»bazzar | 'z dziennika początkującego podróżnika'  małgorzata olszak

 

5.08.05 

Pociąg do Zakopanego z Łodzi Kaliskiej 23.35. Monika, Agnieszka, Mikołaj i ja spotykamy się przed kasami. Zaczyna się ważenie plecaków. Mam najlżejszy, ale rozbrajam wszystkich przyznając się, że wzięłam lokówkę. Idziemy na peron. O zgrozo! Jakaś kolonia podnieconych nastolatków jedzie z nami. Szczęście jednak nam sprzyja, znajdujemy wolny przedział w innej części wagonu. Jadąc omawiamy wstępny plan podróży. Jeździmy palcami po mapach.
W Zakopcu jesteśmy o 8 z minutami. Stamtąd jedziemy busem do Doliny Chochołowskiej. Szosą dochodzimy do Magóry Witowskiej. Czujemy w nozdrzach, że powietrze jest tutaj innej jakości. Z jednej i z drugiej strony pną się wysokie na kilkanaście metrów dzrewa iglaste. Kropi. Kiedy dochodzimy do szlaku już wiemy, że będziemy iść 
w błocie. Wejście, jak przystało na magórski typ, jest łagodne. Zaczyna coraz bardziej padać. Wyciągamy 
z plecaków swoje foliowe narzuty. Wyglądamy jak krasnale.Wszyscy mamy jeszcze sucho w butach, kiedy dochodzimy do przejścia granicznego. Unijne owiązania pozwalają nam na pokazanie wyłącznie dowodów. Na granicy zalecają nam umiarkowanie w ilościach słowackiego alko., którym ewentualnie chcielibyśmy się cieszyć po powrocie do Polski.Pogoda z godziny na godzinę bynajmniej się nie poprawia. Szlag nas trafia, kiedy gubimy szlak. Błądzimy bez potrzeby. W końcu wychodzimy na jakąś marnie oznakowaną łąkę. Radość jednak nie trwa długo, ponieważ mamy wody po kostki. Zmarznięci i mokrzy docieramy do celu. Oravice, tandetna i jak się okazuje nie tania wiocha, której jedyną atrakcją są źródłatermalne. W schronisku nie ma miejsc. Schodzimy niżej. Znajdujemy nocleg za 230 koron. Spodziewaliśmy się na Słowacji niższych cen. Bajoro w butach ugasiło nasze najmniejsze chęci szukania czegoś tańszego.Moja rozmontowywana lokówka, a także duże ilości papieru toaletowego oraz szpagat przydają się do suszenia spodni, butów i skarpet. Dzień wieńczymy stanem podgorączkowym, głupawką doprawianą Złotym Bażantem (niedrogim piwem) oraz brakiem bieżącej ciepłej wody. Przed snem Mikołaj, rodzynek podróży, stęka długo nad mapą w celu zaproponowania nam paru sensownych rozwiązań na nadchodzącą dobę.  

 

6.08.05. 

