nie bez powodu nazywa
się ją "symfonią losu". Słuchaliśmy przede wszystkim pierwszej części Symfonii,
tej z "losem pukającym do bramy". Początek to wtargnięcie wydarzenia. Cały
dramat orkiestry rozwija się począwszy od wydarzenia owych czterech początkowych
nut, które nieustannie powracają. W nich dochodzi do głosu ów los, który
przemierza życiowe doświadczenie zabłąkania, klęski albo smutku i który ukazuje
się często z tej najtwardszej strony: próby albo pokusy. Pokusa jest burzą, jak
ta opisana w cudowny sposób w czwartej części Szóstej Symfonii, dla mnie
najbardziej udanej symfonii Beethovena. Ta część wprowadza, antycypuje i opisuje
burzę, która przychodzi i przechodzi. Przechodzi, i wszystko kończy się słodyczą
rzeczy, które zostały uczynione. Tym niemniej jest tylko jeden sposób zachowania
się w obliczu rzeczywistości, dzięki któremu rzeczy stają się przedmiotem albo
lepiej podmiotem, przyczyną owej delikatności (czułości), dla której człowiek
został stworzony: próby, które musimy przejść objawiają, potwierdzają wolę
wychowawczą, pedagogiczną, z jaką Jezus odnawia ekspansję, eksplozję,
proklamację swojej wielkości. I, w istocie, pobożność budzi podziw, czyli
uwielbienie, a ono jest wielkim źródłem modlitwy. Jeśli prawda komunikuje ci się
łącznie z burzami, to aby przezwyciężyć burzę musisz być wierny temu, do czego
przynależysz, do czego już przynależysz, bo uznałeś to za coś prawdziwego. Teraz
nie uznajesz tego za prawdziwe tylko dlatego, że niebo zasnute jest dla ciebie
chmurami, lecz - jeśli pozostaniesz wierny - bardzo łatwo zdarzyć się może, że
staniesz się widzem wspaniałej rzeczy: prawdy tajemniczej i wiecznej, która
dociera do ciebie jak światło porannej zorzy, albo jak promień słońca pośród
kłębowiska chmur. Gatunkiem symfonicznym kompozytor XVIII stulecia zamierzał
wypowiadać się przed bardzo szerokim audytorium; niemniej jednak ludzkość, do
której zwracają się Symfonie Beethovena, nie była jedynie jakąś cząstką ludu:
chodzi mu o świadomość pojedynczego człowieka i nieskończone pragnienia jego
serca. Generalny wydźwięk V Symfonii przywołuje na myśl patos i uniesienie
(wrzawę) walnego zebrania, a jednak wyraża i budzi to, czego człowiek szuka w
głębi: sens wszystkiego. Ta Symfonia budzi nieskończone pragnienie, zawołał
zdumiony pisarz E.T.A. Hoffman w swojej recenzji Piątej Symfonii. Epiczna
inspiracja, patetyczna prostota, ścigające się powtórzenia, potęgowanie czynnika
elementarnego, energiczne rytmy, imponująca monumentalność połączona z
ekstremalnym zróżnicowaniem wewnętrznym, oto cechy charakterystyczne V Symfonii,
skomponowanej przez Beethovena pomiędzy 1804 a 1808 r. (prawykonanie miało
miejsce w grudniu tegoż roku, pod batutą samego kompozytora). Symfonia wybitnie
nadaje się do wyrażenia tego, co wielkie, świąteczne, podniosłe, recytowała na
głos teoria muzyki ówczesnej epoki. Właśnie tak, jak zachowuje się Beethoven,
którego muzyka wydaje się z impetem płynąć ku ujściu, jak wezbrana rzeka. Nigdy
muzyka nie przedstawiała tak dosłownie "ludzkiego ja w działaniu": Beethoven
przenika cię, zasypuje pytaniami, wstrząsa twoim ja i żąda odpowiedzi, zajęcia
stanowiska. Nie możesz pozostać obojętnym. Beethoven przejmuje tradycję (formy,
gatunki, struktury, motywy, lekcję Haydna i Mozarta), ale wypełnia ją
oczekiwaniami osobistymi, dążeniami i pytaniami, przesłaniami i misją,
niezwykłymi treściami, do tego stopnia, że pojemnik "Symfonia" napręża się i
deformuje. Muzyce powierza Beethoven wszystkie swoje wymogi, nie wyłączając
żadnego. Mozart pisał utwór, konstruując go na miarę artysty, który miał go
potem wykonać; Beethoven nie przejmuje się tym i zmusza wszystkich, wykonawców i
słuchaczy, aby podążali za nim jego niedostępnymi ścieżkami. W Scherzo Piątej
Symfonii wiolonczele i kontrabasy grają tak jak nigdy dotąd nie grały,
wyczerpując aż do końca swoje wielorakie możliwości. V Symfonia jest
nadzwyczajną manifestacją siły, ekscytacji, ryzyka, wirtuozerii, która staje się
dramatem, walką. Symbolicznie przebieg Piątej Symfonii prowadzi nas od dramatu
części pierwszej do pozytywnego rozwiązania w zakończeniu. V Symfonia rozpoczyna
się motto złożonym z pięciu zaledwie nut, słynnym "Losem pukającym do wrót",
według sugestywnej interpretacji, autorstwa Antoniego Schindlera, przyjaciela i
niezastąpionego znawcę Beethovena. Chodzi o jakiś gest porywczy, gwałtowny,
podobny do erupcji wulkanu, który wyrzuca ku niebu kamienie i lawę. Przez całą
pierwszą część ten wyrazisty rytm stale nam towarzyszy. Ex abrupto Beethoven
rzuca nas na rozpalony piec: motyw przewodni krąży pomiędzy instrumentami
orkiestry jak łuk który się napina, jak fala, która wibruje; nie zna odcienie
(modulacji), pęknięć, wyłania się i znika pod falami orkiestry. Forma jest
sucha, zwięzła, treściwa: krótkie wejście rogów (00:46) i (w smyczkach) już
pojawia się drugi temat: słodki, łagodny, gorący śpiew, który nabrzmiewa i zaraz
ustępuje, w kontraście do rytmicznych uderzeń tematu pierwszego (choć
wyprowadzony z niego!): te dwie zasady skazane są na walkę, i na spotkania: Los
i sen, które stają naprzeciw siebie: kto zwycięży? Krótka ekspozycja powtórzona
jest dwukrotnie. Początkowy motyw złożony z czterech nut otwiera na oścież bramę
Przetworzenia. To on właśnie - motyw przewodni - poddany zostaje obróbce,
eksperymentom brzmieniowym, zostaje wystawiony na próbę, wspina się ścieżkami ku
górze i brnie przez gęsty las (kontrapunktycznie). Od czasu do czasu pojawia się
władczo, gdy atmosfera wydawała się rozpogodzona. Tutaj repryza nie rozbrzmiewa
jako końcowa przystań, lecz jako powrót do punktu wyjścia: poszukiwane drogi nie
rozwiązały dramatu. Potrzeba innego punktu widzenia, nowego spojrzenia: głos
oboju, pełen smutku i współczucia (4:41) rozbrzmiewa nad ludzkimi zdarzeniami, i
z daleka spogląda na wielki teatr świata w poszukiwaniu kojącej mety. Jest to
króciutki recytatyw, który medytuje nad zbliżającym się końcem; ale to tylko
chwila: dramat Losu zjawia się nieuchronnie na powrót. Beethoven podkreśla ideę
niespełnienia (niedokończenia) utworu, zwodząc słuchacza sztucznymi
kontynuacjami, powtórzeniami gestu początkowego, climax natychmiast porzucanymi.
