|
MELANCHOLIA
1996
o kurwa, to już ta godzina ?!
przecież niebo jest jeszcze szare.
wstaję powoli, zaparzam kawę.
nakładam dżinsy sprane.
zaczął się kolejny dzień.
szary, realny, całkiem zimny.
tkwię w tej jednostajności
i staram się być kimś innym.
zapalam papierosa, dym
leniwie znika w powietrzu.
próbuję wyjrzeć przez okno,
lecz szyba mokra jest od deszczu.
tak bardzo chciałbym być wolnym.
wysoko unosić się ponad chmurami.
rozwinąć szeroko skrzydła, jak ptak
i przestać zalewać się łzami.
zjadam śniadanie
ubieram się i do pracy biegnę.
na ulicy mijają mnie ludzie
-ślepo dążące przeznaczenia.
melancholia dnia codziennego
nie wiem jak długo to zniosę.
nie słyszę śpiewu ptaków,
pewnie już ich tu nie ma.
wracam zmęczony
bezmyślnie w telewizor patrzę
książkę szybko kartkuję.
potem kota pogłaszczę.
biorę chłodny prysznic
oczyszczam się ze smutku
wszystkie brudy tego świata
spływają do ścieku
kładę się do łóżka
powoli oczy zamykam
jutro czeka mnie kolejny dzień
czerwiec 1996
|
MELANCHOLIA 2006
o kurwa, to już ta godzina?!?!
przecież dopiero oczy zamknąłem
ociągając, ręce wyciągając wracam
kubek z herbatą, koszula na plecy.
następny ironicznie zwykły dzień
ni to ciepły, ni to nudny, nawet nie szary.
gdzieś na zakręcie bezsensu
wypadam poza drogę normalności
zapalam papierosa, dym
wsiąka w sczytane książki
za oknem robotnicy pracują
przy deszczu za podwójną stawkę
proszę jedynie o odrobinę spokoju ciszy,
wytchnienia w zapadłym fotelu
i kochającej dłoni gładzącej
zmarszczone skronie
czerwony tramwajem, do pracy, do pracy
poranna gazeta, kilka e-maili, śniadanie ludzie?
ta bezkształtna masa wylewająca się na ulice?
don’t care...
melancholia dnia codziennego
wraca ze mną na moje blokowisko
trzyma za rękę w tramwaju wieczorem,
upija chłodnym piwem
zmęczony bezsensownym bytem
przed telewizorem – kanałów w brud
wchodzę w najgorszy syf – byle się ogłupić
byle nie myśleć, a kot mruczy na kolanach
biorę gorący prysznic
próbując wymyć z porów
ropiejącą nudę i brak sensu
niech spłynie do kanału
– syf i zasypiam
bojąc się następnego dnia...
a jak w końcu się coś zmieni...?
wrzesień 2006

|