Ponure, przytlumione swiatlo ksiezyca odbijalo sie w potluczonych szybach
i wpadalo do srodka opuszczonej willi. Odrapane sciany, pourywane okiennice
oraz zaniedbany ogród potegowaly nieprzyjemne wrazenie jakie sprawial
monumentalny, pietrowy budynek i zdawaly sie byc niemym potwierdzeniem jego
upadku. Na ogromnym, otoczonym marmurowym murem terenie nie bylo zadnego
znaku zycia – ani zwierzat, ani ptaków, ani owadów.
Jednak gdyby ktos zajrzal przez jedno z okien na pietrze, w pelnym cieni,
zajmujacym cala kondygnacje pomieszczeniu, zobaczylby kleczacego na podlodze
chlopca. Dziesiecioletnie moze dziecko, ubrane w stare podniszczone ubranie,
przerzucalo ostatnie stronice oprawnej w skóre ksiegi. Szelest pozólklych
kart i podniosly glos chlopca macily grobowy spokój tego miejsca
i, wzmocnione echem, urastaly do groznego szumu, ale czytajacy, zafascynowany
lektura, nie zwracal na to uwagi. Na jego twarzy malowal sie graniczacy
z obledem wyraz ekscytacji, który zupelnie nie pasowal do delikatnych,
dzieciecych rysów. Nie byloby w tym wszystkim moze nic dziwnego,
gdyby nie jeden drobny fakt – w calym pomieszczeniu panowala ciemnosc
przesycona jedynie nikla ksiezycowa poswiata. Zdawalo sie jednak, ze mrok
zupelnie nie przeszkadza chlopcu, który, skonczywszy czytac, poderwal
sie na równe nogi i z okrutnym, drwiacym usmiechem na ustach ruszyl
w kierunku okna.
•••••
Piaszczysta droga, oswietlona niklym blaskiem ksiezyca i ocieniona rosnacym
obok brzozowym zagajnikiem, zdawala sie nie miec konca. Mroczna postac
w czarnym plaszczu, z nasunietym na oczy kapeluszem, spiesznie przemierzala
trakt, zwinnie unikajac jasnych plam utworzonych z przesaczajacej sie
przez korony drzew poswiaty. Jej ruchy byly wyjatkowo plynne i nienaturalnie
szybkie, kiedy, nie przerywajac marszu, rozgladala sie na boki, rzucajac
szybkie spojrzenia w zalegajacy dookola mrok. W tych bezludnych okolicach,
gdzie na przestrzeni wielu mil znalezc mozna bylo jedynie pojedyncze farmy,
cel wedrówki mógl byc tylko jeden – olbrzymie pastwiska
nalezace do najwiekszego hodowcy bydla w calym stanie.
Jakoz juz po chwili na horyzoncie zamajaczyla ciemna sylwetka plotu i
wkrótce postac znalazla sie u podnóza trzymetrowego niemalze
ogrodzenia. Przylgnawszy do gladkiego, polerowanego drewna, wtopila sie
w cien, a otaczajaca cisze macil jedynie odlegly odglos kroków.
Odczekawszy kilka uderzen serca, jednym, niemozliwym do wykonania skokiem,
znalazla sie po drugiej stronie, ladujac z gracja na ugietych nogach i
od razu ruszajac przed siebie. Bezszelestnie przemknela kilkadziesiat
metrów, a nastepnie przykleknela przy lezacej na trawie, pograzonej
we snie, krowie. Rozejrzawszy sie, pospiesznie wyjela z zanadrza niewielki
sloiczek i pochylila sie nad zwierzeciem. Ostre jak brzytwa kly zalsnily
przez moment, po czym wbily sie w szyje nieswiadomej niczego krowy, a
po chwili z symetrycznych otworów poplynela krew. Kiedy naczynie
zostalo juz napelnione postac blyskawicznie zalizala rane i ruszyla w
droge powrotna.
Ani jedno ziarenko piasku nie zaskrzypialo, kiedy ponownie znalazla sie
na drodze, zaden z patrolujacych ten odcinek strazników nic nie
zauwazyl i tylko cisza podazyla za nia, depczac jej po pietach i towarzyszac
bez przerwy, az do samego miasteczka.
•••••
Dom byl pusty. Wprawdzie chlopak czesto lubil sie przed nim chowac, ale
tym razem Erst byl pewien, ze go tu nie ma. Spróbowal jeszcze raz
sie skupic, ale wciaz nie wyczuwal niczyjej obecnosci. Jakas czesc jego
natury podpowiadala mu, ze nie wrózy to nic dobrego, jednak doswiadczony
wampir zachowal spokój i ponownie wszedl na pietro willi. I wtedy
zobaczyl lezaca na podlodze ksiege. Zupelnie nie wiedzial jak mógl
ja wczesniej przeoczyc – moze po prostu zbyt byl zajety szukaniem
chlopca, by zwracac uwage na porzucone ksiazki. Teraz jednak zaintrygowany
zblizyl sie do opaslego tomiska i skamienial. Zimny dreszcz przebiegl
mu wzdluz kregoslupa, kiedy jak zahipnotyzowany wpatrywal sie w pozólkle
kartki. Setki mysli zrodzily sie w jego glowie, klebiac sie i powodujac
ogromny. Po raz pierwszy od wielu lat wampir poczul lekki niepokój.
