»publikacje | 'blisko a daleko'  aleksandra bugajak 

"matka natura wyraźnie zadrwiła sobie ze mnie obsadzając mnie w teatrze życia  w czasach współczesnych. powinnam raczej zachwycając się śpiewem ordonki wtykać  pawie pióra za kulisami "qui pro quo". czym jest dla mnie poezja...? wentylem  bezpieczeństwa, drogą, którą uciec od codzienności, pokazać to co niezauważone, 
a jakże piękne." takimi słowami opisuje się na rewersie okładki tomiku, autorka aleksandra 
bugajak. zamieszczone w nim 32 wiersze prezentują pełen przekrój przez wachlarz kobiecych emocji, rozterek, zwątpień. przewodnim tematem jest tajemniczy on, każący czekać na siebie, będący spełnieniem wszystkich  marzeń a później już jedynie raną jątrzącą się co wieczór. rozważania na temat bólu, cierpienia przeplatają się z malowanymi słowem krajobrazami gór, będących jednocześnie remedium na żal 
i odrzucenie. z drugiej strony ola przygląda się uważnie swojej potłuczonej świadomości zastawiając 
się nad zamętem, szczęściem, radością, utykając gdzie niegdzie odniesienie do mitów i starożytności. tomik wydany 24tego stycznia 2004 roku przez bałucki ośrodek kultury. [mat]

 

projekt okładki: henryk maciaszczyk

DOŚĆ
Mam już dość patrzenia na zegarek
Odgrzewania ciągle zupy, czekania, czekania
Na Ciebie
Na Ciebie orła ,który w moich dłoniach staję się małym pisklęciem, który
Nie potrafi nawet latać. Tamto co było te chwile....
Gdy nosiłeś mnie na rękach i sypałeś kwiaty pod nogi minął?
Minął?!
Jak to możliwe żebyś się tak zmienił 

 

TAŃCZĄC NA SZCZYTACH 

Lekko dotykając stopami szczytów 

Unoszę się na mgle wraz z rytmem potoku 

Cichutko płynącego u stóp gór 

Podajesz mi rękę by wznieść się wyżej 

Nad rzeczywistość nad mosty nad miasta... 

Serce na tej wysokości bije inaczej 

Szybciej, bardziej wyraźnie, bardziej dla Ciebie 

Mgła unosząc się zaprasza do tańca 

Potok wygrywa melodie najbliższe duszy 

Stopy mięciutko zaczynają falować. 

Teraz istniejemy tylko dla siebie. 
Góry przenikają nasze ciała, serca, dusze 

Nie ma nas jesteśmy mgłą lekkim falowaniem wiatru 

 

DZIECKO
Każdy dzień przykrywa czarną płachtą
Wiarę w istnienie jakiegoś radosnego promienia słońca
Słońce????!!!
Moje zgasło
Z dniem gdy słodkiemu bobasowi zabrano lizaka
Zabawkę, którą nie zdążył się nacieszyć
Z krainy baśni strącono go na bruk rzeczywistości
Z dnia na dzień zabrano mu nadzieję
W miłość, szczerość, radość, szczęście
Już nie potrafi się cieszyć tak jak dawniej
Choć pozornie nie zmieniło się w ogóle
Każdy następny krok przeraża go coraz bardziej
Nie wie czy będzie w stanie zaangażować się jeszcze kiedyś
Ale bardzo chce i czeka
A czy takie dziecko nie siedzi cichutko i w Tobie???
Pomóż mu 

 

LALECZKA

I znów wtrąciłeś mnie w lochy rozpaczy
Dlaczego?!
Bawić się ludzkimi uczuciami potrafisz jak nikt
Ty! Co patrzysz z góry
Ty! Co w ręku dzierżysz sznureczki losu każdego z nas
Za mocno pociągnąłeś swoją pacynkę
Upadła.......
Boleśnie znów
Czy tak trudno utrzymać laleczki??!
Daj ja spróbuje
Wezmę w końcu los we własne ręce
O! Losie niemiłosierny
Pokazujesz światło w tunelu, świecisz w oczy
A gdy biegnę- gaśnie
Niech już pozostanę w ciemności
Do której jestem tak przyzwyczajona jak nikt
Niech źrenice rozszerzone nie są oślepiane
coraz to nową smugą światła
Dość!!!!!!!!!!!! 