Oravice -> Ticha Dolina [red] / Cicha Dolina -> Juranova Dolina / Juranowa D.->Umarle Sedlo / Umarła Przełęcz -> Juranove Sedlo [green] / Juranowa Przełęcz -> Bobroviec 1663 m. -> Jambor / Jamborowy Wierch -> Bobrovieckè Sedlo / Bobrowiecka Przełęcz -> Končistè Lúčne 1653m. [blue] / Grześ -> Latană Dolina [yellow] -> Zverkova Chata  Wejście na Bobroviec wyciska z nas miskę potu. Żłopiemy wodę tak jakbyśmy przez parę dni nie spotkali źródła. Endorfiny dają o sobie znać, mimo zmęczenia jesteśmy zadowoleni z tego, że czujemy góry w każdej części ciała. Widoki, no cóż, w radiowym stylu powiem: Szkoda, że Państwo tego nie widzą! Pogoda sprzyja podziwianiu roztaczającej się przed nami przestrzeni. Gdyby nie czas, który nas goni oraz niemały wiatr traktujący nasze spocone ciała chętnie posiedzielibyśmy na szczycie dłużej.Schodzimy do przełęczy. Pogoda zaczyna się zmieniać. Widać wyraźnie jak przez sąsiednie szczyty przetaczają się szare chmury. Foliowe pącza w pogotowiu. To rzeczy, których nie lubimy zakładać. Chronią przed deszczem, ale także hamują przepływ powietrza. Wejście na Grzesia po 1.2 metrowych kamieniach daje popalić. Monika i Mikołaj idą przede mną i Agnieszką. Wołają na pocieszenie: Zaczyna się spłaszczać teren! Jestem tak zmęczona wdrapywaniem się na wyrastające przede mną kamory, że rozumiem tą informację bardziej optymistycznie. Przekazuje Agnieszce idącej parę metrów za mną: Niedługo będzie płasko! Po 15 min. ciągłego walczenia z kamiennym zmęczeniem i uwierającym plecakiem czuję jak Aga puka mnie w ramie: To ma być to płaskie? Pyta ironicznie.Widoki na Grzesiu stają się rekompensatą za poniesione straty energetyczne. Pochłaniamy kolejną tabliczkę czekolady. Pogoda znowu się zmienia. Chmury przestają straszyć urwaniem. Jest piękne błękitne niebo.Schodzimy do Zverkowej Chaty. Łapie nas gęsty deszcz. Nie mamy tym razem plesa (słowackie: jezioro) w butach, ale spodnie znowu są wilgotne.Jesteśmy zmęczeni. Wszystkim powoli zaczynają puszczać nerwy. Na ogromnym ekranie umysłu możemy bardzo wyraźnie obserwować jak naszym emocją rosną coraz większe zęby.W siedzibie schroniska napotykamy na kolejną trudność, tym razem językową. Po 15 nim. żywej gestykulacji otrzymujemy klucze i świeże poszewki. Ściemnia się, a my musimy zaiwaniać do jakiegoś domku w lesie. Ubikacja jest tam tak mała, że aby sikać na narciarza, co jest wskazane przy nie najlepszych warunkach sanitarnych, trzeba mieć otwarte drzwi. ¼ pokoju zagraca socjalistyczny warczący pseudo- grzejnik. Pseudo, ponieważ zamiast grzać chłodzi. Pod prysznice idzie się do głównej siedziby schroniska. Prysznic jest jeden na cały teren. Dobrze, że jest po 22-giej. Nie ma kolejki. Ciepły strumień dobrze robi na obolałe mięśnie. Wracamy na herbatę. Ja ledwo żyję. Nie mam nawet siły się napić, choć jestem spragniona. Opieram nos o metalowy kubek i pierwszy raz zasypiam na siedząco. Budzi mnie szturchnięcie Mikołaja: Trzeba jeszcze ustalić trasę na jutro. Zrobimy bardziej light-ową, żeby się nie przeforsować. Doprawdy.W nocy budzę się za każdym razem jak się chcę przewrócić z boku na bok. Nie da się ukryć, że mam jakieś mięśnie.  

 

07.08.05 

Zverkova Chata [red] -> Roháčska Dolina -> Smutnă Dolina [blue] -> Vel’ké Pleso [green] / Wielkie Jezioro -> Powrót do -> Smutnă Dolina -> Smutnă Sedlo [ blue] / Smutna Przełęcz -> ŽarSmutnă Dolina, ogromne pokryte mchem kamienie na zboczach gór nadają temu miejscu ascetyczny wygląd współgrający z wszechogarniającą ciszą. Nic dziwnego dlaczego wielcy jogini medytowali w górskich jaskiniach. Skupienie w takich miejscach pojawia się nieomal samoczynnie, a galop myśli powoli zwalnia razem z oddechem. Zanurzeni w milczącym zachwycie docieramy do Przełęczy. Wszyscy znajdujemy się bliżej nieba.Odurzeni widokami zostajemy po godzinie sprowadzeni na ziemię. Nie ma już miejsc w schronisku. Zostaje jedynie podłoga. To krzyżuje nam plany związane z jednym dniem odpoczynku, czyli wypadem bez plecaków. Wypijamy po ciepłej herbacie i ruszamy na dalsze poszukiwania. Według mapy powinno się znajdować w okolicy jeszcze parę możliwości.Po 45 min. doginania betonem docieramy do wypasionego kurortu za 300 koron. Zaczynamy być zmęczeni, ale uszczuplające się finanse zmuszają nas do ruszenia z buta.Po godzinie dochodzimy do socjalistycznego hotelu, który może kiedyś cieszył się sporą ilością turystów, teraz świeci pustkami. Wchodzimy do recepcji. Naszym oczom ukazuję się lakierowana meblościanka z ciemnego drewna oraz solidny blat. Z sufitu zwisają na metalowych przewodach masywne, białe lampy. Można spocząć na brązowych fotelach, które swoim wzornictwem pasują do panującego klimatu.Jest 20-ta. Jak na ironie kierownik hotelu gdzieś się ulotnił i nie ma nas kto zarejestrować. Nieopodal znajduje się mały blaszak z piwem. Sprzedawca wykonuje tel. do kierownika hotelu. Właśnie jest w drodze powrotnej. Ma się zjawić za godzinę. Jakiś dwóch wstawionych Słowaków proponuje nam nocleg za darmo, ale swoim stanem nie budzą zaufania. Wracamy do stylowej recepcji, żeby nie marznąć. Mijają dwie godziny. Ja z Mikołajem ponownie odwiedzamy blaszak. Sprzedawca ponownie wykonuje telefon i ponownie sprzedaje nam tą samą informację. Wracając do socjalistycznej dziupli odreagowujemy żartując z przejeżdżających obok nas rowerzystów: To pewnie kierownik, a ta laska obok to jego dziewczyna. Zdjęliśmy go z kobiety i popsuliśmy randkę . Wparuje taki dwudziestoparolatek do recepcji i z młodzięczym luzem zapyta: Czy nadal chcemy ten nocleg?  Żart okazuje się rzeczywistością.Nocleg 180 koron. Warunki wymarzone. Ciepła bieżąca, grzejnik, szafa, dywan.  