Sporo wysilku wlozyl w to, by uchronic Ludwika przed koszmarem, który
sam mu zgotowal. Wydawalo sie, ze odniósl sukces, ale to co sie
wlasnie stalo, zniszczylo wszystko, czego dokonal. A konsekwencje mogly
byc bardzo powazne. Rozgoraczkowany, bezwiednie zaczal krazyc po pokoju,
starajac sie znalezc najlepsze rozwiazanie. W koncu, odsunawszy na bok
wszelkie emocje, zamarl w bezruchu i tylko delikatna zmarszczka na czole
swiadczyla o tym, ze intensywnie mysli. Czas mijal, a on stal posrodku
pomieszczenia skapany w ksiezycowym blasku, az wreszcie zbiegl na dól
i znalazlszy sie na dworze, popedzil w dól ulicy. Minal kilka przecznic,
po czym upewniwszy sie, ze nikogo nie ma w poblizu, podniósl pokrywe
zabezpieczajaca wejscie do kanalów i nie zastanawiajac sie dlugo
zniknal w otworze. Momentalnie uderzyl go odór nieczystosci, sprawiajac,
ze wampir po raz kolejny zadal sobie pytanie, jak mozna mieszkac w takim
miejscu. Z wyrazem zniechecenia na twarzy zszedl po drabince, by zaglebic
sie labirynt mrocznych tuneli. Odnalezienie siedziby Hannibala nie sprawilo
mu problemu i kiedy mijal ostatni zakret niemalze zderzyl sie z tym, kogo
szukal.
Hannibal byl Nosferatu, lecz nawet jak na swój klan wyjatkowo paskudnym.
Mimo to wszystkie wampiry w miescie szanowaly go, gdyz doswiadczenie i
madrosc, które posiadl czesto ratowaly im skóre. Pelnil
on role mentora, kogos, do kogo zawsze mozna sie zwrócic o pomoc
i choc nie przepadal za towarzystwem, z checia sluzyl innym rada. Zawsze
opanowany, podchodzil do wszystkiego z zimna krwia, nigdy nie dzialal
impulsywnie, nigdy tez nie uzewnetrznial swoich uczuc. Teraz na przyklad,
choc na pewno zaskoczony nieoczekiwanym pojawienie sie goscia, nie okazal
zdziwienia, po krótkiej zas chwili zwrócil sie do przybysza:
- Witaj Erst. Nie wiem po co przyszedles, ale dobrze sie sklada, bo za
kwadrans jest u Starego zebranie. Musimy sie pospieszyc, wiec nie ma czasu
na rozmowy – Nosferatu uprzedzil wszelkie pytanie . Dodal jeszcze:
„Chodzmy!”, po czym nie czekajac na jakakolwiek reakcje Ersta,
wyminal go, znikajac w ciemnosci.
•••••
Wiatr rozwiewal wlosy Ludwika, biegnacego srodkiem szerokiej, prostej
ulicy. Kamienice, niczym pochylajace sie olbrzymy, obserwowaly go ciemnymi
otworami okien, z których wyzierala niema pustka, a cichy odglos
kroków zdawal sie niesc w sobie jakas grozbe. Miasto spalo –
nieliczne latarnie wydobywaly z ciemnosci dziwne cienie, mrugajac blado
na tle nocnego nieba. Gdzies w oddali zawyl pies, w rynsztokach cicho
popiskiwaly szczury. Delikatna mgielka zaczela podnosic sie z ziemi, otulajac
okolice puszystym welonem, który nadawal jej nierealnego wygladu,
rodem z sennych marzen. Tymczasem chlopiec, dotychczas beztroski i swobodny,
nagle przystanal i zaczal nasluchiwac. Jego ruchy nabraly sprezystosci,
kiedy bezszelestnie skrecil w najblizszy zaulek. Wbijajac wzrok w zalegajacy
tam cien, ostroznie, krok za krokiem posuwal sie naprzód, wyraznie
na cos czekajac. Nie trwalo to dlugo, gdyz juz po chwili od sciany jednego
z domów oderwala sie smukla postac i zagrodzila mu droge.
- Witaj chlopcze - naznaczona licznymi bliznami, szpetnie zdeformowana
twarz wykrzywila sie w grymasie, który zapewne mial byc usmiechem.
Glebokie, smutne oczy nieznajomego spoczely badawczo na chlopcu, zas kaciki
ust uniosly sie nieco, odslaniajac imponujace kly.
- Nie powinienes samotnie wlóczyc sie po nocy. Mogloby ci sie cos
przytrafic - postac cedzila slowa, jak gdyby mówienie przychodzilo
jej z trudem.
- Nie boisz sie?
- Nie! - Ludwik stanal w lekkim rozkroku i z zainteresowaniem przygladal
sie rozmówcy.
- To ty powinienes sie bac.
- Ja? - zdziwil sie tamten. - Ja sie niczego nie boje. Wprawdzie jestes
mlody, ale powinienes wiedziec, ze my, Nosferatu, jestesmy najpotezniejszym
z klanów. Gdybysmy nie byli takimi samotnikami, moglibysmy bez
trudu siegnac po wladze. A ty mówisz mi, ze powinienem sie bac.
Czego?
- Mnie!
- A kim ty jestes? - oczy wampira blysnely niebezpiecznie.
- Jestem smiercia. Przychodze znienacka i zabieram tych, którzy
staja mi na drodze - cos na ksztalt zlosliwego usmiechu pojawilo sie na
twarzy chlopca. - Przynosze zapomnienie.
- Co ty wygadujesz?! - Nosferatu byl szczerze zdziwiony i nawet, zupelnie
bezwiednie, cofnal sie o krok.
- Wiem, ze jeszcze nie dopuszczasz do siebie tej mysli, ale zaraz zginiesz
- glos Ludwika przeszedl w syk.
- Chcesz mnie zastraszyc gówniarzu? - wampir doszedl do siebie
i wybuchnal gniewem.
