Pomieszczenie przypominalo biblioteke, a raczej przypominaloby, gdyby
nie panujacy w nim mrok. Rzedy regalów uginajace sie pod opaslymi
tomiskami, oswietlone tylko kilkoma niewielkimi swieczkami, wygladaly zlowieszczo.
Ktos, kto znalazlby sie tu po raz pierwszy na pewno gotów bylby przysiac,
ze cos czai sie w zalegajacym miedzy pólkami cieniu. I mialby racje.
Ciemnosc czesto skrywa i zazdrosnie strzeze swoich sekretów, a ta
nie byla wyjatkiem. Przesycone zapachem smierci, geste powietrze, grobowa,
ciezka atmosfera i trupio blade plomyki swiec bez watpienia mialy w sobie
cos z klimatu starych, zapomnianych cmentarzy i wprowadzaly nastrój
grozy, tak charakterystyczny dla tego typu miejsc. Ale cala istota, glówna
i jedyna przyczyna istnienia tej sali, znajdowala sie w samym jej sercu.
Przy olbrzymim, mahoniowym stole, zarzuconym poukladanymi w stosy i niewielkie
kupki ksiegami, siedziala postac, która w niesamowity sposób
kontrastowala z otoczeniem. Ubrana w rózowy, wyszywany w kolorowe
kwiatki, plaszcz z kapturem, pochylona nad pozólklymi stronicami
grubego folialu, zdawala sie zupelnie nie pasowac do tego ponurego, tajemniczego
miejsca, w którym panowala macona jedynie szelestem papieru cisza.
Co wiecej, jej zachowanie takze klócilo sie z powaga pracy: co chwila
rozlegal sie krótki, urywany chichot, przypominajacy raczej zgrzyt
zelaza niz ludzki smiech i sugerujacy, ze postac swietnie sie bawi. Ten
jednak, kto zajrzalby pod kaptur, nie znalazlby tam ani radosci, ani zadowolenia.
Na bladej, pociaglej twarzy mlodego mezczyzny malowalo sie znudzenie i rezygnacja,
a jego puste pozbawione zrenic oczy nic nie wyrazaly.
Smierc, bo to on wlasnie siedzial przy stole, mial dosc. Mial dosc ciaglego
przebywania w tym mrocznym pomieszczeniu, dosc wertowania ksiag, dosc podrózy
do swiata smiertelnych i dosc machania kosa. Wszystko to przestalo interesowac
go juz dobre 1000 lat temu, ale w ciagu ostatnich kilku naprawde czul sie
okropnie. I powoli, wraz z uplywem czasu, dochodzil do wniosku, ze cos trzeba
zmienic. Pytanie tylko: co?
Z zamyslenia wyrwal go halasliwy magiczny alarm, który powtarzajac
bez przerwy „Juz czas”, dal mu do zrozumienia, ze nalezy wziac
sie do roboty. Smierc spojrzal na klepsydre, przerzucil kilka stron i mruknal
pod nosem: „Ho, ho, ho; znów przyszedl czas na starego Armanda.
Ciekawe czy ucieszy sie na mój widok?” – to mówiac
wstal, otrzepal ubranie z zalegajacego wszedzie kurzu i ruszyl waskim przejsciem
miedzy regalami. Przestraszywszy kilka szczurów i niemalze straciwszy
kilka ksiag dotarl wreszcie do wyjscia, by, wziawszy kose ze stojaka, przekroczyc
brame. Krótka, trwajaca kilka sekund, podróz byla tym, czego
nie cierpial najbardziej. Gdyby mial uklad pokarmowy i gdyby cokolwiek jadl,
niewatpliwie wycieczka ta kazdorazowo konczylaby sie nieciekawie, ale na
szczescie jako istota wyzsza, Smierc pozbawiony byl takich niedogodnosci.
Wszystko konczylo sie zatem na zawrotach glowy i dziwnym uczuciu, tak bardzo
podobnym do blogiego stanu osiaganego przez ludzi po nadmiernym spozyciu
alkoholu.
