David Steward


Brujah

Nazywam sie Steward, David Steward. Jestem Brujah.
Zostalem przeistoczony 8 grudnia 1983 roku. Byl to raczej przypadek, niz swiadoma transformacja...

Od czego by to zaczac ? Moze od tego iz niegdys bylem dobrym kierowca, naprawde dobrym. Próbowalem nawet swych sil w rajdach samochodowych, lecz niestety moja tusza uniemozliwiala mi zrobienie prawdziwej kariery w wyscigach. Zamiast tego zostalem taksiarzem. To mi nie wystarczalo – zawsze kochalem ryzyko, a praca na taryfie to najwieksza nuda jaka znam. Ostatecznie podlapalem prace jako kierowca ambulansu. To nie to samo co rajdy, lecz cóz poczac – praca byla, a i moje zdolnosci sie na cos przydaly. No cóz, przydaloby sie dodac, iz to wlasnie przez jazde ambulansem zostalem przeistoczony. Podczas jednego z nocnych dyzurów jakis punk na motorze zajechal mi droge. Nie moglem nic zrobic – wyjechal zza rogu ignorujac znak stopu. Nie slyszal sygnalu, widocznie sluchal walkmana. Koles nie mial szans – przebil glowa przednia szybe karetki, tak ze jego mózg ochlapal mi kurtke. Ze mna bylo nie lepiej; motocykl wpadl pod kola, a ja stracilem panowanie nad wozem i uderzylem w latarnie. Nie to bylo jednak najgorsze – cos rozwalilo mi szyje! Nie wiem co to bylo – odlamek szkla, wycieraczka czy tez kolczyk punka, wiem tylko ze ostro krwawilem i zaczalem tracic przytomnosc. Mike, lekarz z którym od dawna jezdzilem staral sie mi pomóc, lecz tamowanie krwotoku nic nie pomagalo. Moglo mnie uratowac jedynie natychmiastowe przetoczenie krwi. Stracilem przytomnosc...

... ocknalem sie nakryty przescieradlem. Cale cialo mnie palilo, nie moglem sie poruszyc, przestalem nawet oddychac. Znów zemdlalem. Gdy ponownie oprzytomnialem swiatlo bylo zapalone, lecz twarz nadal mialem zakryta. Ktos krecil sie po pomieszczeniu. Postanowilem nie dac poznac, ze jestem przytomny. Jak sie pózniej okazalo madrze zrobilem. Slyszalem jakiegos mezczyzne nucacego cos pod nosem. Zdawalo mi sie, ze mówi cos po lacinie, a mimo iz nie rozumialem jego slów, to co mówil przerazalo nie. Pomyslalem sobie ,ze moze jest to ksiadz który przyszedl z ostatnim namaszczeniem dla kogos, kto zmarl na lózku obok. Gdy mezczyzna wyszedl zgaslo swiatlo. Dopiero po pewnym czasie zdecydowalem sie podniesc. Zdziwilo mnie nieco, ze pod przescieradlem nie robilo mi sie duszno. Zdziwilo mnie w ogóle to iz przykryli mi twarz. Nie chcialo mi sie wtedy nad tym zastanawiac. Obmacalem swoja szyje – ledwo wyczuwalem blizne, nawet prawie nie bolala, widocznie srodki znieczulajace jeszcze dzialaly. Ostroznie wstalem, krecilo mi sie w glowie i nie chcialem sie przewrócic. Kolejna rzecz która mnie zdziwila to fakt iz bylem kompletnie nagi i mialem karteczke na duzym palcu u nogi, której z poczatku nie zauwazylem. Dziwne; wszyscy pacjenci, nawet ci w spiaczce ubierani byli w pizamy szpitalne. Niedopatrzenie – pomyslalem, lecz nawet niedopatrzenie nie usprawiedliwia karteczki na nodze! Glupi zart czy co ? W koncu namacalem kontakt na scianie. Gdy wlaczylem swiatlo zdziwilem sie jeszcze bardziej – BYLEM W KOSTNICY !!! Zaraz, zaraz - pomyslalem – to da sie wytlumaczyc. Przeciez zdarzaly sie przypadki, kiedy to na pozór zmarly nagle ozywal. Zdarzalo sie równiez, ze ozywal dopiero pogrzebany, co mi na szczescie sie nie zdarzylo. Gdy pierwszy szok minal, poszukalem czegos do ubrania sie. Na szczescie na krzesle lezal zielonkawy strój jakiegos koronela. Byl na mnie nieco szczuply, lecz przynajmniej nie chodzilem nago. Wtedy go ujrzalem. Na lózku sasiednim do mojego lezal trup z jakims kolkiem wbitym w piers. Widok mnie przerazil, lecz w koncu czego sie spodziewac w kostnicy jesli nie róznego rodzaju trupów ( takich jak ja chociazby ). Podszedlem do niego, nie wiem czemu lecz podszedlem. Zelazny kolek wbity w jego piers pokryty byl jakimis dziwnymi znakami, podobnymi do tych, które mial na czole. Tuz obok kolka lezala na jego piersi fotografia jakiegos faceta o surowej twarzy z wystajacymi koscmi policzkowymi. Oczy mezczyzny byly narkotyczne, zimne a jednoczesnie glebokie, zdawal sie patrzec w dal. Tyle zdolalem zauwazyc, gdyz trup nagle sie poruszyl. Otworzyl oczy i usta , wygladal jakby chcial krzyczec. Znaki na jego czole rozjarzyly sie, a kolek stanal w plomieniach. Momentalnie caly „martwiak” zaczal sie palic. Plomienie musnely moja twarz. Krzyknalem i odskoczylem do tylu. Wtedy wpadlem na jakas tace z narzedziami i jeden ze skalpeli wbil sie mi w reke. Wyrwalem go z wsciekloscia, lecz ku mojemu przerazeniu wcale nie krwawilem. Wtedy to zauwazylem, ze moje serce nie bije. Nagle wpadl do pokoju jakis pielegniarz. Szybko zlapal jakas gasnice i ugasil gorejacego trupa, a raczej palacy sie stól gdyz po zmarlym nie zostal nawet szkielet. Widzac moje przerazenie podbiegl do mnie i spytal co ze mna. Mnie w sumie nic nie bylo, lecz pielegniarz przezyl tylko dla tego, ze byl na terenie szpitala i szybko uzyskal pomoc. Tak zaatakowalem go, pilem jego krew. Nie panowalem nad soba – opanowal mnie instynkt i zadza krwi. Szybko nadbiegl ktos inny, a ja ucieklem...