 

MARZENIE
Jesteś tam gdzieś! Musisz być!
Czekasz, wstawiasz wodę na herbatę i czekasz
Aż z radosnym uśmiechem wpadnę Ci w ramiona.
Mój wyśniony, wymarzony, wytęskniony
Nie musisz być piękny jak Apollo
Zwinny i silny jak Herkules
Ani waleczny jak Zeus
Nie musisz być bogiem
Po prostu bądź moim schronieniem, moją bezpieczną przystanią
Ciepłym kocem otulającym w dni niepogodne
Bądź
Po prostu bądź zwykłym człowiekiem 

 

NIE DALEKO
Po raz kolejny maluję Twój obraz w myślach
Dłonią odgarniam kosmyk włosów z czoła,
Kreślę delikatnie rysy twarzy w powietrzu
Jesteś daleko mój Jedyny nie znam nawet Twojego imienia
Ale wiem ,że jesteś bo czuje to gdy zamykam oczy
Wiem , że Ty wtedy myślisz mnie i także czekasz
I tęsknisz do momentu spotkania
Będzie wtedy pełnia i bez odurzająco pachnący
Twoje ręce splecione z moimi jak gałązki winogrona
Czekam na Ciebie i wiem
Że nie daleko mi jest już do
Nas 

 

MÓJ OLIMP (ZNÓW)
Znów czarne chmury
Zbierają się nad moim Olimpem
Znów łzy i rozpacz
Jak dzikie zwierze szarpią ciało
Każdy oddech boli coraz bardziej
Powietrze łapczywie chwytane
Wdziera się do płuc
Niczym stos małych igiełek
Wbijających się nie miłosiernie w skórę
Znów wszystko runęło
Tak misternie budowane kamień po kamieniu
Czy muszę z syzyfową cierpliwością
Powtarzać te same błędy?!!!!
Te same kroki, potykać się i wstawać wciąż na nowo
I jeszcze Ty mój umiłowany
Gdzieś w tle świadomości istniejesz
Ile razy w takich chwilach wydawało mi się,
Że Cię widzę
Choć nie chcę już wcale
Nie pomaga mi to już
Kiedyś tak bo karmiłam się nadzieją jak mlekiem matki
Teraz gdy nadzieję przeciąłeś jak węzeł gordyjski
Nie przychodź do mnie
Nie pocieszaj, nie mów ani słowa
Muszę znów teraz już sama doprowadzić do równowagi
Mój Olimp
I znowu będzie słonecznie.... 

 

NOC W GÓRACH (CHWILO TRWAJ!!!!!!) 

Szczyty gór, wiatr roznoszący

Zapach porannej rosy wraz z Twą odurzającą wonią

Pieszczą delikatnie moje nozdrza. 

Otwieram powoli oczy by sprawdzić czy to nie sen 

Nie! Jesteś tu, chodzisz po cichu 

Na palcach aby nie zbudzić tej nocy. 

Magicznej, bardziej gwieździstej niż zwykle. 

Tak odległej od rzeczywistości. 

Blask miliona gwiazd odbijających 

Się w Twoich oczach sprawia, że nic nie jest ważne. 

Nic prócz gór, Twoich ramion, wierzchołków drzew 

Szemrzącego potoku rytmicznie pluskającego w dole 

Patrząc w Twe oczy nie chcę niczego więcej tylko.... 

Zatrzymać tę chwilę na wieczność 


POTŁUCZONA ŚWIADOMOŚĆ
Zwidy, mary po głowie
Trzepoczące myśli plączą się nie pokornie
Patrząc w lustro widzę twarz w rozciągniętym grymasie
Zmęczenie, sen, brak, snu mocna kawa, kawałki świadomości
Staram się poskładać drżącymi rękoma
Upadła....
Potłuczona do końca świadomość 

 

PUSZKA PANDORY 

Puszka Pandory....Otwórz nie bój się

Choroby..? Zaraza...? Klęski...?Ludzkość przetrwa wszystko

Czego boisz się....?Wreszcie ujrzysz wrogów w agonii

A przyjaciół... masz przyjaciół...?....