Tym razem, podobnie jak poprzednio, nic sie nie zmienilo. Smierc wyladowal
w swojej ziemskiej kryjówce i przez jakis czas usilnie próbowal
dojsc do siebie, zataczajac sie i co chwila odbijajac od którejs
ze scian. Miejsce na pewno nie nalezalo do przytulnych. Duszna, wilgotna
jaskinia z porosnietymi mchem scianami i woda kapiaca z sufitu nie zachecala
do dluzszego odpoczynku, lecz Smierc nie mial wyboru. Bezwladnie usiadl
w olbrzymiej kaluzy i cierpliwie czekal az efekty podrózy znikna
bezpowrotnie. Wreszcie, jak zwykle przemarzniety i przemoczony do suchej
nitki, wstal i idac delikatnym zygzakiem, zaglebil sie w labirynt korytarzy,
z których jeden prowadzil na zewnatrz. Po mniej wiecej godzinie,
co bylo calkiem niezlym wynikiem, ociekajacy woda, kaszlacy i kichajacy,
wydostal sie z pieczary i odetchnal z ulga. Najgorsze mial juz za soba,
teraz pozostaly mu tylko formalnosci. Nie przejmujac sie mokrym ubraniem,
niedbalym gestem reki otworzyl wejscie do czasoprzestrzeni i juz wkrótce,
zalujac, ze dziala to tylko w tym swiecie, znalazl sie tam gdzie powinien.
Chatka pustelnika stala na odludziu. Otoczona poszarpanymi, stromymi skalami,
na tle szczytów i pobliskiego lasu, zdawala sie byc malym zagubionym
dzieckiem, które nie wie co zrobic i czeka na pomoc. Smierc jednak
nie mial czasu na podziwianie piekna górskiej przyrody i bez zwloki
skierowal sie ku drzwiom.
•••••
Zawiasy cicho skrzypnely, gdy wszedl do srodka i rozejrzal sie. Od ostatniej
wizyty wiele sie nie zmienilo, przybylo tylko kilka tomów spisywanej
przez pustelnika encyklopedii. Armand lezal w lózku i drzacymi
rekami zapelnial ostatnia strone ostatniego tomu swego zyciowego dziela.
120 – letni starzec nawet nie podniósl glowy, gdy uslyszal
ciche kroki i zgrzytliwy glos goscia:
- Tym razem nie moze byc mowy o pomylce. Twój czas nadszedl, pustelniku.
- Wiem. Wstrzymaj sie jednak chwile, zostalo mi tylko kilka zdan –
chrapliwe, rzezace slowa wydobywajace sie z gardla lezacego byly prawie
niezrozumiale.
- Wlasciwie to powinienem zrobic to od razu, ale przez wzglad na nasza
niecodzienna znajomosc pozwole ci skonczyc.
Dopiero teraz starzec uniósl glowe i, zerknawszy na Smiercia z
ciekawoscia, rzekl:
- Czyzbys zmiekl? Ostatnim razem niezle sie stawiales.
- Ech... – zachnal sie gosc. – Lepiej mnie nie prowokuj.
- W porzadku – Armand odparl szybko, krytycznym wzrokiem zmierzyl
przybysza i dodal:
- Widze, ze gust masz nadal okropny.
- Oj, czlowieku, juz to przerabialismy. Mówilem ci, ze moje ubranie
musi kojarzyc sie z czyms milym i przyjemnym...
- Tak, tak, pamietam – pustelnik przerwal wypowiedz, która
zanosila sie na dluzsza i wrócil do pisania. Zapadlo milczenie,
które trwalo przez jakis czas, lecz w koncu zostalo przerwane przez
starca:
- Wiesz, zastanawiam sie jak to jest.
- Co? – Smierc zachowywal sie jak czlowiek wlasnie wyrwany ze snu
i o cos zapytany.
- No, jak to jest kiedy sie umiera.
- Tez chcialbym wiedziec – odpowiedz byla równie rozbrajajaca
jak usmiech, który jej towarzyszyl.
- Nie zartuj sobie, tylko mi powiedz – pustelnik troche sie zirytowal,
ale staral sie tego nie okazac.
- Juz niedlugo zobaczysz.
- Co ty nie powiesz – czlowiek skrzywil sie kwasno i odlozyl pióro.
- Skonczyles?
- Tak, mozesz brac sie do roboty.
Nie zwlekajac juz dluzej, Smierc podszedl do loza i, zamachnawszy sie
kosa, zadal straszliwy cios. Blyszczace ostrze przecielo szyje umierajacego
i do polowy wbilo sie w drewno, z którego wykonany byl mebel.
