JONASZ amfibia
Są zapewne wiersze, w których chciałoby się zamieszkać
To nie jest ten wiersz.


I.
więc

umierał zwyczajnie powoli odwrócony
twarzą do ściany wybrzuszał się na boki
jak ryba wyrzucona na brzeg łapczywie połykał
każdy kęs powietrza czasem pukał w ścianę
(ta doskonała obojętność świata)

zdawało mu się że jeszcze trzyma ból na smyczy
więc przyszło mu umierać w brzuchu wieloryba
(jeszcze próbował przebić to papierosem)
nie będzie łatwo

ii
obchód

wietrzą smród poprawiają poduszki
strach za drzwiami postępuje dwa kroki na przód
drobne uderzenia serca tną na kawałki teatralną cisze

a teraz spokój

gładka tafla monitora bez żadnych zakłóceń
robak spaceruje po krawędzi szklanki

II.
wyszła z podziemia ostrożnie stawiając kroki
cienie płasko kładzione na ceglastej ścianie
jeden na drugim napis jak fontanna w oparach absurdu:
zakład czynny całą dobę

kontury powagi

wciągając powietrze smakowała
umarłych sprawdzała nadgarstki
nic nie znalazła

na dziedzińcu mgła jak sponiewierana biel
pobiegła w tę mgłę oszukana z szalonym tętnem pod skórą

po betonowej nawierzchni turlają
blaszany wózeczek fragmenty ciała połyskują
w ciemności mały skulony człowiek milczy
w prześcieradle

stygnie jak odcięta dłoń
niedbale rzucona w śnieg
trzeba iść (wiatr szarpie za włosy)
trzeba się schować w płaszczu

a

teraz trzyma świat za parapet żeby się nie rozpadł
nikt się nie śmieje prawie nikt nie płacze

ciągle przybywa żałobników z balonikami 


NOTKA
amfibia
próbował się oswobodzić
z pomocą samych tylko lędźwi
nie zdradzając oznak najmniejszego ruchu
całą jego nadzieją były teraz ręce
białe i nieważkie zwisały jak liny
walczył dzielnie jak topione kocięta
(nad miarę obciążone wreszcie poszły na dno)

mówiono, że potem widziano jego odcięte stopy
w słoju z formaliną, kiedy tamten
oddał się w ręce policji

notatka z Głosu Wybrzeża datowana 6 październik '95:
"Wczoraj, w godzinach południowych, nieznany sprawca
potrącił na przejściu dla pieszych kobietę z dzieckiem.
Po przewiezieniu do szpitala ofiary zmarły,"
  

 

misterium

tego dnia była wiosna. powietrze ciepłe
jak pościel. w ziemi zaczęły kiełkować owady
glisty wylazły przez szpary w nasypach.
płynęły stabilne jak żółwie. duże ilości szczurów
przebrane za gołębie wypuszczono z klatek. nie mógł jej zdjąć
z toru człowiek z żelazną sztabą.  

 

PIĘCIOKSIĄG KOBIET ŚWIĘTYCH amfibia
I. ewa
marzę o złamaniu zasad przysypiając
pod piątym żebrem z którego mnie ulepiłeś

wdycham miód pełną piersią
czuję się sobie potrzebna

jest we mnie zgoda na węża


II. kobiety abrahama
chcieliśmy przesypać dwie ziemie w jedno miejsce
teraz mamy usta pełne piachu & prawo do plucia

z rosnącymi brzuchami coraz mniejsi w środku
miało nam wystarczyć miejsce czasowego pobytu

wieża keter unieważnia wszystko

III. judyta
musieliśmy coś przeoczyć
coś się musiało stać o czym nie wiemy

na rentgenowskiej kliszy widać wyraźne pęknięcie
jeszcze wraca pragnienie powtórzenia pierwszej jazdy

zachowaj spokój! nie każdy głód jest mile widziany!
pod miękką kursywą czai się strach holofernesa

IV. magdalena
obłęd jak karzeł w ortopedycznym bucie
próbuje zmiażdżyć mi palce obudzona

w prostokącie martwej brzozy (lub innego drewna)
czuję klakson pod skórą połknęłam przynętę

(w powietrzu anioły płyną jak święte krowy)
-------zaczynam mówić do siebie-----------

V. maryja
więc spokój

stóp przybitych poranionych palców stygniemy
ostatnie wyznanie zdjęto już z krzyża


MASZ WYBÓR
amfibia
stoisz w drzwiach jak lśniąca ikona
piktogram światła pod zasłoną cienia

wyglądasz jakbyś wybierał się na stypę,
albo ślub. róża & kolec w butonierce. dokładny
pod każdym względem. koszula rozpięta. żebra,
brzuch pocięte gładkim brązem. więc wszystko
na ciebie pasuje. jak prawdziwa skóra.

władco widoków, które stwardniały w tobie

twoja twarz, twoje wszystkie twarze
 rozciągają się jak guma, otwierają i
 zamykają jak kwiat. jak guma, jak
 roztopiona stal. jak stal. stalowa twarz


ta radość, ten spektakl, to lśnienie
w twoich rękach jak topór & reduktor.
jeśli pozwolę ci zrobić to, co chcesz
powiedzieć, nawet pojutrze

to, czy mnie zranisz?

jeśli to zrobisz oddam ci swój strach,
jeśli tego nie zrobisz będę tobą gardzić

bać się, być pogardzanym,
to są twoje wybory  w pogoni za natchnieniem czyli kult krótkiej formy

zarzucił ręce jak sieć zagarnął
resztki pokruszonego nieba
kilka piór kilka wierszy

a jednak ptaki zdołały odlecieć

pustka
a w pustce zamęt

 

{c} 2006 amfibia