Panuje tu klimat taki jak w greckiej tragedii: podniosły, świąteczny,
komunikujący prawdy istotne, które przemawiają wprost do serca. Nie ma miejsca
na żadne zbędne słowo. Pierwszy temat jest powabny i potoczysty (płynny),
powierzony ciemnym kolorom skrzypiec i wiolonczel. Temat drugi (1:16) jest
ruchem wyzwolenia, ręka która powoli wznosi się ku niebu, aby o coś poprosić.
Temat pierwszy poddany jest pierwszej wariacji (2:00), płynnej i pewnej jak
alpejski potok. Druga wariacja pierwszego tematu (3:58) z subtelnymi wieńcami
skrzypiec i wiolonczel. Repryza (powtórzenie) drugiego tematu (5:58), jeszcze
bardziej podniosła, epicka, heroiczna. Trzecia wariacja w trybie mollowym,
szlochająca, pełna żalu, otwarta na jakąkolwiek propozycję pomocy. Czwarta
imponująca wariacja pierwszego tematu (7:25).Posępny motyw (wiolonczele i
kontrabasy w unisonie) wydaje się zabarwiać scenę ciemnymi kolorami i rzucać
pytanie. Czy jesteśmy w miejscu innym od dotychczasowych? Rogi przypominają nam
o rzeczywistości (0:22): motyw inicjujący Symfonii, zmodyfikowany rytmicznie
panuje również w tej części, staje się teraz donośny, królewski. Całe to Allegro
cechuje przeplatanie się heraldycznych odgłosów z tajemniczym potęgowaniem
orkiestrowych ciemności. Nagle (1:52) wybuch żywiołowości, w energicznym fugato,
które zaraża resztę instrumentów, przenikając je ze swą fantastyczną i
piorunującą pasją. Powtórzenie początku (3:28). Długa Coda (4:44), na ciemnym
pedale basów, z uderzeniami w kotły, gromadzi energię nie do zniesienia. Cała,
wcześniej wywołana energia znajduje swoje naturalne ujście. Jesteśmy świadkami
tryumfu, apoteozy, pełnego zwycięstwa, ogłoszonego z podium, zbudowanego przez
Beethovena w środku placu. Triada w trybie durowym wznosi się jak wysoki mur,
jasny, pełen złota. Druga idea tematyczna (0:34) jest kontynuacją tego
zwycięskiego ducha tematu pierwszego. W rytmie wojennym pojawiają się potem inne
potężne idee melodyczne: Beethoven zużywa całą swoją energię, rzucając się w
tego rodzaju nadmiar tematów, przechodząc od egzaltacji ku krańcowo
dramatycznemu napięciu. Repryza (6:18) prowadzi nas na powrót w dobrze nam już
znany klimat podniosłości, chwały. Finałowe Presto (9:35) jest epifanią kadencji
doskonałych: nikt nigdy nie powtórzył sto razy z rzędu tego samego gestu
finalnego.
(ted)
I. ALLEGRO CON BRIO
V Symfonia rozpoczyna się motto złożonym z
pięciu zaledwie nut, słynnym "Losem pukającym do wrót", według sugestywnej
interpretacji, autorstwa Antoniego Schindlera, przyjaciela i niezastąpionego
znawcę Beethovena. Chodzi o jakiś gest porywczy, gwałtowny, podobny do erupcji
wulkanu, który wyrzuca ku niebu kamienie i lawę. Przez całą pierwszą część ten
wyrazisty rytm stale nam towarzyszy. Ex abrupto Beethoven rzuca nas na rozpalony
piec: motyw przewodni krąży pomiędzy instrumentami orkiestry jak łuk który się
napina, jak fala, która wibruje; nie zna odcienie (modulacji), pęknięć, wyłania
się i znika pod falami orkiestry. Forma jest sucha, zwięzła, treściwa: krótkie
wejście rogów (00:46) i (w smyczkach) już pojawia się drugi temat: słodki,
łagodny, gorący śpiew, który nabrzmiewa i zaraz ustępuje, w kontraście do
rytmicznych uderzeń tematu pierwszego (choć wyprowadzony z niego!): te dwie
zasady skazane są na walkę, i na spotkania: Los i sen, które stają naprzeciw
siebie: kto zwycięży? Krótka ekspozycja powtórzona jest dwukrotnie. Początkowy
motyw złożony z czterech nut otwiera na oścież bramę Przetworzenia. To on
właśnie - motyw przewodni - poddany zostaje obróbce, eksperymentom brzmieniowym,
zostaje wystawiony na próbę, wspina się ścieżkami ku górze i brnie przez gęsty
las (kontrapunktycznie). Od czasu do czasu pojawia się władczo, gdy atmosfera
wydawała się rozpogodzona. Tutaj repryza nie rozbrzmiewa jako końcowa przystań,
lecz jako powrót do punktu wyjścia: poszukiwane drogi nie rozwiązały dramatu.
Potrzeba innego punktu widzenia, nowego spojrzenia: głos oboju, pełen smutku i
współczucia (4:41) rozbrzmiewa nad ludzkimi zdarzeniami, i z daleka spogląda na
wielki teatr świata w poszukiwaniu kojącej mety. Jest to króciutki recytatyw,
który medytuje nad zbliżającym się końcem; ale to tylko chwila: dramat Losu
zjawia się nieuchronnie na powrót. Beethoven podkreśla ideę niespełnienia
(niedokończenia) utworu, zwodząc słuchacza sztucznymi kontynuacjami,
powtórzeniami gestu początkowego, climax natychmiast porzucanymi.
II. ANDANTE CON MOTO
Panuje tu klimat taki jak w greckiej tragedii: podniosły, świąteczny, komunikujący prawdy istotne, które przemawiają wprost do serca. Nie ma miejsca na żadne zbędne słowo. Pierwszy temat jest powabny i potoczysty (płynny), powierzony ciemnym kolorom skrzypiec i wiolonczel. Temat drugi (1:16) jest ruchem wyzwolenia, ręka która powoli wznosi się ku niebu, aby o coś poprosić. Temat pierwszy poddany jest pierwszej wariacji (2:00), płynnej i pewnej jak alpejski potok. Druga wariacja pierwszego tematu (3:58) z subtelnymi wieńcami skrzypiec i wiolonczel. Repryza (powtórzenie) drugiego tematu (5:58), jeszcze bardziej podniosła, epicka, heroiczna. Trzecia wariacja w trybie mollowym, szlochająca, pełna żalu, otwarta na jakąkolwiek propozycję pomocy. Czwarta imponująca wariacja pierwszego tematu (7:25).