Nie wiedzialem co z soba poczac. Wlóczylem sie bez celu po ulicy. Ludzie na widok oszalalego wariata w zakrwawionym stroju szpitalnym uciekali. Madrze robili – nie panowalem nad soba. W koncu ukrylem sie w kanalach. To bylo dziwne – wraz z nastaniem switu, choc nie widzialem slonca, opanowalo mnie dziwne znuzenie. Nie walczylem z tym, zapadlem w letarg. Slabosc minela wraz z nadejsciem zmroku. Spedzilem w kanalach kolejna noc i jaszcze jeden dzien. Gdy znów dopadl mnie glód, wyszedlem na ulice i ponownie zapolowalem. Moim lupem padl jakis punk, zabilem go. Wcale nie bylo mi go zal – zanim go dorwalem próbowal zgwalcic jakas dziewczyne, dostal to na co zasluzyl. Jednego smiecia na ulicy mniej. Nieswiadomy niczego, w stroju punka, zszedlem do kanalów.

Odnalazl mnie La Cruea – Tremere. Mialem szczescie, ze to wlasnie on mnie wytropil. Kazdy inny zabilby mnie bez zadawania pytan. Tremere mial jednak co do mnie inne plany. Powiedzial: „Zapadl na Ciebie wyrok. Pozwole Ci zyc. Chcesz zyc? Jesli tak - nie zadawaj pytan i choc ze mna, przydasz mi sie. Masz olbrzymia moc i nie ma po co jej marnowac zabijajac cie. Wymagam slepego posluszenstwa, w zamian daruje ci zycie... wieczne zycie.” Zgodzilem sie. Nie dla tego, ze tak mi podpowiadal instynkt przetrwania, lecz dla tego, ze chcialem dowiedziec sie co sie ze mna stalo.

Zabral mnie do swojej kryjówki, skad po pewnym czasie wyjechalismy do Europy. Osiedlilismy sie we Francji, w jednym z zamków jego „ojca”, gdzie trzymal mnie w izolacji od swiata.