W tym samym jednak momencie chlopiec skoczyl. Morr nigdy nie przypuszczal,
ze jakikolwiek wampir moze byc tak szybki. Nie zdazyl nawet drgnac, kiedy
ostre kly wbily sie w jego szyje, wyzwalajac piekacy ból. I choc
odruchowo machnal reka, uderzajac napastnika i stracajac go na ziemie,
nie byl w stanie zaatakowac - zatoczyl sie tylko do tylu, przyciskajac
dlonie do rany. Ludwik tymczasem podniósl sie i ponownie rzucil
naprzód. W jego reku, nie wiadomo skad, pojawil sie dlugi, srebrny
nóz z oprawiona w skóre rekojescia. Ulamek sekundy pózniej
bezblednie wymierzony w serce cios minal sie z celem, zahaczajac o ramie
robiacego unik Nosferatu. Rozleglo sie przerazajace wycie, a nozdrza chlopca
podraznil intensywny zapach krwi. Zebrawszy wszystkie pozostale mu jeszcze
sily Morr zamarl w pelnym napiecia bezruchu. Jego i tak juz dlugie palce
wydluzyly sie jeszcze bardziej, wytwarzajac ostre jak brzytwa szpony,
które zmusily atakujacego po raz trzeci Ludwika do zatrzymania
sie w pól kroku. Szanse troche sie wyrównaly, ale czas dzialal
na korzysc chlopca i coraz bardziej oslabiony Nosferatu musial dzialac.
Markujac wypad do przodu wykonal pólobrót, celujac w bok
stojacego przed nim przeciwnika. Okazalo sie jednak, ze go nie docenil.
Odchyliwszy sie do tylu, Ludwik przeniósl ciezar ciala na prawa
noge, by runawszy do przodu zanurkowac pod reka Morra. Uniknawszy w ten
sposób smiercionosnych szponów, przetoczyl sie po ziemi
i cial wampira w staw kolanowy. Jedynie nieartykulowany dzwiek wydobyl
sie z gardla Nosferatu, który padl w powiekszajaca sie szybko kaluze
wlasnej krwi. Chlopiec uniósl rece w gescie tryumfu, po czym zaczal
krazyc wokól lezacego na ziemi przeciwnika. Z okrutnym pólusmiechem
napawal sie cierpieniem bezbronnej ofiary, swiadomy swojej wladzy. A gdy
juz zaspokoil swe sadystyczne potrzeby, zatopil zeby w odslonietej szyi
i pil przesycona doswiadczeniem dziesiatek lat krew, pil dlugo - do samego
konca...
•••••
Mieszkanie Starego miescilo sie w podziemiach ogromnej kamienicy, usytuowanej
w centrum miasteczka. Mimo dobrej lokalizacji, miejsce bylo bardzo nieprzyjemne
i doskonale nadawalo sie do organizowania tajnych spotkan. Smród
rynsztoków, wyzierajaca ze scian wilgoc, a takze duszne, zatechle
powietrze sprawialy, ze wampiry nie zwykly spodziewac sie nieproszonych
gosci. Strome, sliskie schody prowadzily do ciemnego, zakonczonego kotara
korytarza. Za nia znajdowalo sie niewielkie pomieszczenie i kiedy Erst
wraz z Hannibalem wslizneli sie do niego, stwierdzili, ze przybyli jako
ostatni. Stary wskazal im miejsca pod sciana, po czym rozparlszy sie wygodnie
na swoim krzesle, zwrócil sie do zebranych:
- Panowie , jak wiecie zyjemy w zapadlej dziurze, która jednak
od setek lat jest naszym
domem i schronieniem – podniosly styl, tak charakterystyczny dla
wiekszosci Ventrue, jak zwykle wzbudzil wsród wampirów delikatne
pólusmieszki. – Mimo ze lowcy czarownic zapewne nawet nie
wiedza o istnieniu tego miejsca, nalezy brac pod uwage takze inne niebezpieczenstwa.
Jeszcze niedawno moglibyscie uwazac moje slowa za pozbawione sensu, czysto
teoretyczne rozwazania, ale sytuacja sie zmienila. Do naszego miasteczka
zawital ktos, kogo nikt z nas nie chcialby tu widziec.
Wsród zebranych przebiegl szmer i zapanowalo niezwykle poruszenie,
mimo to nikt sie nie odezwal. Stary zas kontynuowal:
- Sa pewne imiona, których nie powinno sie wymawiac i przybysz
ten nosi jedno z nich.
Zapewne kazdy z was juz o nim slyszal - Ventrue przerwal i dokonczyl szeptem:
- Nazywa sie Morr...
W ciszy, która zapadla oddechy zebranych zlaly sie w jeden drzacy,
nerwowy swist, a strach, niczym osmiornica, oplótl pomieszczenie
swoimi mackami, zaciskajac je na gardlach wampirów. Te kilka slów
wypowiedzianych przez Starego wywarlo wieksze na nich wieksze wrazenie
niz banda wscieklych wilkolaków, gotowa rozszarpac kazda poruszajaca
sie istote. Morr – symbol najgorszego wynaturzenia, Nosferatu zywiacy
sie krwia innych wampirów, niezmordowany podróznik, wedrujacy
z miasta do miasta, z wioski do wioski. O nie, zaden ze zgromadzonych
nie chcialby stanac oko w oko z tym okrytym zla slawa potworem, o którym
mówiono, ze zabil wiecej lowców i wampirów niz ktokolwiek
inny na swiecie. Totez wszyscy obecni spogladali po sobie z zaklopotaniem,
dopóki niezrecznego milczenia nie przerwal Erst:
- Niestety, nie jest to jedyna zla wiadomosc jaka dzisiaj uslyszycie.