Tak! zdecydowanie zacznij, rozgarniać ziemię

rozszarpywać korzenie wieków krwawiącymi rękami

A ja? Pytasz .....
Ty przetrwasz, jesteś wielki... człowieku

Dzierżysz losy całej rzeszy ludzi

W swych spracowanych rękach

Wreszcie jest! Cel Twej zemsty
Otwierasz powoli.....
Coś błyszczy na dnie.........?........
Zwierciadło......     

   
RANA
Zobaczyłam mój ideał
Naprawdę
Uwierz mi
Gdy spojrzałam pierwszy raz łzy radości
zupełnie nieoczekiwanie pojawiły się na policzkach
z drżeniem rąk podeszłam
I On także miał oczy pełne łez
Jak ja to dobrze pamiętam
Każdy gest słowo
Najmniejsze mrugnięcie
Przez ten krótki okres Ty
Byłeś moim światem
Moimi marzeniami
Moją przyszłością
Każde Twoje słowo
Było dla mnie wyrocznią
Ja silna Lwica!
Stałam się nagle
Kociakiem który biega
za swoim kolorowym kłębkiem włóczki
Gdzie podziała się ta lwica pytam teraz?
Może gdyby kociak nie zwyciężył
Rana nie była by tak głęboka
Nie wiedziałam, że
Ktoś może ranić tak słodko... 

 

SZCZĘŚCIE
Słyszę kroki za plecami
Nie, głupia myśl przecież w te strony
nie zapuszcza się szczęście
Czyżby rzeczywiście chciało mnie odwiedzić?
Puknąć radośnie w ramie i powiedzieć
Szukam Cię już od kilku lat
Jestem przecież czekałaś na mnie
Czyż nie chciałaś abym przyszło?
Uśmiechnęło się pogłaskało po głowie?!
To nie o to modliłaś się nocami
przywołując nawet moce piekielne?
Tak.... proszę wejdź rozgość się
Może herbaty?
Oj, nie już tak późno pójdę już 

 

PRZEBUDZENIE
Otwieram oczy, promień słońca delikatnie głaszcze policzek
Zniecierpliwiony ,że jeszcze go nie zauważyłam,
Patrzysz na mnie jakbyś chciał powiedzieć
Śpij jeszcze, jeszcze nie wyryłem Twojego obrazu w sercu
Uśmiechasz się
Twoja twarz zdaje się być nieziemskim zjawiskiem
Nie, nie, nie chcę przepędzać resztek snu z powiek
Wracać do rzeczywistości
Czuje Twoje usta na czole, czułe głaskanie włosów
Jestem szczęśliwa 

 

TELEFON 

Krótki telefon, słowa przesypujące się przez palce

Jak rozżarzone węgle. Tak bardzo brakuje mi Ciebie 
Twoich ramion, głosu szepczącego wieczorem 

Całymi godzinami, tak bardzo Cię potrzebuje 

By w ogóle móc ruszyć naprzeciw światu 

Jak długo jeszcze trwać ma ta rozłąka? 

Jak długo bezduszne kable telefoniczne mają 

Zastępować człowieka? 

Tak bliskiego, tak niezastąpionego 

Tak tylko mojego 
Wszystkie słowa wypowiedziane 

Spisane w sercu mówione wielokrotnie 

Bolą coraz bardziej 

Coraz częściej oczy zmieniają się w potok 

Łzy zraszają poduszkę, noce męczą jak nigdy dotąd 

Kiedy będzie mi dane Cię ujrzeć znowu najdroższy........  

 

WĘGIEL
Każdy obraz w mojej duszy wypala się
Odciskając ślad boleśnie ,
Każde słowo pada obok mnie niepostrzeżenie
tłukąc się o podłogę
Nic nie jest w stanie zakłócić męczarni
Zamknięta w sobie
Nie dopuszczam do wnętrza nic
Sprawiłeś, że moje wnętrze stało się pustynią
Dekoracją teatralną, serce bije ale właściwie nie ma już po co
Robi to pewnie z przyzwyczajenia nie ma nawet na tyle siły by przestać
Może jeszcze ma nadzieję, że wrócisz
O ile łatwiej było by gdyby bić przestało
Ale to Ty także nie pozwalasz mu przestać
Nauczyłeś mnie tego, kochać dawać szczęście
Choć niekonsekwentny z Ciebie nauczyciel
Zostawiłeś to co rozpaliłeś
Żarzący się węgiel wrzuciłeś
do zimnej wody strumienia górskiego
Czy da się jeszcze go osuszyć? 