- Ups, troche przesadzilem – pomyslal kat, z trudem wyszarpujac
narzedzie.
Tymczasem zas, od stygnacego ciala pustelnika oddzielila sie dusza i,
czekajac na darmowy transport do nieba, smutno rozgladala sie dokola.
Nie trwalo to dlugo, gdyz juz po chwili oslepiajaca jasnosc rozlala sie
po chatce i dusza zaczela unosic sie do góry. Smierc jeszcze przez
jakis czas przygladal sie malejacej coraz bardziej sylwetce, po czym pomachal
jej, odwrócil sie na piecie i opuscil pomieszczenie.
•••••
Pomieszczenie przypominalo biblioteke, a raczej przypominaloby, gdyby
nie panujacy w ni mrok. Przy olbrzymim mahoniowym stole, znajdujacym sie
w samym sercu zastawionej regalami sali, siedzial Smierc i, jak zwykle,
przegladal jedna z lezacych na blacie ksiag. Ale tym razem cos wisialo
w powietrzu, cos nieuchwytnego i niklego, a jednak natarczywie narzucajacego
sie. I w koncu zdarzylo sie to, co pózniej przeszlo do historii
pod nazwa Dziwnych Dni. Ni stad ni zowad, Smierc zerwal sie na równe
nogi, przewrócil krzeslo i jak opetany pognal ku wyjsciu. Niczym
burza przelecial pomiedzy regalami, by wpasc w brame i ponownie wyladowac
w swiecie zywych, na za-sluzone, jak mniemal, i dlugo oczekiwane wakacje.
•••••
Kolmar siedzial na wozie i drzemal, od czasu do czasu budzac sie na moment,
gdy pojazd podskakiwal na wybojach. Szkapy wlokly sie niemilosiernie,
lecz kupiec nie zwracal na to uwagi, wiedzac, ze nic nie zmusi ich do
przyspieszenia. Dzien byl pogodny, kolejny zwyczajny dzien zwyczajnego
lata, jak mogloby sie zdawac. I nikt, a juz na pewno nie Kolmar nie mógl
spodziewac sie tych wszystkich niespodzianek, które mialy wkrótce
nastapic. Pierwszym zwiastunem niezwyklych wydarzen, który nie
tylko calkowicie oprzytomnil, ale takze niezwykle zdziwil kupca, byl widok
podróznego ubranego w rózowy plaszcz w kwiatki. Wedrowiec
szparkim krokiem zmierzal w przeciwnym kierunku i gdy mijal wóz,
zatrzymal sie, a Kolmar uslyszal zgrzytliwy glos, który pelen byl
uniesienia i nietajonej radosci:
- Witaj czlowiecze! Jak masz na imie?
- Kolmar – kupiec bezwiednie przedstawil sie i az ugryzl sie w jezyk,
wsciekly, ze dal sie zaskoczyc.
- Kolmarze, poniewaz jestes pierwsza zywa istota, która spotkalem
spelnie jedno twoje zyczenie – przybysz uniósl glowe i usmiechnal
sie szeroko.
Kupiec zas, zbaranialy, wpatrywal sie w blada pociagla twarz z pozbawionymi
zrenic oczami, jak gdyby patrzyl na ducha i nie mógl wykrztusic
slowa.
- Czego sobie zyczysz? – nieznajomy ponownie zwrócil sie
do Kolmara, który, zupelnie zbity z tropu, rozgladal sie nerwowo,
najwyrazniej rozwazajac mozliwosci ucieczki. Smierc jednak, zupelnie nie
zrazony zachowaniem rozmówcy, nalegal dalej:
- No, wypowiedz zyczenie. Chyba jest cos, czego bys chcial?
Kupiec, calkiem juz przerazony, nie mogac wymyslic nic innego i chcac
jak najszybciej pozbyc sie natreta, wypalil:
- Powiedz mi kiedy umre.
Po tych slowach zapadla cisza, która trwala dopóki podrózny,
usmiechnawszy sie ironicznie, nie odparl:
- Gorzej nie mogles trafic, ale cóz, skoro chcesz wiedziec. –
to rzeklszy pstryknal palcami i w jego reku pojawila sie gruba, oprawna
w skóre ksiega. Przerzuciwszy kilka stron i znalazlszy to czego
szukal, Smierc zdematerializowal folial i ponownie zwrócil sie
do Kolmara:
- Nie jest najlepiej. Umrzesz za dwa lata. Dla scislosci, zabija cie na
tej wlasnie drodze, gdy bedziesz przewozil towar. Zwykly napad rabunkowy.
