JAKO KAMIEŃ marcin czarzasty
Jako kamień ciężki leży
Jako kamień się nie rusza
Jako kamień nic nie wierzy
Jako kamień nic nie słucha

Jako kamień byle leżeć
Jako kamień nic nie mówić
Jako kamień by tak siedzieć
Jako kamień by zagłuszyć

Nasze prośbą kryte słowa
Naszej wiary liczne troski
Tonem czczym owita mowa
Tylko słodkie czynu głoski

Tak część wielka polityki
słodzi nam rozumem lekkim
Tak nam dają małe smyki,
obdarzone wzrokiem lepkim

co spojrzeniem swoim bierze
cały statek naszej doli
co chciwością nam zabierze
nawet słowo naszej woli

Jak tu lepsze czasy wróżyć
kiedy rozum bije w dzwony
I bałagan każe burzyć,
by móc zbierać złote plony

 

ZALOTNE SŁOWIKI marcin czarzasty
Oczkiem i oczkiem słowiki rzucają 
raz w dół, raz w górę oczkiem strzelają
Lotny ich zapał ku pieśni słowicy
Gdy już przylecą, śpiewem z mównicy

głośno świergocą jak cudne śpiewaki
by dzióbkiem spłoszyć wokoło ptaki 
kiedy muzyka w uszko uderzy
słowica pieśnią wnet cios wymierzy

w skrzydła otuli duszyczkę ptaszka
I wesół społem będzie ta fraszka
Odtąd zalotni w ogień wrzucają
dzióbki, co nutę dźwięczną wydają

I struną do struny gardełka wysilą
Aż dwojga słowików strachy poginą
I jeden z drugim popatrzą w stronę,
w słowiczość jaką los ich zapłonie

Takie zaloty, słowików zalotnych
Takie świergoty, uczuć świergotnych
Lecz dwojga oczko uchylić musi
By jedno i drugie w miłości przymusić

 

MIŁOŚCI MŁODY SMAK marcin czarzasty
Straciłem drzewo życia
pozostał tylko pień
Patrzyłem w Jej lica
pozostał tylko cień

Lecz blask świtu ujrzałem
w Twych słodkich oczach
coś mówić już miałem
zamarłem na prawdy zboczach

I czekam jak anioł w milczeniu
Gdy On przeznacza ludzkości
I słucham jak człowiek w cierpieniu
Gdy On wyznacza miłości

me serce. I... Nadal czekam
czując szpadą duszy dotyk
błądzę, los mój wciąż ucieka
i znów milczą słowa z groty

gdzie cierpienia stale studzę
z lodu, martwą rosą z oczu
wszak rozwiewnych złudzeń
wysłuchiwać nie chcę głosu

Pozostało już czekanie
Ale znaleźć znaczy szczęście
Pozostało mi błąkanie
Znajdę, bowiem wierzę wreszcie

I znów idę patrząc ciepłym
wzrokiem, do podróży zmroku
utrapiony kaszlem lekkim
co strach sieje w każdym kroku

Wiarą jednak oszalałem
Wtóry raz mej duszy okiem
Słodycz twarzy jej ujrzałem
I ruszyłem żwawym krokiem

Mędrzec chłonąłby tu słowo
młodość miłość psotą kruszy
Cenę każe płacić słoną
Gdyż potrafi rozum zagłuszyć


BOHATERY
marcin czarzasty
Tam bór krwawy stoi
Wiatr marsza wciąż nuci
Dusze poległych tam koi 
Ojczyzna mogiłą się smuci

Tam czas chwały dla śmierci
Głosy cierpienia poległych
I łza panny grób wierci
dwojga marzeń podniebnych

Tam cisza zapadła głucha
I zwierząt żałości dech 
Ja wciąż patrzę i słucham
A słowo kradnie mi mech

Walczyć! Już tylko słyszę.
Ojczyzny przelewać krew!
Dech w dech z nimi krzyczę
Niech armat poznają gniew!

I złość nie pomnieć mi każe
że czas matkę nam oddał
dał stos pięknych marzeń
I szczęście nam rozdał

A krwi naszych żołnierzy
W niepamięć nie puszczę
Wszak naród orlęcy wierzy
że bohatery z nich służne

 

{c} 2004 marcin CZARZASTY