 

WSPOMNIENIE
Jak niedawno to było gdy patrząc na mnie widziałeś cały świat
Słuchając mnie słyszałeś szum spokojnego oceanu
Każdy gest, każde słowo spijałeś z moich ust jak nektar
Pamiętam tę chatkę w górach ciasna izba, kominek, Twoje dłonie delikatnie męskie
W których czułam się tak bezpiecznie, ciepły oddech na policzku, wino, czułe słowa
Pamiętam każdy Twój gest, grymas, każde słowo, każdą najmniejszą pieszczotę, każdy uśmiech
Ciekawe czy to dobra pamięć? czy serce nie potrafi się otrząsnąć?!
Nie nie nie nie chcę zapomnieć!!!!!!!!!! 

 

TWOJE MIEJSCE

Cichutko na palcach stąpając po chmurach 

Zastanawiam się gdzie możesz być? 

Dlaczego będąc tak blisko mnie tak jesteś daleko 

Oczy wpatrzone w dal, nieme, bez wyrazu 
Zabijające obojętnością! 

Nie mam już siły ciągle rozpalać tej iskry 

Która tli się w nas A może już nie? 

Może już zgasła? I nie ma sensu jej szukać? 

Twoja dusza odeszła ode mnie 

Choć ciało tkwi jak zaklęte Idź tam gdzie 

Twoje przeznaczenie, 

Choć ból rozrywa serce 

Jak lew szarpiący swoją ofiarę Idź tam gdzie 

Twoje miejsce 

Ale dlaczego nie jest ono przy mnie....?  


ŻEGNAJ
Spójrz jak powietrze delikatnie faluje
Jak chmury bawią się w chowanego
Nie, nie widzisz jak cudownie jest latem w górach
Z nosem w laptopie stukasz kolejną "symfonie"
A ja tak bym chciała wziąć Cię za rękę pójść ścieżką na sam szczyt
i wykrzyczeć wszystko to co mnie boli,
czego nie zauważasz chodząc z nosem wysoko podniesionym
patrzysz na ludzi z góry oceniając po grubości portfela
wartość człowieka
Wiesz co????!!!
Oceniaj tak jeśli chcesz
Ja pozostanę w swoim świecie
Ale dla Ciebie nie ma tam już miejsca
Żegnaj... 

 

NOC
Wchodzę w noc jedną nogą
Stopą szukając pewnego gruntu
Czy potrafię się odnaleźć w tej nocy bez Ciebie
Łóżko za duże, pościel za zimna
Znów w kubku ciecz czarna
Jak ta noc bezgwiezdna, bez nadziei bez przyszłości
Każdy łyk wprowadza mnie w stan lekkiego
Błogiego błądzenia w podświadomości
Korytarzami ciemnymi biegnę by znaleźć ukojenie
Żadnego światła przewodniego
Żadnej dłoni pomocnej
Mimowolnie szukam ostatnich miesięcy
Tak słodkich jak pierwsze krople wody
Na ustach spragnionych
!Są! mogę to zobaczyć jeszcze raz
O! masochizmie psychiczny rozwinąłeś się we mnie
Bezgranicznie....
Zamknąć oczy i oglądać te dni ciągle i ciągle
Od nowa
Każde słowo powtarzane bez końca, bez głośnie
Każdy gest odtwarzany bezgranicznie powoli
Zatopiłam się w Tobie jeszcze raz
Jak w winie rozgrzewającym zmarzniętą duszę
Tak, upiłam się Tobą raz jeszcze niestety
Nie czuje przyjemnego szumienia w głowie
Raczej dzikie zwierzęta szarpiące bezlitośnie ciało
Muszę odstawić te dni na półkę zamknąć
Zasznurować zakopać
Niczym puszkę Pandory nie otwierać
Nigdy, nigdy, nigdy już więcej
Cierpienie....
To już za mało by wyrazić co czuje
Agonia!
Tak, to stan agonalny duszy serca,
Jak na znak szatana zaczynają drętwieć
Powoli uchodzi z nich życie
Powoli..... jakby ktoś chciał
Żebym cierpiała bardziej
Dłużej, Boleśniej....
Zamykam oczy
Uspokajam myśli zmącone Tobą
Jak gorzkim kwaśnym winem
Puszka Pandory zamknięta
Czy teraz będzie mi lżej? 