– co powiedziawszy nieznajomy skinal oslupialemu kupcowi glowa i
ruszyl w dalsza droge, nie odwracajac sie ani razu.
•••••
Kiedy szedl droga w zapadajacym zmierzchu, który zlocil korony
drzew i wylawial niesamowite cienie, w pamieci Smiercia pojawila sie jedna
z rozmów z Armandem. Siedzial wtedy na krzesle przy stole, a pustelnik,
podobnie jak ostatnio, lezal w lózku i uwaznie sluchal jego pytania:
- Czemu ludzie zastanawiaja sie nad sensem zycia?
- Ludzie nie zastanawiaja sie nad sensem zycia, lecz go poszukuja –
sprostowal Armand. – To duza róznica. Zastanawiajac sie nad
nim musieliby zalozyc, ze istnieje i ze wystarczy tylko go odkryc, zas
poszukujac nie sa pewni czy cokolwiek odnajda.
- Tak, ale dlaczego? – nalegal Smierc.
Starzec zmierzyl go ponurym spojrzeniem i odparl:
- Widzisz, zycie bez sensu jest jak czysta, nie zapisana kartka –
puste i bez znaczenia. Nie ma zadnego celu do osiagniecia, zadnej sciezki,
która mozna by podazac. Zas zycie z sensem daje uzasadnienie dla
wkladanej w istnienie energii, ukierunkowuje ja, ksztaltuje i nadaje forme.
W takim zyciu wysilek nie jest daremny, wszystko ma swoje miejsce.
- Czyz jednak sensem zycia nie jest smierc?
- Tak, ale tylko dla niewielu. Smierc jest po prostu zakonczeniem. Gdy
czytasz ksiazke, czy oczekujesz, ze odnajdziesz jej sens w zakonczeniu?
Jest to mozliwe, lecz zazwyczaj jest on zawarty pomiedzy prologiem i epilogiem.
Podobnie jest w zyciu.
- Skoro jestes taki madry, to powiedz mi w takim razie jak powstal swiat.
– Smierc z napieciem wpatrzyl sie w starca. Ten zas spojrzal mu
w oczy i odparl:
- Specjalnie zadales to pytanie, bo wiedziales, ze nie znam odpowiedzi?
Nieznaczne, wolne skiniecie glowa.
- Istnieje wiele wersji, ale mysle, ze zadna z nich nie jest prawdziwa.
Podejrzewam tez, ze ty znasz odpowiedz.
Kolejne powolne skiniecie glowa.
- I oczywiscie mi nie powiesz.
Znowu skiniecie.
- No cóz, musze brac sie do roboty. – pustelnik uwolnil Smiercia
od spojrzenia swoich jasnych blekitnych oczu i zamierzal siegnac po lezaca
nieopodal ksiege, lecz wstrzymaly go slowa rozmówcy:
- Zaczekaj, mam jeszcze jedno pytanie.
Armand zamarl w wyczekujacej pozie i po chwili uslyszal:
- Czym jest milosc?
- Zadajesz trudne pytania – rzekl, ponownie popatrujac na Smiercia.
Ten zas usmiechnal sie i odparl:
- A ty udzielasz trudnych odpowiedzi.
Starzec odwzajemnil usmiech, po czym zamyslil sie. Po chwili jednak jego
ciche slowa poplynely przez chate niczym lekki wiosenny wietrzyk:
- Milosc to jednosc lub osamotnienie. Wszystko zalezy od stosunku do kochanej
osoby. Jezeli stawiamy ja ponad wszystko, czynimy bóstwem, oddajemy
czesc i uwielbiamy, to odsuwamy sie od innych, a nasza milosc staje sie
chorobliwa. Zamiast zblizac nas do tej ukochanej osoby izoluje nas od
niej i powoduje, ze czujemy sie samotni. Jezeli jednak nasza milosc prowadzi
do zrozumienia i obdarzenia drugiego czlowieka zaufaniem, jesli nie jest
zaborcza i platoniczna, nasza dusza moze polaczyc sie z inna dusza nierozerwalna
wiezia. To jest wlasnie to, czego wszyscy szukaja.
- Lecz czym jest sama milosc?
