|
|
***Pamiętacie tą nieposkromioną radość, kiedy dosiadaliście swój pierwszy rower? W niewinnym umyśle kiełkowała chęć eksploracji świata, który już nie musiał kończyć się na kilku osiedlowych uliczkach, placu zabaw i pobliskim parku. I żadna oburzona staruszka, żaden atakujący pies, żadna mucha wpadająca z impetem do gardła, nie mogły zniwelować poczucia nieograniczonej wolności. Z oklejoną kalkomanią ramą, kartami zainstalowanymi tak by przy otarciu o szprychy wydawały głośny dźwięk ruszaliśmy na podbój osiedla.
***Tego typu wspomnienia pchają nas, by po latach przesiąść się na tzw. „górala” posiadającego nikomu nie przydatny nadmiar kombinacji przerzutek. Z próbą wskrzeszenia dziecięcej euforii wyjeżdżamy na miejską siatkę ulic by odkryć,
że oprócz „talibanów”, rower jest najbardziej nieporządną rzeczą w aglomeracji miejskiej.
***Oczywiście najlepiej odbyć wycieczkę rowerową po parku lub lesie, ale zanim osiągniemy, ten eden, ten wymarzony cel, czeka nas przeprawa przez miejskie osiedla i ulice. Pomijając zanieczyszczone, przez kominy i rury wydechowe, powietrze, mamy do czynienia z cała gamę, najbardziej wymyślnych przeszkód stworzonych przez ludzki umysł.
Wbrew pozorom ścieżki rowerowe nie służą do jeżdżenia po nich, piesi zaadaptowali ja na chodniki, przecież szeroki
na 1,5 metra chodnik to zbyt mało. Próby odzyskania go dla jednośladów, kończą się zmasowanym, werbalno-chamskim atakiem. I żadna z tych osób nie przypomina tych nieszkodliwych babć z naszej młodości. Zresztą nawet kiedy już uda się zdobyć ścieżkę rowerową, to po kilku minutach jazdy kończy się ona gustowną kałużą, błotem a w najlepszym przypadku trawnikiem. Znanym
faktem jest że owe ścieżki muszą kończyć się w połowie trasy. Celem tego jest rozwinięcie u rowerzystów myślenia startegiczno-logistycznego ze specjalizacją „jak jechać dalej tak by nie być potrąconym przez samochód lub zatrzymanym przez policję za jazdę po chodniku”.
***Zresztą zmotoryzowani kierowcy kilka lat temu opatentowali nową grę pt. „niewidzialny rowerzysta”. Wedle reguł owej gry, rowerzysta nie ma takich praw jak samochód na ulicy i należy zmuszać go do ustępowania pierwszeństwa
i zjeżdżania na pobocze. W dobrym tonie jest też rzucania w niego puszkami lub innymi śmieciami
z okien rozpędzonego pojazdu silnikowego.
Kiedy już przetrwamy jazdę miejskimi ulicami, docieramy do naszego celu – lasu. Ptaszki ćwierkają, słońce świeci, przyjemny cień liści, brak zmotoryzowanych i śladowe ilości pieszych. Zmęczeni po torze miejskich przeszkód, postanawiamy odpocząć na małej łączce ukrytej szczelnie. Kiedy już zrelaksowani, liczymy chmury na niebie, zjawia się młoda rodzina, z małym oseskiem, który nie wiedzieć czemu stara się zagłuszyć swoim piskliwym głosem, wszystkie odgłosy natury.
***Nadchodzi czas na powrót, pędzimy z duszą na ramieniu w obawie przed awarią roweru. W wypadku jakiejś usterki nie pozwalającej na dalszą jazdę, jesteśmy skazani na pieszą wędrówkę do domu, gdyż mpk zakazuje przewożenia w swoich autobusach roweru. Gdyby kierowcy z taką samą starannością przestrzegali rozkładu jazdy, jak tego punktu regulaminu, nikt chyba nie miałby powodów do narzekań na lokalny transport.
Zmęczeni, spoceni, wracamy do domu. Mimo wszystko uśmiechnięci bo kolejny raz udało nam się przetrwać
w wielkim mieście.
|