III. ALLEGRO
Posępny motyw (wiolonczele i kontrabasy w unisonie) wydaje się zabarwiać scenę ciemnymi kolorami i rzucać pytanie. Czy jesteśmy w miejscu innym od dotychczasowych? Rogi przypominają nam o rzeczywistości (0:22): motyw inicjujący Symfonii, zmodyfikowany rytmicznie panuje również w tej części, staje się teraz donośny, królewski. Całe to Allegro cechuje przeplatanie się heraldycznych odgłosów z tajemniczym potęgowaniem orkiestrowych ciemności. Nagle (1:52) wybuch żywiołowości, w energicznym fugato, które zaraża resztę instrumentów, przenikając je ze swą fantastyczną i piorunującą pasją. Powtórzenie początku (3:28). Długa Coda (4:44), na ciemnym pedale basów, z uderzeniami w kotły, gromadzi energię nie do zniesienia.
IV. ALLEGRO
Cała, wcześniej wywołana energia znajduje swoje naturalne ujście. Jesteśmy świadkami tryumfu, apoteozy, pełnego zwycięstwa, ogłoszonego z podium, zbudowanego przez Beethovena w środku placu. Triada w trybie durowym wznosi się jak wysoki mur, jasny, pełen złota. Druga idea tematyczna (0:34) jest kontynuacją tego zwycięskiego ducha tematu pierwszego. W rytmie wojennym pojawiają się potem inne potężne idee melodyczne: Beethoven zużywa całą swoją energię, rzucając się w tego rodzaju nadmiar tematów, przechodząc od egzaltacji ku krańcowo dramatycznemu napięciu. Repryza (6:18) prowadzi nas na powrót w dobrze nam już znany klimat podniosłości, chwały. Finałowe Presto (9:35) jest epifanią kadencji doskonałych: nikt nigdy nie powtórzył sto razy z rzędu tego samego gestu finalnego.
(ted)
Podsumowanie

I tak przeznaczenie zapukało do mych drzwi -
tymi słowy Beethoven opisał źródło inspiracji do charakterystycznego otwarcia V
Symfonii . Według jego przyjaciela i ucznia Carla Czarnego kompozytor czerpał
natchnienie z pieśni zasłyszanej podczas przechadzki po Wiedniu. Niezależnie od
autentyczności jednej z tych wersji, pierwsze dźwięk i burzliwej
symfonii-podobnie jak jej reszta - wyrażają wewnętrzny niepokój Beethovena i
frustracje w związku z narastająca głuchotą. Ogólny zarys symfonii został
naszkicowany w 1804 r., ale jej ukończenie zajęło Beethovenowi kilka lat.
Wynikało to częściowo z jego nawyku pracy nad kilkoma utworami jednocześnie.
Premiera odbyła się 22 grudnia 1808 r. w teatrze An der Wien. Podczas
czterogodzinnego koncertu kompozytor osobiście prowadził orkiestrę. Dał też
ostatni publiczny występ jako pianista. Podczas prób i w czasie przedstawień
narastały ostre konflikty pomiędzy Beethovenem a orkiestrą. Artysta zagroził
nawet, że na dobre opuści Wiedeń. Do pozostania i kontynuowania pracy nad
przyjętymi zamówieniami przekonał go szczodry zasiłek od kilku zamożnych
protektorów. V Symfonia została zadedykowana jednemu z nich, księciu
Lobkowitzowi, członkowi austriackiej rodziny cesarskiej. Wprawdzie wszystkie
symfonie Beethovena - a jest ich dziewięć - cieszą się zasłużoną sławą, ale
otwarcie pierwszej części V Symfonii, Allegro con brio , stanowi absolutnie
sztandarowy fragment twórczości Beethovena i jeden z najbardziej znanych motywów
muzyki klasycznej. Rozpoczynają go smyczki grające unisono cztery dramatyczne
nuty, które rytmem odpowiadają literze V w alfabecie Morse'a, stworzonym niemal
pół wieku później. Podczas drugiej wojny światowej te cztery nuty stały się
muzycznym odpowiednikiem zawołania "V jak zwycięstwo" (od ang. Victory). W V
Symfonii tworzą one główny temat, na którym opiera się konstrukcja pierwszej
części. Część tę do dziś uznaje się za arcydzieło sztuki muzycznej, utwór o
niezwykłej mocy i dramatyzmie, w którym napięcie nie słabnie ani na chwilę.
Długi, majestatyczny temat drugiej części, Andante con moto grany na smyczkach i
instrumentach dętych drewnianych stanowi fantastyczny kontrast wobec części
pierwszej. Zawiera serię wariacji , w których melodia zmienia się za każdym
razem w stylu lub nastroju. Trzecia część nosi nazwę "Allegro" co zwykle oznacza
utwór żywy i radosny. Tym razem kompozytor nadał mu jedna charakter subtelny i
tajemniczy, powierzając pierwsze takty smyczkom. po nich rozlega się dramatyczne
wołanie rogów, powtarzających swoją wersję tematu "V jak zwycięstwo" . Sekcja
środkowa tej części jest lżejsza i wywołuje wrażenie całkowitego kontrastu.
Teraz następuje jeden z najbardziej oryginalnych przejawów geniuszu Beethovena-
część trzecia nie posiada jednoznacznego finału. Przechodzi w jednonutowy pasaż
na smyczki z akompaniamentem kotłów miękko wybijających temat "V jak
zwycięstwo". Jest to płynne przejście łączące część trzecią z czwartą, ostatnią
także
zatytułowana Allegro, która rozwija się w triumfującą, marszową melodię na
całą orkiestrę. Ta część, grana w wesoło brzmiącej tonacji durowej, różni się
zdecydowanie od pierwszej części. Ale Beethoven ma w zanadrzu jeszcze jedną
niespodziankę- absolutną nowość w historii gatunku. W samym środku ostatniej
części powraca nieoczekiwanie ustęp z części trzeciej sprawiając , że czteronutowy temat "V jak zwycięstwo" zaznacza swą obecność w całej symfonii,
która kończy się patetycznym finałem. Beethoven skomponował Symfonię "Pastoralną" jako pochwałę życia wiejskiego, czerpiąc inspirację z Heiligenstadt,
swego azylu nie opodal Wiednia. Trafił tam na polecenie jednego ze swoich
lekarzy, wierzącego w zbawienny wpływ natury na zdrowie pacjenta. Ale jak wielka
była radość Beethovena w związku ze zmianą otoczenia, tak wielkie spotkało go
rozczarowanie, kiedy zdał sobie sprawę z nieodwracalności choroby. Związane z
tym silne wzruszenia znalazły swój wyraz w Symfonii "Pastoralnej", ukończonej
równolegle z V Symfonią na przełomie lat 1807-08. Premiera obu dzieł odbyła się
tego samego wieczora. Symfonia pastoralna składa się z pięciu części opatrzonych
sielankowymi tytułami: "Obudzenie się pogodnych uczuć po przybyciu na wieś" ,
"Scena nad strumykiem", "Wesoła zabawa wieśniaków", "Burza", "Śpiew pasterza -
radosne uczucia po burzy". Przepełniona emocjami, stanowi zarazem wczesny
przykład romantycznego "programu" muzycznego- tworzenia scen i obrazów za pomocą
dźwięku. Sam kompozytor określał ją raczej jako" malowanie uczuć, nie scen".
