»bazzar | 'z dziennika początkującego podróżnika' małgorzata olszak
|
|
5.08.05 Pociąg do Zakopanego z Łodzi Kaliskiej 23.35. Monika, Agnieszka, Mikołaj i ja spotykamy się przed kasami. Zaczyna się ważenie plecaków. Mam najlżejszy, ale rozbrajam wszystkich przyznając się, że wzięłam lokówkę. Idziemy na peron. O zgrozo! Jakaś kolonia podnieconych nastolatków jedzie z nami. Szczęście jednak nam sprzyja, znajdujemy wolny przedział w innej części wagonu. Jadąc omawiamy wstępny plan podróży. Jeździmy palcami po
mapach.
6.08.05. Oravice -> Ticha Dolina [red] / Cicha Dolina -> Juranova Dolina / Juranowa D.->Umarle Sedlo / Umarła Przełęcz -> Juranove Sedlo [green] / Juranowa Przełęcz -> Bobroviec 1663 m. -> Jambor / Jamborowy Wierch -> Bobrovieckè Sedlo / Bobrowiecka Przełęcz -> Končistè Lúčne 1653m. [blue] / Grześ -> Latană Dolina [yellow] -> Zverkova Chata Wejście na Bobroviec wyciska z nas miskę potu. Żłopiemy wodę tak jakbyśmy przez parę dni nie spotkali źródła. Endorfiny dają o sobie znać, mimo zmęczenia jesteśmy zadowoleni z tego, że czujemy góry w każdej części ciała. Widoki, no cóż, w radiowym stylu powiem: Szkoda, że Państwo tego nie widzą! Pogoda sprzyja podziwianiu roztaczającej się przed nami przestrzeni. Gdyby nie czas, który nas goni oraz niemały wiatr traktujący nasze spocone ciała chętnie posiedzielibyśmy na szczycie dłużej.Schodzimy do przełęczy. Pogoda zaczyna się zmieniać. Widać wyraźnie jak przez sąsiednie szczyty przetaczają się szare chmury. Foliowe pącza w pogotowiu. To rzeczy, których nie lubimy zakładać. Chronią przed deszczem, ale także hamują przepływ powietrza. Wejście na Grzesia po 1.2 metrowych kamieniach daje popalić. Monika i Mikołaj idą przede mną i Agnieszką. Wołają na pocieszenie: Zaczyna się spłaszczać teren! Jestem tak zmęczona wdrapywaniem się na wyrastające przede mną kamory, że rozumiem tą informację bardziej optymistycznie. Przekazuje Agnieszce idącej parę metrów za mną: Niedługo będzie płasko! Po 15 min. ciągłego walczenia z kamiennym zmęczeniem i uwierającym plecakiem czuję jak Aga puka mnie w ramie: To ma być to płaskie? Pyta ironicznie.Widoki na Grzesiu stają się rekompensatą za poniesione straty energetyczne. Pochłaniamy kolejną tabliczkę czekolady. Pogoda znowu się zmienia. Chmury przestają straszyć urwaniem. Jest piękne błękitne niebo.Schodzimy do Zverkowej Chaty. Łapie nas gęsty deszcz. Nie mamy tym razem plesa (słowackie: jezioro) w butach, ale spodnie znowu są wilgotne.Jesteśmy zmęczeni. Wszystkim powoli zaczynają puszczać nerwy. Na ogromnym ekranie umysłu możemy bardzo wyraźnie obserwować jak naszym emocją rosną coraz większe zęby.W siedzibie schroniska napotykamy na kolejną trudność, tym razem językową. Po 15 nim. żywej gestykulacji otrzymujemy klucze i świeże poszewki. Ściemnia się, a my musimy zaiwaniać do jakiegoś domku w lesie. Ubikacja jest tam tak mała, że aby sikać na narciarza, co jest wskazane przy nie najlepszych warunkach sanitarnych, trzeba mieć otwarte drzwi. ¼ pokoju zagraca socjalistyczny warczący pseudo- grzejnik. Pseudo, ponieważ zamiast grzać chłodzi. Pod prysznice idzie się do głównej siedziby schroniska. Prysznic jest jeden na cały teren. Dobrze, że jest po 22-giej. Nie ma kolejki. Ciepły strumień dobrze robi na obolałe mięśnie. Wracamy na herbatę. Ja ledwo żyję. Nie mam nawet siły się napić, choć jestem spragniona. Opieram nos o metalowy kubek i pierwszy raz zasypiam na siedząco. Budzi mnie szturchnięcie Mikołaja: Trzeba jeszcze ustalić trasę na jutro. Zrobimy bardziej light-ową, żeby się nie przeforsować. Doprawdy.W nocy budzę się za każdym razem jak się chcę przewrócić z boku na bok. Nie da się ukryć, że mam jakieś mięśnie.