- Milosc to rzeka, która laczy lub rozdziela... – Armand
zawiesil na chwile glos, po czym dodal:
- A teraz odejdz prosze, chce poswiecic sie mojej pracy.
Smierc rozwazal to co wtedy uslyszal i pomyslal:
„Szkoda, ze nie mielismy wiecej czasu by rozmawiac, naprawde szkoda.”
•••••
Nikt nic nie uslyszal, nikt nic nie zobaczyl, nikt niczego nie poczul.
Ciemna sylwetka przypominajaca cien wylonila sie z mroku prowadzacej do
miasta drogi i kompletnie zaskoczyla wartowników. Mimo to jeden
z gwardzistów, szybko odzyskawszy zimna krew, zawolal:
- Stój, kto idzie!?
Postac zatrzymala sie poza kregiem swiatla padajacego z umieszczonych
po obu stronach bramy latarni i odparla:
- Podrózny.
- Przykro mi wedrowcze, ale nie mozna dostac sie do miasta po zmroku.
Bedziesz musial poczekac az wzejdzie slonce.
- Dlaczego?
- Jak to dlaczego? Ze wzgledów bezpieczenstwa.
- Czyjego?
- Zadajesz dziwne pytania – zolnierz, nabrawszy jakichs podejrzen,
postapil krok naprzód, chcac przyjrzec sie nieznajomemu. –
Po prostu odejdz i wróc tutaj... – straznik nie dokonczyl,
gdyz postac wkroczyla w obreb swiatla i, nim oslupiali wartownicy zdazyli
zareagowac, szybkim krokiem dotarla do bramy. Jeszcze przez chwile sie
wahala, po czym w niesamowitej ciszy bezszelestnie przekroczyla wrota,
jak gdyby byly otwarte na osciez.
Zolnierze zas, podobni do marmurowych posagów, z otwartymi szeroko
ustami wpatrywali sie w nienaruszona i zamknieta od wewnatrz brame. Stali
by tak pewnie jeszcze dosc dlugo, gdyby zachmurzone niebo nie rozjasnilo
sie nagle blyskawica, której towarzyszyl straszliwy huk grzmotu.
Bez zadnego ostrzezenia lunal deszcz, bebniac o zbroje i rozbryzgujac
zalegajacy droge piach. Wraz z pierwszymi chlodnymi kroplami straznicy
ockneli sie i dowódca warty zakrzyknal w strone murów:
- Hej, Lars! Zlaz tu natychmiast i zastap mnie. Musze isc do kapitana.
•••••
- Imówisz, ze przeszedl przez brame jak duch?
- Tak, panie kapitanie. – wartownik nadal zdawal sie byc pod wrazeniem
tego, co zobaczyl. Jego nienaturalnie blada twarz wyrazala obawe i nie
wiadomo bylo czy to strach przed przelozonym, czy przed niezrozumialym
i nadnaturalnym.
Surowe oblicze dowódcy miejskiej gwardii zwrócilo sie w
strone straznika i, osadzone w nim, przenikliwe oczy, z obrazliwa niemalze
natarczywoscia zaczely wpatrywac sie w delikwenta. Po chwili jednak, zupelnie
niespodziewanie, kapitan podszedl do zolnierza i, chwyciwszy go oburacz
za glowe, zapytal:
- Powiedz mi, Anton, ile ty dzisiaj wypiles?
Gwardzista, w pierwszej chwili przerazony niezwykla reakcja dowódcy,
odetchnal z ulga i wykrztusil:
- Alez ani kropelki, panie kapitanie! Przeciez wie pan, ze ja przed warta
nigdy... – nie skonczyl, gdyz dowódca odepchnal go ze zniecierpliwieniem
i zaczal nerwowo przechadzac sie po sali.
- I jestes pewny, ze ci sie nie przywidzialo? Ubrany byl w rózowy
plaszcz w kwiatki?
- Jak bogów kocham, sir. Inni tez go widzieli.
Zapadla cisza, w której kroki kapitana niosly sie echem pod sufitem,
przyprawiajac Antona o dreszcze. Jednak zolnierz nie smial przerwac milczenia
i stal tak majac wrazenie, ze czas rozciaga sie w nieskonczonosc. W koncu
jednak przelozony zatrzymal sie i rzekl:
- Zarzadz alarm – tu jego ruchliwe oczka znów spoczely na
strazniku. – Ale jesli okaze sie, ze cos sobie uroiles... to wspólczuje.