Symfonia "Pastoralna" nie jest tak dramatyczna i patetyczna jak "Piąta" ale pod
wieloma względami równie nowatorska. Beethoven przełamał schemat symfonii
klasycznej, komponując pięć części zamiast tradycyjnych czterech i rezygnując z
jednoznacznego podkreślania początku i końca trzech ostatnich na rzecz płynnych
połączeń Co więcej, jest to pierwsza symfonia z prawdziwym "programem", w której
muzyka plastycznie maluje sceny i wydarzenia W tym przypadku - jak wskazuje
tytuł symfonii - chodzi o wieś. Wybór tematu mówi wiele o osobowości Beethovena.
Zanim przeprowadził się na wieś, często chadzał na długie spacery po
podmiejskich lasach i wzgórzach. Cenił sobie samotność zwłaszcza od momentu,
kiedy jego słuch zaczął się wyczuwalnie pogarszać Symfonia, poza numerem,
została opatrzona tytułem "Pastoralna" Podobnie każda jej część posiada
dodatkową, opisową nazwę. Część pierwsza, Allegro ma non troppo, to "0budzenie
się pogodnych uczuć po przybyciu na wieś" Cała zdaje się oddychać chłodnym,
świeżym powietrzem pól i lasów. Kompozycja ustępu środkowego została oparta na
motywie charakterystycznym dla melodii ludowych. Część druga, Andante molto
mosso , nosi podtytuł "Scena nad strumykiem" Słychać w niej łagodny szmer wody,
a pod koniec również świergot ptaków. Drewniane instrumenty dęte naśladują
charakterystyczny śpiew kukułki. Kolejny fragment, Allegro, to inaczej "Wesoła
zabawa wieśniaków". Ujęty w formę scherza, przedstawia sceny tańca ludowego. W
sekcji środkowej, pomyślanej jako trio, fagot kilkakrotnie powtarza te same trzy
nuty. Można się domyślać, że podczas swych eskapad Beethoven wiele razy zetknął
się z wiejskimi muzykami i teraz z humorem wplata do własnych utworów motywy ich
twórczości. "Wesołą
zabawę wieśniaków" w części czwartej przerywa gwałtowna
nawałnica. Allegro - "Burza" rozpoczyna się nerwowym tremolo na smyczkach.
Nieoczekiwanie zagłusza je głośne wejście orkiestry i burza zaczyna się na
dobre. Na tle ciężko bębniących werbli kotły toczą z daleka groźny grzmot, który
wybucha z piskliwym trzaskiem wysokich tonów fletu pikolo. Niebawem nawałnica
przetacza się nad pobliskie wzgórza, a na błękitnym firmamencie znów pojawia się
słońce. Klarnet wraz z rogiem podejmują nową pieśń, stanowiącą być może
najpiękniejszy, najgłębiej inspirowany urokiem wsi fragment całej symfonii.
Allegretto , czyli "Śpiew pasterza - radosne uczucia po burzy" to łagodne
zakończenie symfonii. Geniusz Beethovena przejawia się również w znajomych
tematach jego słynnych sonat. Cały ładunek emocji, który zawiera się w każdej z
wielkich symfonii, tu musi zostać wyrażony za pomocą jednego instrumentu. Sonata
księżycowa została ukończona w 1801 roku., tuż przed gwałtownym pogorszeniem
słuchu kompozytora. Mówiono, że zadedykował ją swojej pierwszej miłości,
hrabinie Giulietcie Guicciardi, a dramatyczna zmiana nastroju - od pogody i
szczęścia do motywów tragicznych - to wierna historia ich związku zakończonego
utratą ukochanej. Beethoven nie nazwał sonaty księżycową - ten tytuł dorzucił
później niemiecki poeta, dla którego pierwsza część utworu wiernie oddawała
tajemniczą atmosferę księżycowej nocy u wybrzeży Jeziora Czterech Kantonów w
okolicach Lucerny w Szwajcarii. To on po raz pierwszy porównał muzykę do szmeru
i plusku wody. Wizje, które wyobraźnia podsunęła niemieckiemu poecie, oczywiście
nie były odległe od zamierzeń kompozytora. Część pierwszą rozpoczyna płynny
dialog troili z regularną basową partią na lewą rękę. W efekcie słyszymy miarowy
szum wodnych przypływów i odpływów. Pierwszy temat odzywa się to tu, to tam
przez całą długość fragmentu, kojąc w swej stałości. Część druga burzy nastrój
jasnym, szybkim tempem. Mimo przyspieszenia nic nie zakłóca spokoju, tylko
pojedyncze nuty zdają się brzmieć pewniej, zuchwałej. Już niemal na zamknięcie
podnosi się złowieszczy powiew, głośno zwiastując koniec sielanki. Spokój wraca
jednak, być może zabarwiony rezygnacją, jakby w oczekiwaniu na to, co
nieuniknione. W części finałowej błyskawicznie zmienia się tempo, rozpętane
piekło szaleje. Gwałtownie uderzane klawisze zacierają wszelkie wspomnienia o
gładkiej, spokojnej niegdyś toni. Tempo maleje tylko na krótką chwilę, jakby dla
nabrania oddechu przed finałowym uderzeniem pioruna. Wyzwolona energia zdaje się
sama wyczerpywać.
(ted)
Beethoven w Gałkówku.
Gałkówek
to jedno z najstarszych miast Śląska Opolskiego, pierwsze wzmianki pochodzą z
roku 1076. Prawa miejskie ma ono od roku 1275. Miasto najpierw znajdowało się w
rękach Piastów Śląskich, później Habsburgów, następnie rodu Oppersdorffów. W
1655 r. w czasie "potopu szwedzkiego" znalazł tutaj schronienie król polski Jan
Kazimierz wraz z rodziną. W 1806 r. gościem był Ludwik van Beethoven, który
zadedykował hrabiemu Franciszkowi von Oppersdorff, swoją IV Symfonię. Nasz
spacer zaczynamy od zamku - renesansowej rezydencji Oppersdorffów, którzy
władali miastem od 1562 r. do końca II wojny światowej. Mimo że jest on w
opłakanym stanie, nadal wygląda imponująco. Na dziedziniec wchodzimy główną
bramą wjazdową, nad którą widać płaskorzeźbę przedstawiającą Matkę Boską
Loretańską i herby rodowe dawnych właścicieli. Posiadłość składa się z części
górnej i dolnej. Obie mają kształt podkowy i ramionami są zwrócone do siebie.