 

ZMIANA...?
Radosnym stokiem
Wspinam się do Ciebie moja zieleni
Mijam zawadiackie główki kwiatów polnych
Jakby zachęcające mnie do zabawy
Czuję ciepło wypełniającego mnie błękitu
Promienie słońca jak złote nitki babiego lata
Tańczą kokieteryjnie na końcach traw
Zielonych i czystych jak ocean Twojego spojrzenia
Czyżby to co mnie wypełniało było szczęściem?
Tak, w tej chwili
W tym momencie w tej sekundzie
Jestem Szczęśliwa
Tak po prostu, że...
Jestem!!!
Że nie muszę z przerażeniem
Oglądać się za siebie
Teraz już zawsze
Będzie słońce
Nad mogiłą w mojej duszy
Pogodziłam się ze światem
Ze sobą z Tobą

JESTEM kolorowo
.....Szczęśliwa..... 

 

NIGDY
Tak daleko chciałam zepchnąć Cię mój Umiłowany
Zapomnieć, nigdy nie przypomnieć sobie tamtych chwil...
Cicho.......myśli moje nie ma Go, nie urodził się nigdy taki
Nigdy nie stanął na mojej drodze
I cóż z tego, że powtarzam to z każdą sekundą głośniej?
Ty żyjesz we mnie jak krew krążysz w moich żyłach
Co raz odwiedzając serce boleśnie
Nigdy nie chciałaś go spotkać?
Kłamiesz, był wszystkim, myślą, jasnym porankiem
Bryzą morską, marzeniami, przyszłością.
Tak blisko Ciebie nie był nikt jeszcze
Każda myśl należała do niego, każde słowo, gest
Ty cała byłaś nim!!! W Nim tylko widziałaś sens życia.
I choćbyś chciała uciec nie potrafisz
Chcesz czy nie............. 

 

UŚMIECH
Lubisz to prawda?
Wyciskać łzy, ranić do krwi
Nieświadomie? Podświadomie....
Ból przeszywa serce, na policzkach
Łzy toczą się czarną tłustą mazią
Zostawiając ślad....
Staczam się w Tartar rozpaczy
Tam gdzie nie ma okien, drzwi
Nie mam gdzie pukać, nie ma
Skąd krystalicznego zdroju pomocy zaczerpnąć w dłonie
Tylko ciemność wypalająca źrenice
A i tak uśmiecham się,
Przyklejony, narysowany grubą kredką uśmiech lśni na twarzy umazanej cierpieniem
Żeby tylko nie urazić, nie dać powodu do zakłopotania Tobie
Nie dać po sobie poznać
Tłumić cierpienie potrafię jak nikt
Jestem dobrą aktorką
A jednak promyk słońca dociera nawet tu na dno Tartaru 

 

TĘSKNOTA
Obudziłam się zdziwiona ciężarem
Który na sercu spoczywa
Wczoraj zdawało mi się ,że zapomniałam,
Że uwolniłam się od Twego obrazu
A dziś jest mi ciężej niż kiedykolwiek
Każda myśl każde słowo
Jakby do Ciebie skierowane
Choć dom pusty
Czyżbym oszalała????!!!!!
Szaleństwo z tęsknoty to się zdarza...
Podobno....
I znów widzę Ciebie
Jak wstajesz bezszelestnie
Żeby mnie nie zbudzić
Ciche kroki w stronę łazienki
Cierpię bo chcąc być wszystkim
Dla Ciebie
Stałam się nikim
Tak krótko żyłam w Twoim świecie
Że zdawało by się to snem
Snem cudownym lekkim i pięknym
Takim z którego budząc się
Przyciskasz głowę do poduszki
Modląc się by powrócił
Jak może człowiek zapanować tak nad myślami
Że wszystko inne staje się nie ważne
Nie ważne ,mało ważne, nie istotne, nie istniejące
Znów powracają te chwile
Dla których warto było się narodzić 