07.08.05 Zverkova Chata [red] -> Roháčska Dolina -> Smutnă Dolina [blue] -> Vel’ké Pleso [green] / Wielkie Jezioro -> Powrót do -> Smutnă Dolina -> Smutnă Sedlo [ blue] / Smutna Przełęcz -> ŽarSmutnă Dolina, ogromne pokryte mchem kamienie na zboczach gór nadają temu miejscu ascetyczny wygląd współgrający z wszechogarniającą ciszą. Nic dziwnego dlaczego wielcy jogini medytowali w górskich jaskiniach. Skupienie w takich miejscach pojawia się nieomal samoczynnie, a galop myśli powoli zwalnia razem z oddechem. Zanurzeni w milczącym zachwycie docieramy do Przełęczy. Wszyscy znajdujemy się bliżej nieba.Odurzeni widokami zostajemy po godzinie sprowadzeni na ziemię. Nie ma już miejsc w schronisku. Zostaje jedynie podłoga. To krzyżuje nam plany związane z jednym dniem odpoczynku, czyli wypadem bez plecaków. Wypijamy po ciepłej herbacie i ruszamy na dalsze poszukiwania. Według mapy powinno się znajdować w okolicy jeszcze parę możliwości.Po 45 min. doginania betonem docieramy do wypasionego kurortu za 300 koron. Zaczynamy być zmęczeni, ale uszczuplające się finanse zmuszają nas do ruszenia z buta.Po godzinie dochodzimy do socjalistycznego hotelu, który może kiedyś cieszył się sporą ilością turystów, teraz świeci pustkami. Wchodzimy do recepcji. Naszym oczom ukazuję się lakierowana meblościanka z ciemnego drewna oraz solidny blat. Z sufitu zwisają na metalowych przewodach masywne, białe lampy. Można spocząć na brązowych fotelach, które swoim wzornictwem pasują do panującego klimatu.Jest 20-ta. Jak na ironie kierownik hotelu gdzieś się ulotnił i nie ma nas kto zarejestrować. Nieopodal znajduje się mały blaszak z piwem. Sprzedawca wykonuje tel. do kierownika hotelu. Właśnie jest w drodze powrotnej. Ma się zjawić za godzinę. Jakiś dwóch wstawionych Słowaków proponuje nam nocleg za darmo, ale swoim stanem nie budzą zaufania. Wracamy do stylowej recepcji, żeby nie marznąć. Mijają dwie godziny. Ja z Mikołajem ponownie odwiedzamy blaszak. Sprzedawca ponownie wykonuje telefon i ponownie sprzedaje nam tą samą informację. Wracając do socjalistycznej dziupli odreagowujemy żartując z przejeżdżających obok nas rowerzystów: To pewnie kierownik, a ta laska obok to jego dziewczyna. Zdjęliśmy go z kobiety i popsuliśmy randkę . Wparuje taki dwudziestoparolatek do recepcji i z młodzięczym luzem zapyta: Czy nadal chcemy ten nocleg? Żart okazuje się rzeczywistością.Nocleg 180 koron. Warunki wymarzone. Ciepła bieżąca, grzejnik, szafa, dywan.
08.08.05 Cały dzień leje. Wypad w góry bez plecaków odpada. Towarzysze podróży przebijają bąble i spryskują odparzenia. Ja jestem wolna od tego problemu, chodź zakładam tylko jedną parę skarpetek. Od tańczenia mam stopy jak chłopka małorolna. Twarde skórki, których próbuję się pozbyć bezskutecznie w ciągu roku teraz stanowią warstwę ochronną. Uzupełniamy płyny w organizmie. Pijemy herbatę za herbatą. Niektórzy robią pranie, mnie się nie chcę.Idziemy do pobliskiego sklepu oddalonego o 2 km. stąd. Dochodząc przeżywamy kolejną słowacką komedię. Jest 13.30. Sklep jest czynny od 8.00 do 12.00 i od 15.00 do 19.00. Dalej z buta. Po jakimś kilometrze trafiamy na kolejny sklep, w którym chleb jest tylko od rana. Dowiadujemy się o autobusie do miasta. Jest za 40 min. Mikołaj
Wstajemy o 6-tej. Śniadanie, herbata, pakowanie i sur sum plecaki. Z Žar Tatrzańską Magistralą idziemy do miejscowości zwanej Podbanskĕ. Gubimy szlak i znowu doginamy kilka kilometrów szosą. Udaje nam się znaleźć świetne warunki noclegowe za 200 koron. Morale grupy spada. Czujemy się rozczarowani pogodą. Chmury
10.08.09 Miejsce, w którym śpimy jest strategiczne jeśli chodzi o wejścia na ciekawe szlaki, gdyby nie pogodowa niespodzianka moglibyśmy zostać tu dłużej. Chcemy dotrzeć pobliskimi dolinami do jakiegoś jeziora z punktem widokowym. Większa część doliny okazuje się zniszczona przez wycinkę. Przypomina to trupiarnie drzew. Z psią tęsknotą spoglądamy na ośnieżone szczyty. Na pocieszenie dzielimy się czekoladą, niestety nacinamy się na tabliczkę mleczną, czyli tzw. produkt czekolado podobny.Gubimy szlak. To już zaczyna stawać się tradycją.. Musimy zejść do szosy. Tam okazuje się, że szlaki na sporym odcinku są zamknięte ze względu na wycinkę,
11.08.05. W Zakopanym jesteśmy po 16-tej. Wpadamy w tłum zakopiańskich turystów i mamy poczucie znajdowania się
12.08.05. Wstajemy o 6-tej. Pakujemy manatki. Zostawiamy plecaki w przechowalni i robimy całodniowy wypad bez ciężarów. Zabieramy tylko to, co najpotrzebniejsze: czekolady, dokumenty i wodę. Czujemy się lekko mimo bolących mięśni. Bez plecaków po prostu płynie się po szlaku. Pogoda jest przyjemna.Chryste panie! Kolejka na Giewont, a w tej kolejce my, śmierdzący przepoconymi od kilku dni bluzami wśród wypucowanych facetów
|
|
{c} 2005
małgorzata OLSZAK |