Pierwotny zamek postawiono w XIII w. z inicjatywy Władysława I Opolskiego. Potem
jego właściciele się zmieniali, a wraz z nimi rozmiar i kształt budowli. W
okresie świetności (II połowa XVIII w.) ściany ozdobił malowidłami Franciszek
Sebastini (malarz przybyły na Śląsk z Moraw), który przez kilka lat mieszkał na
zamku. Jego prace można zobaczyć w ratuszu i obu kościołach. Przechadzając się
wzdłuż odrapanych murów, trudno uwierzyć, że kilkaset lat temu spacerował tutaj
król Jan Kazimierz i jego żona Ludwika, którym podczas najazdu Szwedów użyczył
schronienia Franciszek Euzebiusz Oppersdorff. Niełatwo było w liczącym wówczas
ok. 1100 mieszkańców Głogówku ugościć 1800 osób (tyle liczył dwór króla), ale ze
swego zadania hrabia wywiązał się doskonale. W nagrodę dostał od Jana Kazimierza
trzy wspaniałe rumaki. Królewska para przebywała tu od 17 października do 18
grudnia 1655 r. Beethovena do swej posiadłości zaprosił Franciszek Joachim
Wacław, ósmy włodarz miasta z rodu Oppersdorffów. Na zamku w Głogówku w 1806 r.
znany wiedeński kompozytor napisał IV Symfonię i z wdzięczności za gościnę
zadedykował ją gospodarzowi. Pamiątki po tych wydarzeniach można oglądać w dwóch
salach, które udostępniono zwiedzającym z całego zamku (część zajmuje hurtownia,
reszta stoi pusta). W sali Beethovenowskiej stoi m.in. klawikord, na którym grał
kompozytor, są także jego listy pisane do ordynata. Beethoven pisał, że nie
widział tak pięknych okolic nigdy i nigdzie. Przechadzał się po okolicach i snuł
swoje kompozycie w myślach, które później przelewał na pięciolinię. Odbywają się
tu coroczne koncerty w ramach Śląskiego Festiwalu im. Ludwika van Beethovena. W
baszcie można zwiedzać siedem izb z ekspozycjami etnograficznymi i salę tortur.
Na dziedzińcu warto zwrócić uwagę na XVI-wieczny krzyż pokutny. Stał kiedyś na
drodze prowadzącej do Głubczyc, a postawił go jako pokutę rycerz Hans Reiswitz
za zamordowanie wieśniaków, którzy go podobno niezbyt czołobitnie pozdrowili. Od
wschodu i północy zamek otacza 17-hektarowy park w stylu angielskim z XVIII w.
Rad przy jego zakładaniu udzielał książę von Puckler- Muskau, miłośnik sztuki
parkowo-ogrodowej, założyciel Krajobrazowego Parku Mużakowskiego w Łęknicy. Obok
dębów, buków i lip rosną tu daglezje, platany, cyprysy i kanadyjskie modrzewie,
a uroku dodaje staw z dwiema malowniczymi wysepkami. Wracamy w stronę rynku. Po
prawej stronie zobaczymy kaplicę Bożego Grobu, którą wybudował hrabia Jerzy III
Oppersdorff w 1634 r. W pierwszym pomieszczeniu znajduje się przywieziony z Góry
Kalwarii kamień i narzędzia Męki Pańskiej. Tutaj też modlą się wierni. Stąd
przechodzimy do komory grobowej z barokową rzeźbą Chrystusa w Grobie. Przejście
jest tak niskie, że trzeba przeciskać się na kolanach. Kilkanaście metrów dalej
zaczynają się zabudowania klasztorne franciszkanów i kościół z Domkiem
Loretańskim, czyli kopią Domku Matki Boskiej z Loreto (pierwszą na Śląsku) z
1630 r. Według legendy chłopi trzy razy próbowali otynkować kaplicę, ale za
każdym razem w nocy tynk odpadał. Doszli więc do wniosku, że widać taka jest
wola Boża. Mroczne wnętrze rozświetlają jedynie płomienie licznych świec
wotywnych. W północnej części znajduje się mensa ołtarzowa, a przy niej
skarbona, do której kiedyś chłopi składali w ofierze masło na świece. We wnętrzu
króluje figura Matki Bożej z Dzieciątkiem wzorowana na loretańskiej. Metrowa
rzeźba wykonana jest z hebanu, więc twarze Maryi i Dzieciątka są ciemne. Wisi tu
też jeden z najpiękniejszych obrazów Sebastiniego "Zwiastowanie". To miejsce
szczególnie upatrzyli sobie maturzyści, którzy modlą się do Matki Boskiej o
powodzenie na egzaminie dojrzałości. Kościół franciszkański to architektoniczny
zlepek elementów różnych epok. Prezbiterium i nawa pochodzą prawdopodobnie ze
średniowiecza. To, co widzimy teraz, jest wynikiem rozbudowy kościoła w 1636 r.
Wnętrze zdobią bogate rokokowe dekoracje. Warto zwrócić uwagę na tabernakulum z
dwoma drewnianymi relikwiarzami po bokach i ekspresyjny obraz w centrum ołtarza
namalowany przez Józefa Luksa z Opawy, ukazujący ekstazę św. Franciszka. Na
zewnątrz warto przyjrzeć się kamiennej figurze Matki Boskiej z Dzieciątkiem z
1677 r., jednej z najstarszych kolumn maryjnych na Śląsku. Ciekawa jest też
wieża kościoła, którą wybudowano w 1636 r. na brzegu stromej skarpy. 13 lat
później na jej szczycie zawieszono potężny dzwon o wadze 78 cetnarów zwany
Dzwonem Ósmej Godziny. Według legendy ufundował go hrabia Oppersdorff jako
dziękczynienie za uzdrowienie syna, którego ukąsił jadowity wąż. A nazwa wzięła
się od godziny śmierci fundatora, który, słuchając jego dźwięku, zmarł, siedząc
na ławce. Wychodząc z kompleksu franciszkanów, widzimy na wprost kolejną perełkę
- ratusz z 1608 r., w drugiej połowie XVIII w. ozdobiony polichromiami
Franciszka Sebastiniego i sztukateriami oraz rzeźbami jego ucznia Jana
Schuberta. Dzieła tych artystów można podziwiać też w kościele parafialnym św.
Bartłomieja. Tu również znajduje się kaplica Oppersdorffów o dziwnym
„zwichrowanym” - jak określają znawcy - sklepieniu. Warto przyjrzeć się
marmurowemu nagrobkowi Jerzego III Oppersdorffa z 1634 r. Ściany kaplicy zdobią
duże portrety Oppersdorffów, a w podziemiu znajduje się krypta rodzinna
długowiecznych włodarzy miasta. Niezwykła jest chrzcielnica. Jej nadbudowę
tworzą naturalnej wielkości rzeźby Adama i Ewy z XVIII w. autorstwa Jana
Schuberta. Jeśli jest przynajmniej dwóch chętnych, kościół można za darmo
zwiedzać z przewodnikiem. Zapraszamy serdecznie do zwiedzania miejsca gdzie
bywał Beethoven.