 

08.08.05 

Cały dzień leje. Wypad w góry bez plecaków odpada. Towarzysze podróży przebijają bąble i spryskują odparzenia. Ja jestem wolna od tego problemu, chodź zakładam tylko jedną parę skarpetek. Od tańczenia mam stopy jak chłopka małorolna. Twarde skórki, których próbuję się pozbyć bezskutecznie w ciągu roku teraz stanowią warstwę ochronną. Uzupełniamy płyny w organizmie. Pijemy herbatę za herbatą. Niektórzy robią pranie, mnie się nie chcę.Idziemy do pobliskiego sklepu oddalonego o 2 km. stąd. Dochodząc przeżywamy kolejną słowacką komedię. Jest 13.30. Sklep jest czynny od 8.00 do 12.00 i od 15.00 do 19.00. Dalej z buta. Po jakimś kilometrze trafiamy na kolejny sklep, w którym chleb jest tylko od rana. Dowiadujemy się o autobusie do miasta. Jest za 40 min. Mikołaj 
i ja zostajemy na przystanku. Monika i Agnieszka zostawiają nam pieniądze do wymiany i ruszają w drogę powrotną. W mieście odwiedzamy bank i Lidla. Kupujemy jedzenie, czekolady i piwo oczywiście. Jedno z Mikołajem bezprawnie wypijamy na przystanku.Wracając z miasta widzimy śnieg na szczytach. Wprowadza nas to 
w nienajlepszy nastrój. Nie mamy odpowiedniego sprzętu. Jutro nie będziemy mogli wyjść w góry.Z powrotem 
w hotelu jesteśmy o 18-tej. Robimy sobie wieczorną ucztę z piwem, oliwkami i krakersami.Suszymy ubrania.


09.08.05 

Wstajemy o 6-tej. Śniadanie, herbata, pakowanie i sur sum plecaki. Z Žar Tatrzańską Magistralą idziemy do miejscowości zwanej Podbanskĕ. Gubimy szlak i znowu doginamy kilka kilometrów szosą. Udaje nam się znaleźć świetne warunki noclegowe za 200 koron. Morale grupy spada. Czujemy się rozczarowani pogodą. Chmury 
z ogromną prędkością przelewają się przez szczyty. Lato w górach wyraźnie dobiega końca. Dostajemy ciepły pokój na poddaszu i tam w komfortowych warunkach podejmujemy decyzję o kolejnych posunięciach.  

 