Mam do zakomunikowania jeszcze dwie. Po pierwsze – Ludwik zniknal,
po drugie przeczytal „Ars Diabolica”...
Przerwa, która teraz nastapila nabrzmiala byla niemozliwa do zniesienia
cisza.
- Czy to znaczy, ze... – zaczal Stary, ale Erst wpadl mu w slowo.
- To znaczy mniej wiecej tyle, ze jesli szybko go nie znajdziemy to Maskarada
stanie sie po prostu pustym slowem. Chlopak jest w tej chwili zdolny do
wszystkiego.
- I zadny ludzkiej krwi – dodal z ponura mina.
- Trzeba bezzwlocznie rozpoczac poszukiwania – trzezwo stwierdzil
Hannibal. – Podzielimy miasteczko na 8 czesci, po jednej dla kazdego.
Jesli sie postaramy, przeczesanie ich nie powinno zajac zbyt wiele czasu.
W razie czego porozumiewac sie bedziemy wyciem. Pamietajcie tez, ze w
miescie jest Morr. Trzeba zachowac daleko posunieta ostroznosc i w zadnym
wypadku nie dac sie sprowokowac.
To rzeklszy Nosferatu przystapil do wcielania swego planu w zycie, a kilka
minut pózniej mroczne cienie opuscily podziemia kamienicy, bezglosnie
rozplywajac sie w ciemnosci. Zaczely sie lowy.
•••••
Przeciagly skowyt rozdarl nocna cisze, burzac spokój panujacy
na ulicach miasteczka, wzniósl sie ku gwiazdom i, pobrzmiewajac
jeszcze przez chwile echem, ucichl. Nie bylo to wycie psa, gdyz nioslo
w sobie emocje, które przezywac moze tylko istota rozumna. Nie
byl to tez glos czlowieka, gdyz pobrzmiewala w nim dzikosc pomieszana
z furia. Nie ulega jednak watpliwosci, ze dzwiek ów byl przerazajacy
i fascynujacy zarazem. Cos w nim przyciagalo, jakas dziwna magnetyczna
sila, nieuchwytna, trudna do wytlumaczenia. A gdyby ktos poddal sie tej
swoistej magii zobaczylby cos, czego zadnemu czlowiekowi nie udalo sie
jeszcze zobaczyc. Szesc postaci pojawilo sie nagle nie wiadomo skad i
równie szybko zniknelo we wnetrzu jednego z okolicznych budynków.
Wampiry, uslyszawszy umówiony zew, przybyly sprawdzic, co znalazl
ich towarzysz, ale nie byly przygotowane na to co ujrzaly. Mieszkanie
tonelo we krwi. Juz na prowadzacych w góre schodach wszyscy poczuli
jej charakterystyczny zapach. A kiedy przekroczyli próg...
Do przeciwleglej sciany przybita byla kobieta. Jej cialo zwisalo bezwladnie
na czyms, co jeszcze niedawno bylo karniszem, a teraz wystawalo na metr
z klatki piersiowej. Rude zacieki znaczyly bialy tynk, a pod wykreconymi
dziwnie nogami utworzyla sie kaluza krwi. Na opadajacych po bokach rekach
widnialy poszarpane rany, puste oczodoly czernily sie w bladej twarzy,
zas zastygle w grymasie przerazenia usta spuchly tak, ze zdawaly sie byc
jakas groteskowa karykatura.
W oczach wampirów pojawilo sie zdziwienie, bo choc polowaly na
ludzi by pic ich krew, nigdy nie pociagalo ich zbyteczne okrucienstwo.
Tlila sie w nich jeszcze resztka czlowieczenstwa, tlumiona bezlitosnie
przez niepohamowany glód, domagajacy sie zaspokojenia. Ale tkwiacy
we wnetrzu kazdego wampira potwór byl jedynie istota walczaca o
przetrwanie, rzucona na scene swiata w niewdziecznej roli krwawego monstrum,
którym mozna straszyc niegrzeczne dzieci. Etykieta przyklejona
przez ludzi nie oddawala prawdy – kreowala wizerunek uosabiajacy
ich leki i przesady, mitologizowala i wynaturzala. A przeciez zaden wampir,
chcac zaspokoic pragnienie, nie zabija swej ofiary, nie czerpie przyjemnosci
z bólu jaki jej zadaje. Dlatego tez wszyscy obecni spojrzeli pytajaco
na stojacego nieco z boku Ariela, Gangrela, który ich tu wezwal.
Ten zas wykonal nieokreslony ruch reka, wzruszyl ramionami i wskazujac
za siebie, powiedzial:
- Tam sa dzieci, ale nie warto tego ogladac. W przeciwienstwie do pewnej
interesujacej rzeczy w pokoju obok. Chodzcie za mna.
To rzeklszy wszedl do najblizszego pomieszczenia, pozostali zas podazyli
za nim. Otulila ich calkowita ciemnosc i dopiero po krótkiej chwili,
kiedy oczy przyzwyczaily sie do mroku, dostrzegli lezace na podlodze cialo.
Rozlozone rece i nogi mlodego mezczyzny wkomponowane byly w narysowany
jego wlasna krwia pentagram. Na kazdym rogu figury umieszczono jakis organ,
a poszarpane rany znaczyly cialo niczym zlowrogie krwawe jamy. Jednak
to, co przede wszystkim przykulo uwage wampirów nie znajdowalo
sie na podlodze, lecz na jednej ze scian. Ogromny nieksztaltny napis byl
dla nich doskonale widoczny:
Ja jestem tym, który daje i zabiera
Ja jestem tym, który niszczy
Ja jestem tym, który przynosi zapomnienie
Ja jestem tym, którego drugie imie brzmi Chaos
Przez chwile w milczeniu próbowali zrozumiec sens slów,
ale cisza szybko stala sie nie do zniesienia. Pierwszy przerwal ja Stary,
a jego glos zabrzmial dziwnie, kiedy zapytal:
- Myslicie, ze to Morr?