Mozesz odejsc.
- Tak jest, kapitanie! – wartownik wyprezyl sie jak struna, po czym
odwrócil sie na piecie i wymaszerowal z komnaty. Zostawszy sam,
kapitan usiadl przy stole, podparl glowe rekoma i mruknal:
- W tym cholernym miescie zdecydowanie za duzo sie dzieje.
•••••
Bogowie byli wsciekli. Oderwani od swoich zajec i zmuszeni do stawienia
sie na zebraniu, rozmawiali podniesionymi glosami w oczekiwaniu na przybycie
Torna. Z ich slów przebijala irytacja i rozdraznienie, tak dziwne
w sytuacji, gdy czas poswiecony na zgromadzenie byl zaledwie kropla w
morzu ich wiecznego zycia. Cóz jednak zrobic, taka jest natura
bogów i nic tego nie zmieni. Najmniej znaczace rzeczy czesto staja
sie dla nich przyczyna najbardziej gwaltownych emocji. I nie ma wtedy
znaczenia, ze cos przerwalo monotonie niesmiertelnosci, nie ma znaczenia,
ze nastapila jakas odmiana. Gdyz bogowie wrosli juz w schematy i stereotypy
i pomimo swej wszechmocy nie potrafia sie z nich wyzwolic.
Dlatego tez, przybywszy w wyznaczone przez siebie miejsce, Torn nie zdziwil
sie za bardzo, gdy wszyscy zwrócili sie do niego, niemal jednoczesnie
wykrzykujac pytanie: „O co tu chodzi?”. Wybrany na przywódce
bóg madrosci i prawa nie przejal sie tym zbytnio i spokojnie zasiadl
na, przygotowanym zawczasu, pieknym krzesle. Obdarzywszy towarzyszy promiennym
usmiechem poprosil o cisze i dopiero gdy zaleglo calkowite milczenie przystapil
do wyjasnien:
- Z waszej reakcji wnioskuje, ze nie interesujecie sie zupelnie tym, co
dzieje sie na ziemi i w pewnym niezbyt odleglym stad miejscu. Otóz
oswiece was. Dobrze znany nam wszystkim jegomosc – Smierc –
ni stad ni zowad postanowil zrobic sobie wakacje.
Tu Torn przerwal i przez chwile rozkoszowal sie zaskoczonym milczeniem
sluchaczy.
- Zupelnie nie mam pojecia co mu strzelilo do glowy, ale sprawa jest powazna
i chce prosic was o rade. Zgodnie z przewidywaniami, w tym momencie rozpetalo
sie prawdziwe pieklo. Tak jak przed chwila slychac bylo tylko glos Torna,
tak nagle rozbrzmialo ich kilkanascie. Bogowie przekrzykiwali sie nawzajem
powodujac taki halas, ze ich przywódca skrzywil sie kwasno i zdecydowanym
ruchem reki uciszyl wszystkich.
- Widze, ze musimy zabawic sie w przedszkole. Kto chce cos powiedziec
niech podniesie reke.
Pierwszy prawo glosu otrzymal Melanos, bóg rozsadku i wolnej woli:
- Powiedziales, ze Smierc zrobil sobie wakacje. To znaczy?
- Po prostu opuscil swoja biblioteke i przebywa w swiecie zywych, co jest
jednoznaczne z zaniedbaniem obowiazków.
- Czy jestes jednak pewien, ze nie jest to tylko krótka przerwa?
– autorem kolejnego pytania byla Nansis, bogini przyrody.
- Nie ma znaczenia, czy przerwa bedzie krótka czy nie. W przeciagu
ostatnich kilku godzin powinno umrzec wielu ludzi, którzy mimo
to nadal zyja. Cala ta sytuacja grozi zachwianiem równowagi i jest
po prostu zalosna. Kto to widzial, zeby Smierc robil sobie wakacje?
- Co jednak mozemy zrobic? – ponownie wtracil sie Melanos.
Zapadla krótka cisza, która przerwal Darg, bóg wojny
i zniszczenia:
- Musimy czekac. Moglibysmy go wprawdzie unicestwic, co samo w sobie byloby
juz trudne, lecz nie mielibysmy kogo postawic na jego miejsce.
