|
ROZSIEWANIE
ZŁUDZEŃ plezantrop
Kiedy Pan Yannick z Tournay spoglądał na Króla,
zdawało mu się, że Król spogląda w przyszłość
pięścią pięścią pięścią kułakiem!
w łeb w stół w bebechy!
szklanką jak pierś soczystą zatłuc ciszę rozbić ściany
w bramie okna stanąć popatrzyć
wejść
ale nie pytać żadnych filozofów
odwracać żadnych kart pergaminów
odpowiadać na zapytania pytać o zapowiedziane
ani dlaczego ani po co ani dokąd
i mieć niezachwiane pewności sfinksa
że po tośmy wyszli z raju żeby móc po prostu
dokonywać nieskoordynowanych odkryć
własnych labiryntów bo te minotaury te merliny
owe parki gryfy loyole monstra
te punkty g te cycki uda śluzy baty kolce
w nas tkwiące jak odpryski szkła w sercu
to nasze małe kochane dziewczynki-chłopczynki
w nas
i nie dumać mi kurwa nad nieheblowanym stołem
z wódką i ogórkami w komitywie że bóg cokolwiek
nam winien
a gdyby go po prostu nie było
/a gdyby a gdyby?/
i samotność nasza była efektem naciekania czasu
na wewnętrzne zesklepienia czaszek
stalagmitem stalagtytem gronami chaosu
to co wtedy żuku gnojowy?
więc mi po prostu siedzieć na dupie
po prostu szukać węszyć nasłuchiwać dookolnie
i milczeć
zrozumiano?!
...Kiedy Pan Yannick z Tournay spoglądał na Króla,
zdawało mu się, że Król spogląda w przyszłość.
Król stał na skale, tyłem do Rycerza.
Szczał na sosny, co rosły poniżej...
Tak, głupcze, tak właśnie!

JEDNA TAKA Z DRUGIM TAKIM
plezantrop
kiedy strzęp skrzydła ćmy
w narożnym pokoju z wykuszem jelenie rogi
szczegół bez znaczenia gdyby nie pończocha
zwisająca kaskadowo i patefon z tubą ryczący
aaa-lubaa maaa, Jaaniii-iinooo
leżałaś z długachną lufką papieros tlił się
uważaj jeszcze się co zapali
strzęp skrzydła ćmy wczorajszej
listkiem klona kona
wirując
szampan zetlał
tak
szampan zetlał jak stare koronki a bańki breughlowsko
niosły nas w dyptyki znaczeń ale to było nocą teraz
gdy szpak przyczajony za chmurą celuje okiem
zmrużonym w naręcze wiśni
pora na przeciągłe dotykanie sinusoidy grzbietu
dłonią ciepłego jęzora
żebyś prężyła się jak uśmiech kota z shireu
puchato i mruczyście
słodko bez rozgniatać sobą żeby zapach sadu
siadał na meblach
gdzie cudze meble postawiono
w narożnym pokoju z wykuszem
jest nam jasnorzewsko
a może nawet herbercio
i powój po szczerbach wspomnień się wspina
ty nie patrz na mnie tak
otwarcie
widzę

GRANAT
plezantrop
w szkarłacie soku
cedrowe lasy paczula kardamon
i szum rozlewisk delty
ktoś mawiał ze podobno
dwa razy nie wejdziesz...
wokół ciebie leżącej w słońcu
motyle
i senny poszum trzcin
w nas jest muzyka
i najpierwsze strofy...
szeleszczą myśli
kiełki słów
o żółtym śnie tygrysa w gaju
kłach słonia zaplatanych w lianę
piersi sycącej poczętych z lepszej
prawej ręki światłości
kreślę trzciną
w nich jest muzyka
i najpierwsze strofy!
w lepkiej glinie
na początku było słowo
widzeniem
później zapachem kobiety
w końcu snem o potędze
szkarłatne od soków
i krwi