 

SERCE
Leżę w łóżku
Czekam na łaskawe objęcia Morfeusza
Ale nie przychodzi
Patrząc w sufit
Rozmyślam o Tobie
O chwili szczęśliwej
Która może powróci
Wpadniesz do mnie niby przypadkiem
Na kawę czy herbatę
!O serce nieposłuszne!
Czemu ciągle rozmyślasz o rzeczach przeszłych
Twoja pamięć nie skończona?
Ale daj odpocząć
Daj zrobić krok w przód
Nie chcę ciągle oglądać się za siebie
I widzieć przepaść jaka dzieli mnie od mojego Edenu
Zrozum może w przyszłości jest
Raj prawdziwy i nieskończony
Tak! Jest na pewno
Daj odetchnąć
Spróbujmy!!!! 

 

ROZMOWA BEZ SŁÓW

Telefon milczy, którąś godzinę z kolei

Myśli błądzą po niebie rozbijając się o gwiazdy 

Z każdą chwilą bardziej brak mi Ciebie 

Toż to był żart , dziecięcy figiel, mały flircik 

A jednak zakorzenił się tak mocno 

Mógłbyś uratować życie przerywając ciszę 

Która drąży uszy aż do niewypowiedzianego bólu 

Podnoszę słuchawkę, Twój szybki oddech 

Mówi więcej niż tysiąc słów 

Śmiech koi serce Szybko wymieniane oddechy 
Pieszczą uszy dając siłę na 

Następne godziny zatopione ciszy 

W oddali gwar miasta staje się melodią 

Dwóch serc, dusz. 

Ciał oddalonych a jednak tak bliskich 

Dwa słowa na pożegnanie Dają życie......... 


POMYŁKA ?

Słońce zaszło

Nadzieja na świt odeszła wraz z Tobą

Ciemne chmury zasnuły serce, duszę, przysłoniły oczy czarną płachtą

Kir spowił moje ciało

Czarny, ciężki, lepki kir rozpaczy

Odruchowo oddech łapany dławi jeszcze bardziej

Ciało wije się w agonii

Z każdą chwilą bez Ciebie zapada głębsza ciemność

Nie mam siły już krzyczeć:Wróć!!!!!

Twoja twarz nie jest już taka jak była: oczy nie palą się dawnym blaskiem

Rzucasz spojrzenie zimne, mrożące moje serce tak rozpalone

Histeryczny śmiech wyrywa się z krtani

A może to jest Twoje prawdziwe oblicze?

Czyżbym mogła się aż tak pomylić? 

 

ODNALEZIENIE

Nikt nie potrafi tak zaczarować Chwili jak Ty

Trzymając moją dłoń zmarzniętą W swoich rękach.

Patrząc w gwiazdy lub szczyty gór nigdy pod stopy, 

bo pod nimi świat cały i obłoki miękko płynące po niebie. 

Drwa rozpalone w kominku skrzą się blaskiem, 

Iskierki tańczące w moich oczach zmieniają się w łzy radości 

Z każdą chwilą, sekundą, minutą stajesz się jedynym człowiekiem na Ziemi 

Tym który powinien być przy mnie od świtu do zmierzchu. 

Uśmiechasz się : „przecież jestem” mówisz 

Tak nie chce by ta chwila przestała istnieć.  

Zatrzymać czas, nie wracać już nigdy do miejsc 

które tak dobrze znam 

Być tu z Tobą, gwiazdami i szczytami gór tak upragnienie bliskimi 

Znalazłam swoje miejsce na Ziemi.... 