(ted)
IX symfonia -
Ludwiga van Beethovena
Niewiele arcydzieł muzycznych szczycić się może
sławą zbliżoną do tej, jaką cieszy się IX Symfonia d-moll op. 125 Ludwika van
Beethovena (1770 – 1827). Sława ta jest zwłaszcza udziałem jej ostatniej części
– napisanej na cztery głosy solowe (sopran, alt, tenor i baryton), chór mieszany
i wielką orkiestrę symfoniczną kantaty do słów Ody do radości” niemieckiego
poety i dramatopisarza Fryderyka Schillera – której główny temat, w wersji
czysto instrumentalnej, jest – jak wiadomo – hymnem Unii Europejskiej. Wśród
muzycznych koneserów modne jest krytykowanie wspomnianego tematu Ody do
radości”. Zarzuca mu się banalność, prostackość, wyraża się czasem zdziwienie,
że tak wielki kompozytor, jak Beethoven, mógł coś takiego skomponować. Ale IX
symfonia bez wątpienia jest dziełem wielkim, jednym z najwybitniejszych w
historii muzyki. W intencji swego autora stanowić miała ona – i z pewnością
stanowi – syntezę i ukoronowanie całej jego twórczości. Prace nad tą symfonią
trwały bardzo długo. Wszystko zaczęło się od tego, że w 1792 r.
dwudziestodwuletni wówczas Beethoven natknął się na tekst Ody do radości”
Fryderyka Schillera. Wiersz tego żyjącego w latach 1759 – 1805 niemieckiego
poety głęboko wrył się w jego świadomość. Przez ponad 30 lat myślał o połączeniu
słów owej Ody” z muzyką, ale cały czas nie mógł się zdecydować, jak to
najlepiej zrobić. Pierwsze pomysły tego, co miało się później znaleźć w IX
symfonii (temat Scherza), pochodzą z 1815 r. Generalna koncepcja dzieła istniała
dwa lata później. Do intensywnej pracy nad partyturą Beethoven wziął się jednak
dopiero w 1822 r. – po ukończeniu innego wielkiego dzieła – Missa Solemnis”.
Był już wówczas praktycznie kompletnie głuchy. Komponując muzykę nie mógł więc
sprawdzić, jak ona rzeczywiście brzmi. Musiał polegać wyłącznie na swojej
wiedzy, wyobraźni, uczuciach i intuicji twórczej. W rezultacie wieloletnich prac
Beethoven stworzył monumentalne, trwające ponad godzinę dzieło, w swej warstwie
wyrazowej mające bardzo niewiele wspólnego z klasycyzmem, a przeciwnie -
reprezentujące już wyraźnie styl romantyczny. Swój ostateczny kształt IX
symfonia przybrała bardzo późno. Największym problemem był Beethovena jej finał.
Początkowo miał być on – podobnie, jak trzy poprzedzające go części – utworem
czysto instrumentalnym i dopiero w ostatniej fazie prac nad symfonią jej autor
zdecydował się wprowadzić do niej chór i głosy solowe. Swoistą ciekawostką
związaną z IX symfonią” jest to, że z jej najsłynniejszej, ostatniej części,
Beethoven podobno nie był zadowolony. Już po prawykonaniu dzieła planował
zastąpić ją fragmentem czysto instrumentalnym – ale prace nad alternatywną (a
może obowiązującą) wersją finału nigdy nie wyszły poza stadium projektów.
Prawykonanie IX symfonii Beethovena – napisanej na zamówienie Londyńskiego
Towarzystwa Filharmonicznego i dedykowanej królowi Prus Fryderykowi Wilhelmowi
III, odbyło się 7 maja 1824 r. w Kartnertortheater w Wiedniu. Wyglądało ono –
prawdę powiedziawszy – dość osobliwie. Kompletnie już głuchy Beethoven stał na
podium dyrygenckim i czuwał nad tempem całości. Rolę prawdziwego” dyrygenta
spełniał stojący obok Beethovena kapelmistrz Umlauf. Orkiestra i chór kierowały
się – rzecz jasna - wyłącznie jego wskazówkami, kompletnie ignorując wskazania
samego Beethovena. Wykonanie IX symfonii zakończyło się wielkim sukcesem. Gdy
wybrzmiały ostatnie dźwięki dzieła, po krótkiej chwili ciszy zerwał się huragan
braw. Ale Beethoven tego wszystkiego nie słyszał. Był przekonany, że jego utwór
poniósł klęskę. Stałby więc cały czas odwrócony plecami do publiczności, gdyby
nie śpiewaczka Karolina Unger (alt), która podeszła do niego i delikatnie
obróciła go twarzą w kierunku widzów. Publiczność wpadła w tak wielki entuzjazm,
że na sali... interweniowała policja. Bić brawo na stojąco wolno było bowiem
tylko cesarzowi i jego rodzinie. Myliłby się jednak ktoś, kto sądziłby, że
prawykonanie IX symfonii otworzyło jakiś triumfalny pochód tego dzieła po
estradach koncertowych świata. Już drugie wykonanie tego utworu – dwa tygodnie
później – było znacznie mniejszym sukcesem. Organizatorom koncertu udało się
zapełnić salę jedynie do połowy. Przez wiele lat IX symfonia” Beethovena
uchodziła za dzieło dziwaczne, monstrualne, czy wręcz utrzymane w złym guście.
Trzeba było dopiero takich ludzi, jak Franciszek Liszt i Ryszard Wagner (który
poprowadził słynne, przełomowe, jeśli chodzi o recepcję tego dzieła wykonanie IX
symfonii w 1842 r. w Dreźnie), by przekonać Europę, że IX symfonia Beethovena to
nie żadne kuriozum, ale doskonale skonstruowana, piękna i jak najbardziej
nadająca się do słuchania muzyka.
(ted)
Wokół postaci Beethovena!
Kiedy w godzinach popołudniowych 26 marca 1827
r. w swym mieszkaniu w Schwarzspanierhaus umierał Ludwig van Beethoven, nad
Wiedniem rozpętała się burza, a twórca Eroiki w swym ostatnim geście wyciągnął
podobno ku niebu gniewnie zaciśniętą pięść. Czy tak rzeczywiście było – do końca
nie wiadomo. Wokół postaci Beethovena – w stopniu większym, niż wokół
jakiegokolwiek innego kompozytora – wytworzyła się swoista, pełna patosu
legenda. Przyczynili się do niej walnie autorzy popularnych książek na temat
ostatniego z wiedeńskich klasyków, tacy jak autor Życia Beethovena” Romain
Rolland, a w Polsce Witold Hulewicz – autor książki Przybłęda Boży”,
nieznośnie patetycznej i egzaltowanej, aczkolwiek napisanej w sposób dowodzący
świetnego znawstwa muzyki Beethovena. Prawdą jest jednak, że Beethoven
faktycznie był człowiekiem, którego życie i dorobek sprzyjały wytworzeniu się
wokół niego szczególnej aury. Twórczość żadnego innego kompozytora nie była tak
bardzo związana z jego osobistym losem, jak twórczość mistrza z Bonn. Beethovena
– jak powszechnie wiadomo – spotkało jedno z największych nieszczęść, jakie w
ogóle może dotknąć człowieka, a już z pewnością największe, jakie może stać się
udziałem muzyka i kompozytora – całkowita utrata słuchu. Beethoven – urodzony 16
grudnia 1770 r. - zaczął głuchnąć około 27 roku życia, potem słyszał coraz
gorzej, aż wreszcie ok. 1818 r. przestał słyszeć zupełnie. Dzieła późnego”
Beethovena – ostatnie sonaty fortepianowe, kwartety smyczkowe, Missa
Solemnis” i IX Symfonia – to muzyka napisana przez człowieka praktycznie
kompletnie głuchego. O tym, jak bardzo
osłabiony był jego słuch, świadczyć może znana pewnie każdemu melomanowi scena,
która rozegrała się podczas prawykonania IX symfonii: kiedy po wybrzmieniu
ostatniego akordu dzieła na widowni rozległy się gromkie okrzyki i brawa,
stojący obok dyrygenta i pokazujący przed każdą częścią utworu właściwe tempo
Beethoven nadal tkwił na swoim miejscu odwrócony tyłem do publiczności – i
pewnie do końca nie zdawałby sobie sprawy z sukcesu, jaki odniosło jego dzieło,
gdyby nie jedna z solistek, która delikatnie uchwyciła go za ramię i obróciła w stronę rozentuzjazmowanych słuchaczy.