- Nie, on nigdy nie zabija ludzi, nawet dla przyjemnosci – odpowiedzial
Hannibal i nagle urwal, ukradkiem zerkajac na Ersta. Ten jednak nie zwracal
na nic uwagi – stojac bez ruchu, jak zahipnotyzowany wpatrywal sie
w wypisane krwia slowa. Po chwili jednak odwrócil glowe, by powoli
przesunac wzrokiem po twarzach towarzyszy. W jego oczach dostrzec mozna
bylo dziwny blysk, zas ruchy zdradzaly niezwykle napiecie.
- Zaczelo sie – powiedzial glosem wypranym z wszelkich uczuc.
- Trzeba bylo nie poic go krowia krwia – oskarzycielski ton Roy’a,
mlodego Ventrue, podzialal jak plachta na byka. Erst postapil krok do
przodu i zaciskajac piesci wycedzil:
- Nic nie rozumiesz mlokosie...
- Nie zapominaj, ze twój pomysl nie zyskal ogólnego poparcia.
To byla twoja wlasna decyzja, wiec powinienes liczyc sie z konsekwencjami.
Lecz tego nie...
- Jeszcze slowo i dolaczysz do faceta na podlodze – Erst uspokoil
sie, a jego glos znów stal sie niebezpiecznie beznamietny.
- Panowie, przestancie – Hannibal wkroczyl do akcji, zazegnujac
wiszaca w powietrzu bójke. - Jesli bedziemy sie klócic,
do niczego nie dojdziemy.
- Hannibal ma racje – Stary poparl doswiadczonego Nosferatu. –
Zastanówmy sie lepiej co robic. Nie widze zbyt wielu podejrzanych.
Skoro odrzucilismy Morra, zostaje tylko Ludwik. Chyba, ze...
- W miescie znajduje sie ktos jeszcze – dokonczyl Ariel.
- Wlasnie. Mimo wszystko nie sadze, zeby chlopak byl zdolny do czegos
takiego. Co o tym myslisz Erst?
- Zapewniam cie, ze nie chcielibyscie wiedziec...
Glos Ersta jeszcze nie przebrzmial, kiedy zaczelo dziac sie cos dziwnego.
Najpierw pojawily sie migotliwe blyski, które przeskakiwaly z miejsca
na miejsce niczym bledne ogniki, wkrótce zas skupily sie po srodku
pomieszczenia. A potem...
Oslepiajaca jasnosc wypelnila pokój, sprawiajac, ze wampiry z okrzykiem
zgrozy zaslonily oczy. I choc trwalo to zaledwie ulamek sekundy, uplynelo
troche czasu zanim ponownie odwazyly sie spojrzec. Przed nimi, zawieszony
w powietrzu, unosil sie ekran, pólmaterialne zwierciadlo, po którego
powierzchni bez przerwy pelzaly te same migotliwe blyski, od których
wszystko sie zaczelo. Natomiast w glebi zobaczyli miasto. Mroczne uliczki
okryte plaszczem nocy wydawaly sie znajome i po chwili zrozumieli dlaczego.
Patrzyli na swoje miasto, to samo, w którym kiedys zyli, to samo,
w którym zostali przemienieni, to samo, w którym wlasnie
sie znajdowali. Ze zdumieniem obserwowali jak stare kamienice wysuwaja
sie z ekranu, otaczajac ich swymi masywnymi cielskami, zaglebili sie w
zapomniane zaulki, zatracili w tej jakze realnej iluzji. Az wreszcie,
w jednej uliczek, dostrzegli lezace na ziemi cialo, porzucone niczym niepotrzebna,
zniszczona kukielka. Zblizali sie do niego bardzo powoli, zdecydowanie
wolniej niz by chcieli, ale nic nie mogli na to poradzic. A kiedy w koncu
znalezli sie wystarczajaco blisko i spojrzeli w pokryta bliznami twarz,
przeszylo ich lodowate zimno. Na chwile czas zatrzymal sie w swoim biegu,
wszystko zamarlo w calkowitym bezruchu – istnialy tylko zwloki,
które zdawaly sie wypelniac caly swiat. A potem rzeczywistosc nagle
dala znac o sobie, przygniotla ich swoim ciezarem. Znów byli w
ciemnym, zakrwawionym pomieszczeniu, oszolomieni i zupelnie zdezorientowani.
- Co to bylo? – glos Ariela zadrzal lekko, gdy wypowiadal te slowa.
Przez dluzszy czas nikt nic nie odrzekl i dopiero Hannibal przerwal milczenie:
- Nigdy sie z czyms takim nie spotkalem, ale wygladalo to na swego rodzaju
psychiczna projekcje. Slyszalem o pewnym Tremere, który potrafil
robic podobne rzeczy, jednak to bylo dawno i pamiec mnie juz troche zawodzi.
Jedno jest pewne, twórca tego przekazu dysponuje potezna moca,
a co za tym idzie, nie mozna go lekcewazyc – ton glosu oraz przenikliwe
spojrzenie Nosferatu podkreslaly powage jego wypowiedzi.
- To byla mapa, wskazówka – Erst wskazal na drzwi. –
Musimy tam isc!
- Gdzie?! – zirytowal sie Stary.