MOJE ŻYCIE
Moje życie?
Same przyjemności
Zaprawione nutką goryczy
Wieczna ekscytacja
Łapanie garściami
żeby nie uronić ani kropli
ani okruszynki
Biegnę, szalona przed siebie
Do Ciebie oby dalej
Żeby zobaczyć wszystko
Wszystko co tylko chce
Co tylko mogę zobaczyć
Każdy zakątek duszy
Świata mojego, Twojego
Żebyś tylko mi nie uciekł
O! Świecie
Co kocham?
Oczy dziecka gdy patrzy
Zdziwione na rzeczywistość
Góry latem
Morze jesienią
I liście spadające do sakwy mojego życia 

 

MILCZĄCO
Patrzysz na mnie zimnym błękitem oczu
Wkraczasz w moje serce jak góra lodowa
Mrożąc wszystkie moje członki
Drżenie wypełnia ciało
Patrzysz....
Żadnego grymasu, najdrobniejszego ruchu warg
Mieliśmy rozmawiać
Rozmowa dusz, które były kiedyś tak płonące
Tak chcące stać się jedną
Bezgłośny krzyk wyrywa mi się z gardła
Dlaczego?
Dlaczego tak daleko jesteś choć siedzisz tak blisko i trzymasz moje dłonie w swoich
Przeszywa mnie chłód Twoich spojrzeń, cierpię...
Tak! Cierpię całą mocą tkwiącą w istotach stworzonych
Patrzę na zegarek
To dopiero trzy minuty a jakby wieczność bez Twojego głosu
Czyżby to łza na Twoim Policzku? 

 

KAMYK 

Tak jak kamyk rzucony w otchłań rzeki

Niewiadomo gdzie zostanie zaniesiony przez nurt niemiłosierny

Tak Ty mnie w bezkres rozpaczy
Wepchnąłeś mój umiłowany

Błądząc po omacku nie mogę chwycić brzegu

Zaczynam się jednak upajać tym stanem

Płynąc na łódce po moim Styksie bez przewodnika, bez nadziei

Coś magicznego jest jednak w tym że nie ma stąd powrotu

A wracać wcale nie chce ten kto raz już zawitał w te strony

Tu dzień jest nocą, a noc najgłębszą ciemnością, która wypala źrenice

Nie życzę Ci najdroższy, żebyś kiedykolwiek zaznał słonego smaku wód rzeki w której teraz brodze...


GŁOS
Już nie pamiętam która to kawa dziś
Który papieros mąci dymem czarne rozedrgane myśli
Nie chce spać, nie mogę , boję się
Że znów mnie odwiedzisz
Obsesyjnie staram się zapomnieć
Zepchnąć w najdalszy kąt podświadomości
Twoją twarz, ręce , głos.....
Głos taki czuły delikatnie męski
Jeszcze brzmi w uszach:
"Promyczku, skarbie najdroższy"
Właściwie to chciałabym tylko móc
Słuchać Ciebie, Twojego głosu
Nawet nie patrzeć ; słuchać....
Słuchać......
Wykradać spośród głosek Twoje emocje, uczucia, myśli
Zaczarowałeś mnie głosem
nie mogę wyrwać się spośród dźwięku Twoich słów,
mięciutko wypowiadanych trafiających wprost do serca
Nie, nie ucieknę już od tembru
Twojego krystalicznie męskiego głosu
Już zawsze będę się odwracać gdy usłyszę podobne
Anielsko-diabelne dźwięki 

 

DESZCZ 
Patrzę przez okno jak ciężkie jesienne krople spływają po szybach
Tworząc wzory dotąd nieznane
Ale chwila przecież to Ty to Twoja twarz
Twoje rysy tak delikatne i ciepłe
Jak dawno Cię nie widziałam
Już rok jak skryłeś się a ja gonić Cię nie miałam siły
Nie chciałeś być odpowiedzialny za to co oswoiłeś
A to teraz stało się dzikie i nie podchodzi już z ufnością
Do rąk wyciągniętych
Patrząc z łzami w oczach widzę jak uśmiechasz się czule
Dlaczego
Dlaczego tak jest?
Gdy zaczynam być szczęśliwa, zaczynam płynąć na rozkosznej łódce po spokojnym oceanie uczucia
Coś powoduje, że burza zaczyna być coraz bliżej
O! Neptunie złośliwy
Panie mojej goryczy mącący spokojne wody trójzębem nie miłosiernym
Myślisz, że dasz radę zmącić wszystkie wody?
Po prostu znajdę inny ocean


 

{c} 2004 grupa BEZ DECH / aleksandra BUGAJAK & {p} 2004 bałucki ośrodek kultury RONDO / dział informacji i wydawnictw
{p} & {c} 2004-2009 grupa BEZ DECH