Przypadek Beethovena nie był jedynym tego rodzaju w historii muzyki:
kilkadziesiąt lat później podobny los spotkał najwybitniejszego (obok Antonina Dvořaka) kompozytora czeskiego, twórcę czeskiej szkoły narodowej w muzyce,
Bedřicha Smetanę. Ale czymś niezwykłym w przypadku Beethovena było to, że
kalectwo nie tylko nie zabiło jego inwencji twórczej, ale wręcz przyczyniło się
do wyjątkowego jej rozwoju. Najlepsze, najwybitniejsze dzieła Beethovena to
utwory napisane przez człowieka głuchego – bądź, w najlepszym razie –
niedosłyszącego. Zasadniczy przełom w jego twórczości – odejście od stylu
wywodzącego się w prostej linii z muzyki Haydna i Mozarta – nastąpił niedługo po
tym, jak Beethoven odkrył straszną prawdę, że zaczyna tracić słuch. Beethoven –
choć uważany za ostatniego z tzw. klasyków wiedeńskich (dwoma poprzednimi byli
Joseph Haydn i Wolfgang Amadeusz Mozart) – był kompozytorem, który pchnął muzykę
na zupełnie nowe tory, otworzył w jej historii nową epokę. Jego muzyka w wielu
przypadkach wybiegała daleko w przyszłość. Przykładem niech będzie jego
ostatnia, całkowicie już właściwie romantyczna IX symfonia, której pewne
rozwiązania – takie np. jak cytowanie tematów poprzednich części w finale –
stały wzorem dla szeregu symfonii drugiej połowy XIX w. (i późniejszych). Mówiąc
o Beethovenie jako kompozytorze, nie można nie wspomnieć choćby kilku słów o
jego osobowości. Beethoven był bardzo złożonym, obdarzonym nader silnym
charakterem, potężnie oddziałującym na innych, a jednocześnie nader trudnym we
współżyciu człowiekiem. Wielki wpływ na jego poglądy – a Beethoven, warto
zauważyć, bardzo interesował się polityką – miały humanistyczne, republikańskie
i demokratyczne ideały Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. Człowiekiem, w którym
Beethoven pokładał wielkie nadzieje, jeśli chodzi o urzeczywistnienie i
rozpowszechnienie tych ideałów, był Napoleon Bonaparte - ale tylko do czasu. Gdy
dotarła do niego wiadomość, że dotychczasowy I Konsul Republiki koronował się na
cesarza, wykrzyknął (podobno) w wielkim gniewie: I ten jest też zwykłym
człowiekiem? Teraz i on podepcze wszystkie prawa ludzkie, aby zaspokoić swe
ambicje…Stanie się tyranem!” – i zerwał tytułową, zawierającą tylko dwa napisy: Buonaparte (u góry) i Luigi van Beethoven (u dołu), kartę partytury swej
ukończonej już i przygotowanej do przekazania poselstwu francuskiemu III
Symfonii Es–dur. Ostatecznie została ona poświęcona pamięci bohatera” (pełny
tytuł III Symfonii, zwanej popularnie Eroiką” brzmi: Sinfonia eroico,
composta per festegiare il sovenire di un grand uomo” – czyli tłumacząc z
włoskiego na polski Symfonia bohaterska, skomponowana dla uczczenia pamięci
wielkiego człowieka”). Beethoven miał też – trzeba powiedzieć - pewne niezbyt
przyjemne cechy osobiste. Był np. wyjątkowo uciążliwym domownikiem i lokatorem;
gdy chodziło o realizację jego kompozytorskich zamierzeń, nie liczył się z nikim
i z niczym – bez względu na porę doby potrafił śpiewać, gwizdać, ryczeć i głośno
grać na fortepianie. Nie odznaczał się też specjalną grzecznością – komuś, kto
powiedział, że w swych ostatnich kwartetach stawia zbyt wysokie wymagania
skrzypcom, odparł ponoć a co mnie obchodzą wasze przeklęte skrzypce?”. Lecz
jakie - ostatecznie rzecz biorąc - ma to znaczenie? Jak ktoś kiedyś mądrze
stwierdził - ten, co tworzy piękno, nie musi sam być piękny.
(ted)
Śmierć Beethovena mógł spowodować lekarz
Do śmierci genialnego niemieckiego kompozytora Ludwiga van Beethovena, zmarłego z powodu ołowicy, przyczynił się nieświadomie jego własny lekarz, lecząc go okładami zawierającymi ołów. Po długich badaniach doszli lekarze, po tych żmudnych badaniach próbek włosów Beethovena. Ustalił, że w ostatnich miesiącach życia kompozytora stężenie ołowiu w jego organizmie gwałtownie rosło po wizytach jego lekarza Andreasa Wawrucha. Beethoven odnotował cztery z tych spotkań. Amerykański naukowiec Bill Wash, który badał kości Beethovena, uznaje hipotezę za wiarygodną, ale podkreśla, że Beethoven już wcześniej był ciężko zatruty ołowiem. Jak bowiem wykazały analizy sprzed kilku lat, stężenie ołowiu w organizmie kompozytora przekraczało stukrotnie dzisiejsze normy. Dziś specjaliści uznają więc ołowicę za prawdopodobną przyczynę wielu chorób Beethovena, jego dziwnego zachowania, być może głuchoty, a także śmierci w wieku 57 lat. Różnie jednak tłumaczą, skąd się wzięła. Winien mógł być ołów zawarty w naczyniach, albo wodach leczniczych które Beethoven pił, a nawet szkło ołowiowe, używane w jednym z ówczesnych instrumentów - harmonice szklanej. Ale w 1827 roku doktor Wawruch, nieświadomy prawdziwej przyczyny chorób swojego pacjenta, zastosował kurację, która tylko pogorszyła jego stan i ostatecznie doprowadziła do śmierci - przypuszcza Christian Reiter.