- Tam gdzie lezy cialo – glos Brujah byl spokojny i opanowany. –
On na nas czeka...
•••••
Wymkneli sie z kamienicy równie cicho jak do niej weszli i juz
wkrótce przemierzali ciemne ulice miasteczka. Zawsze w cieniu,
uwazni i ostrozni, pewnie zmierzali do wyznaczonego celu, który
zdawal sie byc bliski i odlegly zarazem. Lecz gdy tak posuwali sie naprzód,
gdy w skupieniu rozgladali sie dokola i obserwujac sie nawzajem czujnie
nasluchiwali, zaczelo dreczyc ich uczucie niepokoju, które niczym
wytrwaly kornik wzeralo sie w psychike i podkopywalo fundamenty woli.
Cos bylo nie tak, jakis szczegól umknawszy uwadze, zapadl w podswiadomosci
i usilnie próbowal o sobie przypomniec. Az wreszcie, kiedy napiecie
powoli stawalo sie nie do zniesienia, slowa wypowiedziane przez Hannibala
wyjasnily wszystkie watpliwosci:
- Czy nie wydaje wam sie, ze kogos brakuje?
- Rzeczywiscie, jest nas tylko szesciu – Stary sprawial wrazenie,
jak gdyby ten fakt dotarl do niego dopiero teraz. –Nie ma Victora!
- Gdzie on sie moze podziewac? – Ariel wlaczyl sie do dyskusji.
- Nie ma co tego roztrzasac – wtracil Erst. – I tak nie mozemy
juz nic zrobic.
Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem i ... nagle zrozumieli. Strach,
wsliznawszy sie podstepnie w ich szeregi zasial grobowe milczenie i przez
dluzszy czas slychac bylo tylko delikatny odglos kroków. Kazdy
zatopil sie we wlasnych, ponurych myslach, z rzadka tylko rzucajac ukradkowe
spojrzenia na towarzyszy, zas królujaca wokól noc byla cicha
jak nigdy.
•••••
- Ty wiesz wiecej niz chcesz nam powiedziec – rozbrzmiewajacy w
jego umysle glos Nosferatu byl pelen wyrzutu.
- To nie ma zadnego znaczenia. Po prostu, gdy tylko zacznie sie walka
uciekaj. Nie mozesz zginac. Bedziesz mi jeszcze potrzebny.
- Do czego?
- Sam sobie z nim nie poradze. W odpowiednim momencie dam ci znak. Bedziesz
wiedzial co zrobic.
- Ale ...
- Teraz juz nie ma zadnych ale – odparl Erst i urwal telepatyczny
kontakt. Katem oka dostrzegl jeszcze jak Hannibal spoglada na niego podejrzliwie,
po czym usmiechnal sie lekko i skupil na dalszej wedrówce.
•••••
Zblizali sie ... Czas prawdy nadchodzil nieuchronnie, wciagajac wszystkich
w swój strumien, który rwacym potokiem podazal na spotkanie
przeznaczenia. Juz tylko kilka przecznic dzielilo ich od celu, a kazdy
krok nacechowany byl niepewnoscia. Wampiry rozgladaly sie nerwowo spiete
do granic mozliwosci lecz tylko Erst wyczuwal narastajaca z kazda chwila
moc, która przesycone bylo wszystko wokól. Powietrze niemalze
drgalo od nieznanej sily, tak poteznej, ze tuz nad zacisnietymi piesciami
Brujah widac bylo pulsujace pod skóra zyly. Wampir przymknal oczy,
wsluchal sie w cisze nocy i nagle zorientowal sie, ze wszelkie odglosy
zniknely. Momentalnie oprzytomnial, starajac sie ocenic sytuacje. Po pozostalych
nie bylo ani sladu, zas mrok przed nim zgestnial i zdawal sie tworzyc
swego rodzaju czarna kotare. Erst ruszyl naprzód, a po chwili,
tak jak sie spodziewal, napotkal opór.
- Cholera! – zaklal, uderzajac piescia w zapore, która ugiela
sie sprezyscie i odrzucila go do tylu. Wampir, odzyskawszy równowage,
zaczal niespokojnie krazyc po zaulku, co chwila przystajac, by sprawdzic
czy nic sie nie zmienilo.
- Mam nadzieje, ze Hannibal przezyje – niespokojne mysli krazyly
mu po glowie. – Oby tylko zastosowal sie do moich wskazówek.
Minelo kilka krótkich minut, które Erstowi dluzyly sie w
nieskonczonosc, az wreszcie nieprzenikniona ciemnosc przerzedzila sie
i rozwiala. Z oparów mroku, niczym zlowrogi upiór, wylonila
sie niewielka postac. Ludwik, z iscie demonicznym usmiechem na twarzy,
podobny do rycerza apokalipsy, stal po srodku zaulka, a wokól niego,
na zbryzganej krwia ziemi, lezalo piec trupów. Erst, patrzac na
poderzniete gardlo Ariela, urwane rece Roy’a, zlamany kark i wyrwane
serce Paytona oraz niemalze rozdartego na strzepy Starego, czul jak wzbiera
w nim straszliwy gniew. Skrupulatnie tlumiona Bestia zerwala okowy i chcac
wydostac sie na wolnosc podsuwala szalone pomysly, jednak tym razem rozsadek
zatryumfowal. Brujah odetchnal gleboko, rozluznil spiete miesnie, po czym
stanal w wyzywajacej pozie,nie spuszczajac wzroku z Ludwika.
- Witaj tatusiu! – glos chlopca ociekal ironia. – Spózniles
sie.
- Widze – Erst zacisnal zeby, postanawiajac nie dac sie sprowokowac.