- W takim razie co z nas za bogowie, jesli musimy ulec kaprysowi jakiegos
Smiercia, któremu znudzila sie jego praca?
Na to pytanie Jestera – boga dobrego humoru i dowcipu – nikt
nie odpowiedzial. Wszyscy zaczeli spogladac po sobie z zaklopotaniem,
po czym wszystkie oczy zwrócily sie na Torna. Ten zas rzekl:
- Darg ma racje, nic nie mozemy poradzic. Jedynym rozwiazaniem jest robienie
dobrej miny do zlej gry. Postaram sie jakos przekonac Smiercia, ze zle
robi, a potem, no cóz, potem bedziemy mogli tylko czekac.
•••••
Smierc, nieco rozbawiony zaistniala sytuacja, szybko przemierzal mroczne
zaulki miasta. Padajacy deszcz zupelnie mu nie przeszkadzal, ale z ciekawosci
i checi dostosowania sie do panujacych realiów, postanowil znalezc
jakas karczme. A poniewaz zadanie nie bylo zbyt trudne, juz wkrótce
usiadl przy wcisnietym w kat stoliku w typowej gospodzie, z typowym karczmarzem
i typowa o tej porze iloscia gosci. Rozparlszy sie wygodnie na lawie,
zamierzal oddac sie obserwacjom, ale z zaskoczeniem stwierdzil, ze gospodarz
pojawil sie przy nim i klaniajac sie w pas pyta, co podac. Bardziej z
uprzejmosci niz rzeczywistej checi napicia sie, zamówil piwo, po
czym juz bez przeszkód zaczal rozgladac sie dokola.
Nie zatrzymal zbyt dlugo wzroku na kilkunastu rozmawiajacych glosno mieszczuchach,
jego uwage przykul natomiast siedzacy w drugim koncu sali jegomosc. Ubrany
w podniszczona peleryne i slomiany kapelusz, czlowiek ten zupelnie nie
pasowal do otoczenia i, co zupelnie zbilo Smiercia z tropu, od czasu do
czasu podnosil glowe znad swojego kufla, by zerknac dyskretnie w jego
kierunku. Wreszcie zas, skonczywszy piwo i zostawiwszy barmanowi zaplate,
zamiast ku drzwiom nieznajomy ruszyl prosto w strone stolika, przy którym
siedzial Smierc. Zblizywszy sie i jeszcze raz dokladnie przyjrzawszy postaci
w kapturze, uprzejmym, lecz lekko zachrypnietym glosem, zapytal czy moze
sie przysiasc.
- Prosze bardzo – Smierc, który na moment zapomnial jezyka
w gebie pospieszyl z odpowiedzia. – Czy ma pan do mnie jakis interes?
Przybysz przez chwile milczal, swidrujac jadowicie zielonymi oczami zalegajacy
pod kapturem cien, po czym odrzekl:
- Jesli jestes Smierc to tak.
Tego juz bylo za wiele. Smierc wydal z siebie ni to jek, ni to westchnienie
i, nie mogac nic powiedziec, z wybaluszonymi oczami wpatrywal sie w rozmówce.
Ten zas, jak gdyby nigdy nic powtórzyl pytanie:
- No wiec jak, jestes nim, czy nie?
- Jestem – Smierc zdolal wreszcie cos wykrztusic i zaraz dodal:
- Ale skad ci to przyszlo do glowy?
- Nie bede owijal w bawelne. Bardzo nam sie, bogom, nie podoba twoje postepowanie
i jestem tu, zeby cie ostrzec. To co robisz nie jest praca, w której
mozna sobie wziac urlop, czy zrobic wakacje. Spoczywa na tobie ogromna
odpowiedzialnosc, a ty wlasnie naduzywasz zaufania. To sie moze zle skonczyc
i to glównie dla ciebie, dlatego sie nad tym wszystkim porzadnie
zastanów.
To powiedziawszy, nieznajomy wstal i szybko opuscil sale, zostawiajac
zszokowanego Smiercia sam na sam z nie lada problemami.