II wersja śmierci Beethovena
Austriacki patolog,
specjalista medycyny sądowej, doktor Christian Reiter uważa, że Ludwig van
Beethoven padł ofiarą swojego lekarza. Człowiek, który miał mu pomóc,
nieświadomie go zabił. Już kilka lat temu, na podstawie badań włosów i kości
kompozytora stwierdzono, że w jego ciele znajdowało się bardzo wysokie stężenie
ołowiu. Wiadomo też, że Beethoven chorował przez wiele lat przed śmiercią.
Christian Reiter zastosował metody używane we współczesnej kryminalistyce i po
miesiącach badań opublikował w Beethoven Journal artykuł, w którym stwierdza, że
artysta padł ofiarą swojego lekarza. Okazuje się bowiem, że koncentracja ołowiu
w ciele Beethovena wzrastała za każdym razem, gdy odwiedzał go lekarz. Doktor
Andreas Wawruch leczył kompozytora z powodu płynu zbierającego się w jamie
brzusznej. Wawruch odciągał płyn przebijając brzuch muzyka, a na zrobioną przez
siebie dziurę nakładał maść zawierającą ołów. Oczywiście wiedział o szkodliwości
ołowiu, jednak nie wiedział o tym, że Beethoven ma poważnie uszkodzoną nerkę,
która nie funkcjonuje prawidłowo. Nerka ta nie radziła sobie z dawkami ołowiu na
które była narażona, jej stan się pogarszał i nie mogła spełniać swych funkcji..
Ostatecznie to właśnie jej niewydolność stała się przyczyną śmierci mistrza. O
tym, że kompozytor miał chorą nerkę przekonano się dopiero podczas autopsji,
którą przeprowadzono 26 marca 1827 roku. Reiter uważa, że nie można obwiniać
Wawrucha o śmierć Beethovena. Dostarczane przez niego dawki ołowiu nie były na
tyle wysokie, by zabić zdrową osobę. Jednak Wawruch nie wiedział, że jego
lekarstwo atakuje już chorą nerkę i w ostateczności ją zabiło. Żaden ze
specjalistów, którzy wcześniej badali włosy i kości Beethovena, nie połączył
jego śmierci z lekami doktora Wawrucha. Zrobił to dopiero Reiter, który porównał
daty wizyt lekarza z odkładaniem się ołowiu we włosach. Wciąż jednak pozostaje
zagadką, skąd w ciele Beethovena tyle ołowiu. Cierpiał on z powodu jego
koncentracji przez wiele lat. Niektórzy sugerują, że pił zanieczyszczone ołowiem
wino, inni twierdzą, że jako młody człowiek, gdy jeździł do sanatoriów pijał tam
duże ilości wody zawierającej ten pierwiastek.
(ted)
Alleluja!
Śpiewajcie Panu pieśń nową,
Chwała Jego niech zabrzmi w zgromadzeniu
świętych (...)
Niech chwalą Jego imię wśród tańców,
Niech grają Mu na bębnie i cytrze.
Psalm 149
Rzecz w tym, że wiara wymaga uciszenia
wątpliwych układów i strategii. Podobnie nadzieja testowana jest w ciszy, w
której musimy czekać na Pana w posłuszeństwa niekwestionowanej wiary. Cisza
scala nas, gdy jej na to pozwolimy. Cisza pozwala nam zebrać roztrwonione siły
naszej zatomizowanej egzystencji. Widzimy tu twórczą moc oraz płodność ciszy...
Muzyka jest tym co prowadzi człowieka do
prawdziwej ciszy. Odczuwali ją, najwięksi z największych kompozytorów wszech
czasów jak:
Bach,
Beethoven,
Chopin,
Mozart oraz inni. Jest siłą, która każe nam wciąż podejmować trud kontemplacji
Słowa Wcielonego. Jest darem Bożym, w którym Niewysłowiony w przedziwny sposób
daje siebie człowiekowi i pozwala przeżyć niepowtarzalne spotkanie Stwórcy ze
swym stworzeniem. Już wiele wieków przed przyjściem Chrystusa ludzie zdawali
sobie sprawę z tego, iż muzyka jest szczególnym językiem, pozwalającym wyrazić
to, czego nie oddają słowa. Dlatego też święty Paweł zachęcał do nieustannego
oddawania czci Bogu, do wysławiania Jego chwały w psalmach, hymnach i pieśniach
pełnych ducha (Ef 5,19). Muzyka bowiem jest sposobem uczestniczenia w Bożej
rzeczywistości, tym, co wprowadza w ciszę, a od ciszy wiedzie ku Najwyższemu.
Zapraszamy czytelników naszych stron do podjęcia próby prawdziwego przeżycia
muzyki sakralnej. Chcemy by prezentowane artykuły nie tylko przybliżyły sylwetki
kompozytorów i ich dzieła, ale by były także początkiem własnych przemyśleń i
poszukiwań. Nie jest to zatem zbiór ściśle muzykologicznych opracowań (choć
wierzymy, że także muzykolodzy znajdą tu coś co ich zainteresuje) ale są to
raczej muzyczne medytacje, zamyślenia nad tym co ważne, piękne i co przybliża do
Najwyższego. Zebrane tutaj eseje są świadectwem tych, których muzyka wiedzie
przez życie i co jakiś czas pozwala na nowo odkryć tajemnicę Wcielonego Słowa.
Dziękujemy wszystkim autorom za otwartość i dzielenie się z nami tym, czym jest
przeżywanie sztuki, a jednocześnie za dzielenie się wiarą. Mamy nadzieję, że
słowo pisane pozwoli naszym czytelnikom doświadczyć tego, co w muzyce sakralnej
najistotniejsze tęsknoty i pragnienia przebywania w obecności Prawdy
Przedwiecznej.
(ted)
Co to jest muzyka
Muzyka
– sztuka organizacji dźwięków, które w realizacji przebiegają przede wszystkim w
czasie. Jeden z przejawów ludzkiej kultury. Można przyjąć, że muzyka od zawsze
towarzyszyła człowiekowi w pracy, zabawie, odpoczynku oraz w obrzędach,
najpewniej również od początku łączona była z tańcem i słowem. Z początku muzyka
służyła celom praktycznym – pomagała w pracy zespołowej, była formą komunikacji,
później stała się także elementem tożsamości zbiorowej. Z czasem wykształciła
się jako jedna z gałęzi sztuki. Budulcem muzyki są struktury dźwiękowe, na które
składają się dźwięk oraz cisza między nimi. Muzyka powstaje jako efekt
oddziaływania struktur dźwiękowych na świadomość
słuchacza. Jest zjawiskiem odbieranym, zależnym od indywidualnych skłonności,
wcześniejszych doświadczeń, społecznych kryteriów wartości, jak również od
sposobu organizacji dźwięków.
Od mowy ludzkiej różni się znacznie większą abstrakcyjnością przekazywanych
treści, oraz wykorzystaniem oprócz głosu ludzkiego również instrumentów
muzycznych. W tradycyjnym i najbardziej rozpowszechnionym ujęciu, struktury
muzyczne składają się z rytmu, melodii oraz harmonii.
(ted)
Copyright © Beethoven 2000 - 2010 Wszystkie prawa zastrzeżone - przy opracowaniu wykorzystano materiały własne oraz internetu.