- Byli tacy zalosni, mysleli, ze moga sie ze mna mierzyc. Tylko jeden,
ten paskudny Nosferatu zachowal dosc rozumu, by od razu czmychnac –
zlowieszczy smiech, który zakonczyl wypowiedz, okrutnie rozdarl
cisze i nieprzyjemnie podraznil uszy.
- A ty czemu nie uciekles Erst? Chyba nie sadzisz, ze mozesz mnie pokonac?
Jestes tylko zalosnym wampirem ósmego pokolenia. Nie wygralbys
nawet z Morrem, a co dopiero ze mna.
- Mylisz sie – Brujah wolno cedzil slowa. – Juz wkrótce
zrozumiesz jak bardzo sie mylisz.
- Co?! – oczy Ludwika rozszerzyly sie w bezgranicznym zdumieniu.
– Ty wierzysz, ze masz jakies szanse?! Jestes naiwny Erst. Nie podejrzewalem
cie o cos takiego – badawczy wzrok chlopca spoczal na rozmówcy.
Przez chwile przygladal mu sie uwaznie, po czym dodal:
- Chyba, ze nie domysliles sie jeszcze kim jestem ...
- A powinienem?
Na to pytanie Erst nie doczekal sie odpowiedzi, gdyz Ludwik znowu sie
rozesmial. Ale tym razem nie byl to zwykly smiech – bila od niego
taka moc i potega, ze Brujah bezwiednie zaslonil rekami uszy. Nie wiadomo
skad zerwal sie wiatr, ziemia zadrzala, a w okolicznych oknach popekaly
szyby i drobniutki grad okruchów szkla zasypal zaulek. A gdy wszystko
sie skonczylo, gdy ostatnie echa przepadly w bramach, zas jedynym dzwiekiem
macacym cisze byly piski poranionych szczurów, chlopiec przemówil.
Jego glos zmienil sie nie do poznania. To nie byl juz glos dziesiecioletniego
chlopca, lecz ochryply, niski, rzezacy baryton potwora:
- Powiem ci kim jestem. Mam wiele imion: Mefistofeles, Belzebub, Czart,
Diabel, Szatan ... Oto ja pan piekiel – Ludwik wzniósl ramiona
do góry i wykrzykiwal slowa w niebo. – Drzyjcie istoty rozumne,
wszy swiata, bo oto ja zstapilem na ziemie by dokonac dziela zniszczenia.
Królestwo zla znów sie odrodzi wskrzeszone moja reka, wypelni
sie przeznaczenie.
Rece opadly bezwladnie, chlopiec zas oddychal gwaltownie i toczyl dookola
nieprzytomnym, dzikim wzrokiem.
- O czym ty mówisz? – zdziwienie Ersta bylo wyraznie udawane,
lecz Ludwik, zapewne nie zauwazywszy, skupil rozbiegane oczy na pytajacym
i odrzekl:
- Jak wiesz twój podopieczny przeczytal „Ars Diabolice”
i dziwnym zrzadzeniem losu zrobil to na glos – chlopiec uspokoil
sie, a na jego wargach wykwitl zlosliwy usmieszek. – W ten sposób
uaktywnil zapisany w ksiedze czar , który przywolal mnie z powrotem
do zycia. Nie musze ci chyba mówic, ze to ja zabilem Morra oraz
te rodzine, która znalezliscie, tak jak nie musze dodawac, ze zaraz
wykoncze ciebie i wszystkich ludzi w tej zapadlej dziurze? Ale zanim zrobie
ten pierwszy, ekscytujacy krok na drodze ku wladzy mozesz zadac mi jedno
pytanie. Jest cos czego chcialbys sie dowiedziec przed smiercia?
- Owszem – oczy Ersta blysnely, zas kaciki ust uniosly sie leciutko.
– Powiedz mi jak dlugo odzyskujesz pelna moc.
- Ha! – Ludwik wygladal na zadowolonego. – Widze, ze nie jestes
tak naiwny, jak sadzilem. Coraz bardziej mi sie podobasz, ale musze cie
rozczarowac. To prawda, nie posiadam jeszcze swojej pelnej mocy, lecz
mimo to wystarczyloby jej na unicestwienie cie w kilka sekund. Oczywiscie,
taki final bylby malo zabawny i zbyt trywialny, dlatego rozprawie sie
z toba wlasnorecznie – to powiedziawszy chlopiec blysnal klami i
nie tracac czasu na dalsze dyskusje rzucil sie do przodu.
•••••
Stojac w mrocznym, dawno opuszczonym pomieszczeniu na parterze pobliskiej
kamienicy, Hannibal z zaciekawieniem przysluchiwal sie rozmowie. Jego
wyczulony sluch wylapywal kazde wypowiedziane slowo i juz wkrótce
Nosferatu nie wiedzial, co o tym wszystkim myslec. Najwyrazniej tam, na
srodku placu, rozgrywaly sie jakies wielkie sprawy, o których on
zupelnie nie mial pojecia i które nie do konca rozumial. Czyzby
Ludwik rzeczywiscie byl diablem, a jesli tak, to dlaczego Erst nie uciekal?
Te oraz inne pytania klebily sie w jego glowie, pobudzajac umysl do niewesolych
rozwazan, z których wyrwany zostal przez ostatnie slowa chlopca.
