|
ARGUMENTY
marcin kuba
Jeśli się rzuci kamieniem w człowieka
Tudzież na psa, przybłąkanego krzyknie
Kundel wiedziony instynktem ucieka
Dla ludzkiej istoty co innego wyniknie
Często nie bacząc na zdrowia utratę
Zamiast się walki posłużyć unikiem
Stojące naprzeciw owo bydle brodate
Koniecznie chce widzieć ciebie przeciwnikiem
I choćbyś godzinami tłumaczył takiemu
Wyczerpując zasób wszelkich argumentów
Łatwiej zrozumieć umysłowo choremu
I to bez prawienia słodkich komplementów
Gdy dobiegnie końca farsa konfrontacji
Rozejdą się w swoje strony pełni obrażeń licznych
Ludzie różnych ras, płci i orientacji
Dla których agresja, to tylko epizod kosmiczny

BYLE MA TY
marcin kuba
Targany przez dylematy
Czy wyjść, czy nie wychodzić z chaty?
Czy łyżką jeść, czy widelcem, a może palcami?
Czy przeganiać koty, czy razem z kotami? Mieszkać.
Czy żegnać Czesława, czy przywitać Cześka?
Czy iść na piechotę, czy jechać tramwajem?
Czy wiem to na pewno, czy mi się wydaje?
Czy to maximum, czy stać mnie na więcej?
Czy sto, dwieście, trzysta, czterysta czy pięćset?
Czy spać na leżąco, czy nie sypiać siedząc?
Czy wiedzieć co ubrać, czy ubrać się wiedząc?
Czy patrzeć jak znika sobie, czy znikać nie patrząc za siebie?
Czy schlebiać zwierzchnikom, czy z wierzchu na chlebie?
Czy smarować masą, czy masować smarem?
Czy mąka w nagrodę, czy męka za karę?
Czy zaciskać mocno, czy mocować zaciski?
Czy zbliżać do celu, czy celować do bliskich?
Czy słodyczy niesmak, czy smaczniejszy słony?
Czy męczyć by wyżyć, czy wyżywić zmęczonym?
Czy składane oferty, czy oferowane składki?
Czy bękart bez ojca, czy sierota bez matki?
Czy nogawki opuszczać, czy podwijać za kostki?
Czy wyrosną robaczki, czy robaczkowe wyrostki?
Czy ostrym kuć, czy kutym ostrzyć kamień?
Czy posyłać do prasy, czy prasować posłanie?
Czy kłócić się z przyjacielem, czy z wrogiem pogodzić?
Czy smrodu nie wietrzyć, czy na wietrze smrodzić?
Czy metr opisany, czy zapis w metryce?
Czy z dziedzictwem kultury, czy kulturalnym dziedzicem?
Czy kołysać huśtawkę, czy huśtać kołyskę?
Czy częstować jabłkiem, czy rzucić ogryzkiem?
Czy na znaki drogowe, czy na drogie znaczki?
Czy paczkować suwaki, czy wysuwać z paczki?
Czy słuszne świadczenia, czy słuchanie świadków?
Czy wydanie oszczędności, czy oszczędność wydatków?
Czy sukna skropienie, czy kropki na sukience?
Czy zaręczona para, czy parzyste ręce?
Czy płodną samicę, czy silnego samca?
Czy kłamstwo o prawdzie, czy prawdziwy kłamca?
Czy w gestii wyrazu, czy wyrażając gestem?
Czy jestem, bo byłem, czy będę, bo jestem?
I można by tak bez końca, wszak niewyczerpalne pokłady w tym złożu.
Niczym urząd najwyższej kontroli, liczący krople w morzu.
I wyniku nie ma, tylko słowa jak potok górski płynął wodą wzbierając.
Wątek stale umyka, wraz z sednem puencie się urywając.
W dobrym pisaniu nawet abstrakcja coś znaczy,
a tu nie odróżnisz kobyły od klaczy.
Sens, podobnie jak ogier szybko wskaże, co mu pasuje.
Kiedy jeża kaktus przygniecie, kto kogo bardziej pokuje?

POD OLIMPEM
marcin kuba
Takiej nocy jak ta dzisiejsza się kłaniam
Patrząc w gwiazdy przy oknie się siedzi
Nie mogąc zadać sobie żadnego pytania
W sklepieniu niebieskim widzę odpowiedzi
Wolny od potrzeb niczego nie szuka
Czarna otchłań i formy wzorów
Niczym zabłąkany do drzwi zapuka
Od wieków nie ufny wpuszczam bez oporów
Owe zaprzeczenie wszelakich konwencji
Z nieznajomym wkroczą w me nieskromne progi
Oczyma ujrzawszy pograniczne jestencji
Na zawsze uwolni obawy od trwogi
I sługa słusznie słudze się zasłuży
Spełniając ofiarę dla dobra epoki
Nim rzewne oczęta westchnąwszy przymruży
Na wąskim trakcie horyzont szeroki
I zstąpią na piedestałach stojący herosy
Zarówno te mniej wsławione, jak i te bardziej
I rzucą swe losy na areny stosy
Nie jeden swe docenienie odnajdzie w pogardzie

PRZESŁANIE
marcin kuba
Bez względu na użyte słowa
Znaczenie w pojęciu wyraża połowa
Którego reszta zapisana kodem
Na pierwszy rzut oka przypomina wodę
Ta gdy się rozleje wypełnia szczeliny
Znajdując w końcu ujście z wiecznych łowów krainy
Celu nie zwlekając osiągnięcia
Ono znajduje się w bezkresu objęciach
Którego silne ramiona
Rozkłada jaźń we wszystkich stronach
W każdym miejscu i czasie
Z piękną oranżerią na oszklonym tarasie
Do którego idąc po schodach
Znienacka pojawia się niewygoda
Lecz w swej niewzruszalności
Nie znając co współczucie w wyrazie - bez litości
Po prostu zlekceważy całość
Oto i moja doskonałość
Pełna licznych ułomności
Gdzie każde słowo
Dla bezpieczeństwa zakoduję ułamkowo

PRZESTROGA
marcin kuba
Są rzeczy niezmienne
Na przykład mówiąc w przenośni takie masy ciemne
Jedna taka zawsze w pobliżu się czai
Tak czarna jak smoła z cybucha czyszczonej faji
Życie wiedzione w takiej ciemnocie
Jest warte tyle, co kołek w płocie
Lub zawieszony na nim sagan gliniany
Z wyszczerbionymi brzegami i denkiem spękanym
Dawno już wyszedł z użytkowania
Nie posłuży nawet za nocnik do srania
Jako, że nieforemny
Siedzenie na nim nie będzie przyjemnym
Nieszczęściem jest wielkim natknąć się na ciemniaka
A nie zawsze wygląda to jak jaka pokraka
Bywa, że posturą jest równa i prosta
Choć ma rozum kijanki zaplątanej w wodorostach
Ot, głupie to takie a błyszczy jak pantofel wypolerowany
Połyskuje wśród złoceń przez tombak imitowany
Dasz się na to nabrać
Okaże się, że to tylko bolesna, piekąca zadra

[c] 2005
błażej J.KLAJZA
|