»bazzar | 'idę na wojnę'  kamila kremer

 

Idę na wojnę. Decyzja zapadła. Będę odważnie biec do przodu z silną motywacją, że przeżyję. Nie mam wyjścia. Nie myślę o tym, co zostawiam za sobą. Przede mną okopy i dym. Dużo dymu. Mogę połamać nogi, ale wierzę, że przeżyję. Mam dla kogo i bardzo chcę. Karabin toruje mi drogę, hełm ochrania głowę wolną od zbędnych myśli, oczy wypatrują przeszkód do pokonania.
Walczę. Ze starymi i nowymi wrogami. Jedni giną szybko, inni umierają powoli, co chwilę coraz to nowi podchodzą pod ostrzał. Nie zawsze trafiam. Chybione strzały mszczą się, wtedy muszę decydować się na odwrót. Szybko podjęta decyzja, machinalne odruchy, potrzeba poczucia bezpieczeństwa podsyca energię w mięśniach. 
Czasami czekam. W okopach, cicho i bezszelestnie na ruch przeciwnika. Na jeden malutki nawet strzał. Nie myślę 
o cierpliwości, bo ciągle jej mniej, tam w błocie i ciemnościach. Szare komórki drzemią, zawsze gotowe na reakcję. Czekam na czyjąś decyzję, na zwrot akcji, na cud. Albo po prostu na poranek, na nowy następny dzień, który przyniesie kolejną bitwę, bez względu na pogodę. 
Muszę liczyć na innych ludzi wokół. Osłaniają mnie jak idę do przodu, przemywają rany po bitwie, często po prostu są. Oddychają. Brudni i zmęczeni jak ja. Każdy ze swoją własną wojną i wrogami. Nie wiem co myślą, widzę, co robią. Nierzadko ja ponoszę koszty ich błędnych decyzji, ale sama też wystawiam innych na ciężkie próby. 
Mam przeróżną amunicję. Jedną operuję lepiej, inną gorzej. Pistolety z ich hukiem i siłą odrzutu wprawiają mnie 
w dziką euforię i budują solidną satysfakcję. Nie przepadam za granatami, ruchy tektoniczne ziemi są dla mnie za dużym przeżyciem, zawsze potem płaczę. Widzę zabitych, pokonane przeszkody, kolejne etapy rozgrywki. Boję się zapytać, kiedy to się skończy. Nawet w myślach nie układam słowa „jak?”. Czy tak jest lepiej? W danej chwili na pewno tak, bo liczy się działanie, czas tu upływa inaczej. Nieodwołalność decyzji tylko utwierdza w przekonaniu, że nie wolno oglądać się za siebie, no chyba, że ranni wołają. Nie zostawiam rannych, nie chcę, żeby śniły mi się wyrzuty sumienia. Tak, robię to dla siebie, nie dla nich. A, że przy okazji ratuję im życie, to przecież tylko zaliczą mi na plus. 
Są dni, że się zatrzymuję. Spoglądam dookoła, nie zawsze są to tylko zgliszcza i ruiny. Kiedy dym opada, kiedy trupy są już w ziemi, widzę to, co zostaje dla mnie. Kolory. Poznaję je jeszcze. Wiem, które lubię, których mi brak, wiem, które wywołują śmieszny grymas na mojej buzi. Są też zapachy. Szkoda, że nie potrafię ich zatrzymać, żeby potem w zupełnie innej rzeczywistości, w okopie, albo pod stertą cegieł wspomnieć i pocieszyć się ich istnieniem. Zabieram do kieszeni tylko wrażenia towarzyszące tym zapachom. Nie robię zdjęć, oczy to doskonały film fotograficzny. W głowie zbieram tylko fakty, nazywane doświadczeniami. Uczę się dostrzegania zagrożenia, postępowania z określonymi ranami ciała czy duszy. 
Wojna to dobra rzecz. Pokonujesz samego siebie człowieku. Zaskakuje cię, że potrafisz nieść karabin, co więcej, używasz go i osiągasz cel. Widzisz co dalej przed tobą, nawet jeśli chwilami to tylko dym, czy ciemność. Nic cię nie omija, cała esencja życia jest w tobie i w najbliższym otoczeniu. To kwaśne, ale nie trujące stwierdzenie.
Lżej by mi tylko było gdybym nie miała wspomnień. Tych sprzed wojny. Tych jakby z innego życia. Czegoś przecież się i wtedy nauczyłam, zmagazynowałam cholernie dużo wrażeń. A poza tym, dopełniając kielich jednej małej goryczy całej tej sytuacji, zadaję pytania. Sama do siebie. To silniejsze ode mnie, znaki zapytania to samosiejki, jak wszystkie chwasty. Nie, nie mówię, że to chwasty godne zniszczenia, ale … to po prostu tylko bardziej boli. Boli, że idzie ze mną jakaś bliżej nie określona śmierć, destrukcja, która przecież była oczywista 
z założenia i od początku. Są wątpliwości, które hamują działania, czas upływa dużo dużo szybciej, a ja walczę 
z pytaniami. I wątpię. W drogę przede mną, w ludzi wokół mnie. I robi mi się niedobrze, kiedy jakiś głos w środku powtarza nieustannie: „nie masz wyjścia”. 
Bo ja mam wyjście. Albo inaczej: mam wytłumaczenie. Wojna jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Niekończąca się przeprawa przez las przeciwności. Potrwać to może do końca życia, ale za to jaki ten koniec będzie! HA!
Ale wojna może też skończyć się wcześniej, albo zejść na dalszy plan. Całego życia nie mogę nazwać wojną. Wojna to etap, albo część życia. Nieważne ile potrwa, ważne co zmieni. Zabije wrażliwość? Nie, umocni odbieranie wrażeń. Wyplewi zbędne myśli i ociąganie się przed kolejnymi przeżyciami. Pobudzi ciekawość. Rozpędzi – do prędkości mercedesa na autostradzie – chęć podążania do przodu. Niszcząc – zbuduje – nowe pomysły. Ja tą wojnę przeżyję. Mimo niebezpieczeństw, granatów i ruchów tektonicznych ziemi. Bo mam dla kogo i mam chęć. Decyzja zapadła
 

{c} 2006 kamila KREMER
{p} & {c} 2006-2009 grupa BEZ DECH