ODDYCHAJĄC
plezantrop
oddychanie to nie tylko spiżowy dzwon dalekiego kościoła
na morskim wietrze skrzydłem ptaka trącony
ani wyłącznie ta niezależna od nas czynność
pochłaniania świetlistych drobin wspomnień :
ona miała sukienkę w groszki
czy też
kiedy moja babka nalewała herbatę z chińskiego imbryka
albo
listonosz podawał przesyłkę pieczętowaną ze znaczkiem...
piłem tak piłem malując obraz ustawiony między nogami
jodeł pachniało żywicą i jakimś zwierzęciem : wilczo
trzy kawałki chleba jakaś butelka plecak podarty list
ot, motyl biały na wietrze
oddychanie...
w wenecji zapach oliwy i zapach szminki
spocony stanik na oparciu
kopia pieta vecelli anioły cherubiny nimfy
sztuczne woskowe kwiaty smak świecy
leżała naga biała ruda i spocona
spała oddychając kurzem via szczęśliwa
nieczęstym statecznym kurestwem i łożem
pierścionki włosów zadarty paznokieć
ślina w kąciku ust trzęsienie gałek pod powiekami
proces spalania wewnątrz komórek wspomnień
fotografii krytych sepią zapominania
byliśmy myślisz albo jesteśmy myślisz oddychając
żywiczną esencją wspomnienia tym takim dziwnym
kondensatem płaczu śmiechu wzruszeń ramionami
i ech, było minęło
jakaś inna smaruje teraz chleb dzwoniąc bransoletką
wdzięcznie z włosami wierzby chopinowsko mazowiecko
klawiaturka palców na ramieniu paluszek w kąciku ust
a, to pięknie tu - o, linia ta jak sosna
tak więc inna
oddychając pociągnięciem pędzla wierszem co może jutro zapiszę
albo i nie ale oddychając wchodząc na stopień schodów nagle
zatrzymam się
tak mam namalować ?
tak mam wiersz napisać ?
oddychając
czajnik w kuchni wzywa : herbaaataaaa!
więc inna rozstawia filiżanki i pamięta innego kogoś
palce na piersi księżyc w oknie ptak gałąź
o, serce moje o, duszo moja
byrony!
oddychając
wirujący w herbacie listek
oddychając jutrzejszym wczoraj
teraz oddychając
żyjąc

NORA
plezantrop
świtem
stawiam siebie na sztorc przed dylematem
jak do cholery przetrwać kolejny dzień
zwątpienia i moje
jezu znowu ranek każdy
szukając słowa
jak sterty liści przerzucam z szelestem
strony książek tropiąc odpowiedzi
trzeba mi tego faceta na rozstajach
tam podążaj, synu
chodzi mi po głowie wszawa myśl
zarażona dżumą rezygnacji
pójść w cholerę z tego oranu
codziennych udręk i badając na oślep
w jakich konarach wydłubać norę
natrafić na grunt odpowiedni
/żadnych rozmów po świty
i smrodu niezapłaconych rachunków/
móc wreszcie ochrą i różem indyjskim
rdzewiejąc w jesiennym słońcu
powiedzieć szeptem
ale mam fajną norę kochani

PRZESTRZEŃ POMIĘDZY
plezantrop
będę szukać dróg w labiryntach zwątpień
nie ustanę w oddychaniu drzewem trawą jastrzębiem
choćbym zastygał w rozciągliwym bazalcie odchodzenia
dostrzegłem bowiem że między trybami zegara
jest przestrzeń pomiędzy wczoraj a jutro niewypełniona niczym
postulat dnia :
wypełnić niewypełnione pięknie glazurowaną cegiełką
wspomnień o głupim jasiu i magłosi calineczce
kaczmarskim i bondzie hrabalu pod specjalnym nadzorem
kiedy w nieznośnej lekkości
spoczywać będę jakbym w zbożu buszował
między wieśniakami
tryby zazębią się wykwintnie jak szczypce homara
i wahadło ustanie jak spracowane końskie serce
zatem
wypełnić myślą ową lukę pomiędzy żaglem a powietrzem
doskonałą najczystszą iluzją podróży do indii korzennych
by odnaleziony nowy świat
mógł się objawić westchnieniem rozczarowanej ulgi kolumba
nareszcie

[c]
2005 plezantrop.
|