•••••
Wyszedlszy na ulice i odetchnawszy rzeskim, wieczornym powietrzem, Smierc
niemalze zapomnial o niedawnej rozmowie. A poniewaz deszcz przestal juz
padac, on zas nie mial nic innego do roboty, postanowil sie przejsc. Nie
uszedl jednak daleko, gdy droge zagrodzily mu trzy postacie, które
nie wiadomo jak i kiedy, bezszelestnie wylonily sie z cienia. W swietle
ksiezyca blysnely noze i do uszu Smiercia dobiegl cichy syk:
- Niezbyt to rozsadne wlóczyc sie po nocy, nieznajomy. Latwo mozna
znalezc klopoty. Przygotuj sie na spotkanie ze smiercia.
- Nie moge. – odpowiedz byla intrygujaca i szykujaca sie juz do
ataku postac, odwlekajac nieuniknione, zapytala:
- Dlaczego?
- Bo to ja jestem Smierc.
Po tych slowach napastnik rozesmial sie cicho i rzekl do towarzyszy:
- Slyszeliscie go, facet uwaza sie za smierc.
Poniewaz jednak odpowiedzialo mu milczenie, ponownie zwrócil sie
do ofiary, lekko drzacym z rozbawienia glosem:
- Skoro jestes smiercia, to gdzie masz kose?
- Zostawilem w domu.
- Zostawil w domu, zostawil kose w domu! – postac zaniosla sie niepowstrzymanym
smiechem, niemalze zataczajac sie do tylu. Szybko jednak opanowala sie
i juz calkiem powaznie spytala:
- A czy móglbys zabic mnie skinieniem reki?
- Móglbym.
- Wiec lepiej zrób to szybko, gdyz zaraz moze byc za pózno.
Jeszcze nim przebrzmialy ostatnie slowa, postac nieznacznie skinela dlonia
i trzy cienie blyskawicznie rzucily sie w kierunku Smiercia. W tym samym
jednak momencie Smierc wyciagnal reke, a przywódca rzezimieszków,
zatrzymawszy sie w pól kroku, chwycil sie za gardlo. Jego towarzysze,
zupelnie zaskoczeni obrotem sprawy, zrezygnowali z ataku i jak zahipnotyzowani
wpatrywali sie w zwijajace sie w agonii cialo. Smierc przez chwile spogladal
na nich, po czym rzucil:
- Lepiej stad zmykajcie, jesli nie chcecie skonczyc tak jak on.
Rabusiom nie trzeba bylo dwa razy powtarzac. Odwrócili sie jak
na komende i z predkoscia wiatru pomkneli przed siebie, byle dalej od
tego okropnego miejsca i tego dziwnego, niebezpiecznego czlowieka. Smierc
zas, przekroczywszy trupa napastnika, kontynuowal spacer po mokrych, pelnych
kaluz ulicach. Szarosc switu wydobywala z mroku niewyrazne zarysy okolicznych
domów, które w porannej mgle zdawaly sie zupelnie nierealne
i bardzo odlegle. Jednak juz wkrótce pierwsze niesmiale promienie
slonca przedarly sie przez zaslone chmur i ozlocily dachy kamienic wprawiajac
wedrowca w niemy zachwyt. Zatrzymawszy sie na srodku ulicy, Smierc podziwial
gre kolorów i blasków, a jego usta bezwiednie powtarzaly
trzy slowa:
- Zycie jest piekne.
•••••
Dwie armie staly naprzeciw siebie, prezne i zwarte, w kazdej chwili gotowe
rzucic sie do boju z okrzykiem na ustach. Szeregi zolnierzy ubranych w
polyskujace zbroje pokrywaly równine jak rozrzucone po ziemi brylanty,
nerwowe i niecierpliwie rwace sie do walki. Dowódcy dokonali ostatniego
przegladu wojsk, zabrzmialy trabki i armie poplynely przez pole niczym
wezbrane fale, walczace w morzu i tryskajace piana. Juz wkrótce
zgielk bitewny wzniósl sie ponad doline – szczek mieczy,
zgrzyt stali o stal, wsciekle okrzyki walczacych. Jednak ciosy toporów
i wlóczni, przebijajace cialo i druzgoczace kosci nie zabijaly,
nikt nie padal na ziemie, nikt nie odczuwal ran, które powinny
byc smiertelne. Zdziwienie ogarnelo ludzi, którzy jeden po drugim
zaprzestawali walki i zaczeli zastanawiac sie nad niepraw-dopodobnym zdarzeniem.
Ale nikt, nawet w najsmielszych wyobrazeniach nie przypuszczal, ze to
Smierc zrobil sobie wakacje.