Z czasem udalo mi sie dowiedziec prawdy o swoim pochodzeniu. Bylo to ryzykowne lecz musialem wiedziec, co wydarzylo sie po wypadku. Punk, którego zabilem byl wtyczka wsród Brujah jakiegos waznego Ventrue. Wtedy ogloszono Krwawe Lowy. Na moje szczescie nikt nie wiedzial o moim istnieniu. Nikt prócz mojego „ojca”, którego zreszta przez ulamek sekundy widzialem – to ten zniszczony wampir z kostnicy. La Cruea wysledzil mnie wlasciwie tylko przez przypadek. Dowiedzialem tez sie dla czego mnie nie zabil. Uratowalo mnie pochodzenie z VIII pokolenia. Dla La Cruea’y przedstawialem jedna wartosc: bylem dobrym materialem dla jego rytualów. Nie chcial jednak, by ktos wiedzial o rytualach jego i jego ojca, dla tego tez mnie ukrywal. Jak sie okazalo dobrze zrobil. Okazalo sie, ze linia krwi mojego ojca byla przesladowana przez jakiegos lowce. Nie wiem dokladnie o co chodzilo, prawdopodobnie o zemste, wazne jest to iz pozostalem ostatnim „zywym” z rodu. Przypuszczalnie gdyby mój przybrany ojciec nie zatail mojego istnienia, obu nas spalilby lowca.

Czas plynal, a ja uczylem sie o Rodzinie i jej prawach. Z czasem, jak kazdy wampir, stracilem swa tusze i stalem sie niezwykle zreczny. Zachowalem przy tym swa sile, powiekszona jeszcze wampirzymi mocami. Wtedy mój ojczym znalazl dla mnie jeszcze jedna role – zrobil ze mnie swego egzekutora. Uczyl mnie walki i powiedzial, jak wykorzystywac moje moce. Wkrótce okazalo sie, ze jestem w tym dobry. Zawsze bylem odwazny, lecz teraz stalem sie wrecz nieustraszony. Trzeba przyznac – przemiana dobrze mi zrobila: z wiecznie czerwonego na twarzy grubasa, o pocacych sie dloniach, przeistoczylem sie w dobrze zbudowanego blondyna.

W polowie lat osiemdziesiatych, gdy pojawily 386-i, zainteresowalem sie komputerami. Poczatkowo bylo to zwykle granie spowodowane nuda, gdy wyjezdzal La Cruea, lecz po pewnym czasie zaczalem programowac. W tym tez okazalem sie byc dobry. W 1995r zainstalowalem sobie polaczenie z internetem, wtedy tez swiat stanal dla mnie otworem. Zaczalem zarabiac piszac artykuly dla prasy komputerowej, zainteresowalem sie tez lamaniem zabezpieczen. Nieraz udalo mi sie niezle zarobic wykradajac tajne dane.

Zlecenia dawane mi przez La Cruee oraz jego ojca nie mogly ujsc uwadze europejskiej Rodzinie, tym bardziej iz ofiarami nieznanego sprawcy padali coraz wazniejsi Keinici, nie wspominajac juz o ludzkich ofiarach „nozownika” (tak nazwala mnie francuska prasa po jednym z zamachów ). Podejrzenia, zreszta slusznie, padaly na ojca La Cruea’y, gdyz to wlasnie on najwiecej ze mnie korzystal. Pod koniec 1998r dostalem ostatnie, specjalne, zadanie – mialem zabic ksiecia Paryza i na dobre zniknac z Europy. Zadanie nie mialo byc latwe, dlatego zostalem wyposazony w rezultat badan La Cruea’y - eliksiry czasowo zwiekszajace moce. Zadanie sie powiodlo, mój przybrany dziadek przejal wladze w miescie, a ja znów musialem sie ukrywac. Nie mialem co liczyc na jego protektorat, musialem emigrowac.

Ucieklem do stanów. Nikt o mnie tu nie slyszal, latwo wiec mi bylo zataic swoje pochodzenie i swoja przeszlosc. Tak jak istnienie Rodziny zalezy od Maskarady, tak moje istnienie zalezy od ukrywania tozsamosci. Przyjalem imie David Steward i zyje pod przykrywka bycia pariasem.

Inne cechy: scigany (-4), mroczna tajemnica (-1), nienawisc
Imie: David Steward
Natura: Bojownik / Ryzykant
Postawa: Skryty
Klan: Brujah (True)
Pokolenie: VIII -1


by soczek