Jednak zanim ostroznie wychylil sie zza sciany, by wyjrzec przez wybite
okno, musial stoczyc ze soba ciezka walke, która zakonczyla sie
zwyciestwem jego ciekawskiej natury. Bo choc sytuacja nie nalezala do
bezpiecznych, wampir nie mógl przegapic takiego widowiska. A, ze
bedzie ono niezwykle, przekonal sie juz na samym poczatku, kiedy to Ludwik
rzucil sie na Ersta z nieprawdopodobna szybkoscia. Hannibal dostrzegl
tylko zamazany ksztalt, który w jednej chwili znalazl sie tuz przy
przeciwniku, a wkrótce wszystko skomplikowalo sie jeszcze bardziej
...
•••••
Ludwik liczyl na zaskoczenie. Wytworzone tuz przed atakiem szpony nieodwolalnie
zmierzaly w kierunku szyi przeciwnika i nic nie wskazywalo na to, ze Erst
zdola sie uratowac. Jednak wypadki przybraly zgola nieoczekiwany obrót,
a wszystko rozegralo sie w ulamku sekundy. Nagle, nie wiadomo skad dlon
Ersta znalazla sie tuz przed atakujacym, rozlegl sie metaliczny zgrzyt
i natarcie chlopca zatrzymalo sie na nalezacych do Brujah pazurach. W
tym samym momencie druga reka wampira przeciela powietrze, zas zdezorientowany
Ludwik uniknal smierci jedynie dzieki odruchowemu uchyleniu glowy. Natychmiast
tez odskoczyl do tylu, przyciskajac dlon do policzka, na którym
wykwitlo piec czerwonych, pulsujacych bólem szram. Jego wargi zadrzaly
lekko, w oczach pojawilo sie zdumienie pomieszane z gniewem, lecz glos
byl spokojny i opanowany:
- Znowu mnie zaskoczyles Erst i zrobiles to we wspanialym stylu. Ale to
jeszcze nie koniec niespodzianek, prawda? – tu Ludwik spojrzal przeciwnikowi
w oczy. – Bo przeciez nie jestes wampirem ósmego pokolenia.
- Masz racje, nie jestem, ale to i tak nie ma zadnego znaczenia, gdyz
wkrótce zginiesz.
- Grozisz mi? – Ludwik usmiechnal sie lekko. – Nie wyglupiaj
sie Erst, nie masz do tego zadnych podstaw. Zreszta rozumiem cie, w koncu
jestesmy ulepieni z tej samej gliny: siedzi w nas to samo diabelskie nasienie.
Bo przeciez Kain nie zabil brata sam z siebie, ktos musial go do tego
popchnac. Tak przyjacielu, wampiry sa zwyrodnialy tworem zrodzonym z ohydnej
zbrodni, sa zle Erst i nic tego nie zmieni. Ale sa równiez zadufane
w sobie, zupelnie jak ja. Dlatego straszymy sie nawzajem, choc obaj doskonale
wiemy jaki bedzie koniec.
Zupelnie pochloniety swoim przemówieniem, chlopiec nie zauwazyl
ukradkowego znaku wykonanego przez Ersta lewa reka. Ale ten, dla którego
byl on przeznaczony, dostrzegl go doskonale i zawahal sie. Czy warto poswiecac
zycie w nierównej walce z silniejszym przeciwnikiem, mieszajac
sie w sprawy, których sie nie rozumie i czy mozna zawiesc przyjaciela,
który ocalil ci zycie, a teraz potrzebuje pomocy? Przez chwile
te dwa pytania zaswitaly w umysle Nosferatu, ale natychmiast zniknely
niczym plomyki swiec zgaszone podmuchem wiatru.
Bez dalszych watpliwosci, Hannibal wyskoczyl przez wybite okno i choc
wiedzial, ze nie zdazy dobiec, co sil w nogach popedzil w kierunku Ludwika.
Ten zas, uslyszawszy zblizajace sie z prawej strony ciche kroki, odwrócil
na chwile glowe. To wystarczylo. Nie wiadomo jakim sposobem, Erst znalazl
sie nagle tuz przy swoim przeciwniku. Uniesiona reka przeciela ze swistem
powietrze, blysnely szpony i glowa chlopca lagodnym lukiem poszybowala
w powietrze, by po chwili z nieprzyjemnym plasnieciem upasc na bruk.
Oslupialy Nosferatu zatrzymal sie w pól kroku, z niedowierzaniem
patrzac jak bezwladne, pozbawione glowy cialo osuwa sie na ziemie. Zapadla
nienaturalna cisza, w której wyraznie slychac bylo pulsowanie krwi,
gwaltownym strumieniem wyciekajacej z rozcietej szyi. I zanim to, co sie
stalo w pelni do niego dotarlo, Hannibal zobaczyl jak Erst kresli w powietrzu
jakis symbol, po czym bez zadnego ostrzezenia zwloki stanely w plomieniach.
Tego juz bylo za wiele. Przerazony wampir cofnal sie o kilka kroków
i z trudem wykrztusil:
- Jak to zrobiles?
- To nie ma znaczenia przyjacielu. I lepiej zebys zapomnial o wszystkim,
co tu dzisiaj widziales.
- Ale ...
- Nie ma zadnego ale. Pomóz mi uprzatnac pozostale zwloki –
ton jakim wypowiedziane zostaly te slowa nie dopuszczal zadnego sprzeciwu,
lecz zanim Brujah zdazyl sie odwrócic i odejsc Nosferatu zawolal:
- Zaczekaj Erst!
- O co chodzi? – cala postawa umazanego we krwi wampira wyrazala
zniecierpliwienie i nie tajona niechec.
- Powiedz mi, z którego tak naprawde jestes pokolenia.
Po tych slowach zapadlo milczenie. Przez krótka chwile Erst przygladal
sie Hannibalowi z uwaga, po czym niespodziewanie odwrócil sie i
zmierzajac ku skrajowi placu rzucil przez ramie:
- Z czwartego.