|
|
***
Początki tej przyjaźni były trudne. Nie umiałem się znaleźć, stanąć w miejscu, tak aby nikt mnie nie trącał, popychał czy deptał. Z czasem zacząłem traktować to jako formę szkoły przetrwania w wielkim mieście. Aż wreszcie stało się to nieodzowną częścią mojego dnia – jak poranny prysznic czy mycie zębów.
***
Codziennie inni ludzie, z którymi przez te parę minut tworzy się relacja wspólnoty tramwajowej (szczególnie przydatna
w przypadku – nie oszukujmy się dość częstych – awarii), codziennie dźwięk kasowanych biletów i walka o jedno z 20 siedzeń w wagonie. Kiedy to wszystko stało się już częścią mojego życia, nadszedł czas na kolejnym stopień wtajemniczenia – nauka czytania w tramwaju. Ale nie siedząc, bo to umie każdy amator. Czytanie gazety na stojąco
w tramwaju po godzinie 16tej, kiedy tłumy wracają z pracy do domu. Wyzwanie dosyć akrobatyczne, ale możliwe. Nawet nie wiem ile już stron gazet i książek przeczytałem w tramwajach. Ile muzyki wysłuchałem, ile siniaków sobie nabiłem gdy tramwaj raptownie się przechylał na popękanych torach.
***
Ale najbardziej magiczny jest widok z okien. Niby te same ulice, samochody i budynki, ale jadąc tramwajem w jakiś zupełnie inny sposób odbieram ten świat poza-tramwajowy. Idąc, muszę się skupić na tym by nie zostawić swoich zębów na chodniku, by nie wejść w kałużę, lub inną brudzącą zasadzkę. Idąc myślę, gdzie skręcić, w który sklep wejść.
W tramwaju po prostu jadę i czekam na swój przystanek. I wtedy cała uwag skupia się na tym co jawi się za oknem.
Czasami ciekawie, czasami zaskakująco jak to, że na budynku zakładu energetycznego nie pali się co piąta lampka choinkowa (sic!). Nagle odkrywam ciekawe miejsca, które chciałbym odwiedzić, o których niestety pamiętam tylko do momentu wysiadki z tramwaju. Zapamiętuje intrygujące nazwy ulic, bo może kiedyś będę potrzebował na nie trafić. Bezkarnie mogę przypatrywać się przechodniom, obserwować ich od stóp do głów. Przecież i tak nie zobaczą moich oczy pośród tych 50 współpasażerów.
***
I tak mijamy kolejne budynki i miejsca, które przywołują czasami dziwne wspomnienia takie jak „co ja robiłem w kotłowni budynku Studium Pielęgniarek i Położnych” ? albo „pamiętam jak rozmawiałem o wampiriadzie z Izą siedząc na tym kwietniku …”. Oczywiście nie zawsze jest tak refleksyjnie. Czasami wyrywa mnie z zadumy głos „przepraszam, a który przystanek to będzie Tymienieckiego?”. I wtedy nagle wytężam, mózg, analizuję całą trasę, przystanek po przystanku, dokonuje obliczeń i odpowiadam „ale ten tramwaj jedzie na Stoki… ”. Najwięcej siły psychicznej kosztuje mnie jednak obcowanie z tłumem wiernych klientów (z przewagą tzw. siatkarek polskich) rynków (polecam, Bałucki i Górniak, ale Zielony też się nadaje ). Wtedy nie tylko przestrzeń życiowa zostaje bardzo ograniczona, ale i moje nozdrza atakuje grupa zapachów z grupy kapuściano-brudno-potnej
***
Do jazdy refleksyjnej nadają się te linie których trasa omija centrum miasta. Zawsze wtedy znajdzie się miejsce do siedzenia, a i widoki ciekawsze, bo mniej znane. Natomiast dla wrażeń estetycznych polecam jeżdżenie po zmroku, wtedy oświetlone miasto nabiera pewnego szyku i elegancji. Od czasu do czasu, kiedy mam wolną godzinę lub dwie, lubię przejechać tramwajem od krańcówki do krańcówki. Zagęszczenie ludzi, rośnie i maleje zgodnie z krzywą Gaussa. Oczywiście pora też jest ważna. Godziny szczytu przypadają miedzy 8 a 10 oraz między 16 a 18. Dlatego najlepiej jeździć tramwajem między 12 a 14. Wtedy nie trudno o dobre miejsce widokowe.
***
Mimo iż często się psują, nie należą do najczystszych miejsc to jednak jest coś w tym długim na 13,5 metra i szerokim na 2,4 metra plastikowym wagonie. Nie tylko jest on moim środkiem transportu, ale także czytelnią i miejscem w którym czuję się częścią tego wielkiego miasta.
|