10.08.09 

Miejsce, w którym śpimy jest strategiczne jeśli chodzi o wejścia na ciekawe szlaki, gdyby nie pogodowa niespodzianka moglibyśmy zostać tu dłużej. Chcemy dotrzeć pobliskimi dolinami do jakiegoś jeziora z punktem widokowym. Większa część doliny okazuje się zniszczona przez wycinkę. Przypomina to trupiarnie drzew. Z psią tęsknotą  spoglądamy na ośnieżone szczyty. Na pocieszenie dzielimy się czekoladą, niestety nacinamy się na tabliczkę mleczną, czyli tzw. produkt czekolado podobny.Gubimy szlak. To już zaczyna stawać się tradycją.. Musimy zejść do szosy. Tam okazuje się, że szlaki na sporym odcinku są zamknięte ze względu na wycinkę, 
a przebywanie na tym terenie grozi grzywną. Żadna straż na szczęście nie ogołociła nas z ostatnich pieniędzy. Znowu beton! Dzielimy się na dwie grupy i próbujemy złapać stopa, niestety bezowocnie. Zmęczeni, rozczarowani docieramy do jakiegoś przystanku autobusowego. Nie powinniśmy czuć się zaskoczeni brakiem rozkładu jazdy. Wybuchamy histerycznym śmiechem. Siadamy na parę minut, żeby zebrać myśli. Rozglądając się Mikołaj odkrywa w leśnej ścieżce niebieski szlag, który straciliśmy. Odnajduje go na mapie i okazuje się, że jesteśmy 
w połowie drogi, po 4 godz. marszu! Morale spada do zera. Wracamy. Mamy w głębokim poszanowaniu całe to pieprzone jezioro z punktem widokowym i te wszystkie chujowo oznaczone szlaki.Udaje nam się tym razem złapać stopa. Kupujemy tanie piwo, by poprawić sobie samopoczucie. Na kolację pasztet z indyka. Uwaga! Skład: 17% indyka w pasztecie z indyka. Co to kurwa jest! Do tego znowu chleb z tymiankiem, którym już rzygamy. To jakaś dziwna tradycja pieczenia chleba. W naszych największych koszmarach uciekamy po ASFALCIE przed goniącą nas rzeszą TYMIANKU! Podejmujemy decyzję o powrocie do Polski.  

 

11.08.05. 

W Zakopanym jesteśmy po 16-tej. Wpadamy w tłum zakopiańskich turystów i mamy poczucie znajdowania się 
w półśnie, to ogromna odmiana po niezbyt ludnych Tatrach Słowackich.Bierzemy tani nocleg w więziennych warunkach Domu Turysty. Zostawiamy bagaże, zabieramy mapę i wychodzimy z tej nory. Lądujemy na trawie 
w jakimś pobliskim parku z piwem i orzeszkami. Zaczynamy wyglądać jak ludzie, którzy przyjechali w góry po to, by je tylko popodziwiać z nad kufla. Prawdziwi mastachowie turyzmu!Pogoda nareście sierpniowa, a niebo nasycone jest błękitem. Przed nami rozpościera się obraz grafitowo- białych gór wyglądający w tym świetle jak landszawt. Mamy endorfinowy głód. Jutro, przed powrotem do domu, idziemy na Giewont.  

 

12.08.05. 

Wstajemy o 6-tej. Pakujemy manatki. Zostawiamy plecaki w przechowalni i robimy całodniowy wypad bez ciężarów. Zabieramy tylko to, co najpotrzebniejsze: czekolady, dokumenty i wodę. Czujemy się lekko mimo bolących mięśni. Bez plecaków po prostu płynie się po szlaku. Pogoda jest przyjemna.Chryste panie! Kolejka na Giewont, a w tej kolejce my, śmierdzący przepoconymi od kilku dni bluzami wśród wypucowanych facetów 
w lakierkach i kobietkach w klapkach. To jakaś paranoja. Ktoś im chyba nie powiedział, że Giewont to nie jest klub dyskotekowy, tylko szczyt górski! Cała parada trwała 2 godziny. 1 godz. wejścia na sam Giewont i godzina zejścia. Wszystko odbywa się w klasie sardynkowej, tylko fragment z łańcuchami jest luźniejszy. Niektórzy panowie będący po lobotomii mózgu wyprzedzają turystów wspinających się po łańcuchach. Przestaję się gryźć 
w język i zwracam kolejnemu macho uwagę. Niestety nie odnosi to żadnych skutków, słowa rozbijają się o gruby mór ludzkiej głupoty.Na samym szczycie, mimo gęstej mgły i ciągłego znajdowania się w ścisku kolejki, niektórzy robią sobie zdjęcia. Kochanie ustaw się przy krzyżu- woła jakiś chłopak. Po co?- pyta dziewczyna- Nie będzie nic widać na tym zdjęciu. Równie dobrze mogę stanąć obok słupa wysokiego napięcia.Na płaskim jesteśmy po 18-tej. Robimy zakupy i wsiadamy do podstawionego wcześniej pociągu. Wracamy do Łodzi. Czujemy się trochę nienasyceni. Zabrakło nam jakiś dwóch, trzech dni chodzenia. Next year destination Rumunia

 

{c} 2005 małgorzata OLSZAK
{p} & {c} 2005-2009 grupa BEZ DECH