|
MLECZNA ZUPA
plezantrop
gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni
słychać trzask rozpruwanych kosmosów
napisać wiersz
niby rzecz prosta jak gotowanie na parze odległości
nie rozumiesz?
lokomotywa pokonuje mleczną zupę drogi
a stryjek podrzuca do paleniska drew i dolewa
kiedy gość w dom woda w zupę
a to nie rozum sobie, psiamać do diabła cholera!
czego tu nie rozumieć
gdy się korzenie myśli wpinają w materię przestrzeni
słychać trzask rozpruwanych kosmosów
no jakby się wysypały ostatnie grosiki z mojej głowy
na niebo i...
... sobie łyżką smętnie w talerzu babrzę matko
moja umarła jedyna i sobie i tobie tak myślę
na dnie wszystkiego zawsze jakieś dno talerza jakiegoś
a jak się trzyma dzieweczkę za rękę to się za uda chce
albo i za piersi chce i całować językiem namiętnie babrzę
w szklance co z herbatą i tak sobie myślę
ojcze mój ty umarły z kretesem a ja wiem czy jedyny
na dnie każdej szklanki jest wystarczająco dużo miejsca
na fusy wróżebne ty wróżbito jeden
coś mi wywróżył że żyć będę a kto poza puszkinem
nie żyjąc żyje?
gdy się korzenie
myśli...
no, to się myśli, po prostu - korzenie!

MONOLOGIA I plezantrop
tarasy mam we łbie a niżej jakieś morza
tu rybak tam jakieś sieci i zapach jodu
jeszcze mi chrzęścisz rozgwiazdą pod palcem myśli
a na szpilki wiatru solnego nawlekam bursztyny słów
że niby jakieś jutro i coś się jeszcze wydarzy epokowego
jak kiedy dwa ciała w zalanej żywicą ciszy przestrzeni
mozolnie rozpalać się zaczną
aż kroki na schodach
aż zaśpiew gdzieś w krzewach
aż nagle uderzy grom
wtedy
cisza po burzy zapachnie ozonem
starożytnie jak pocierany o sukno
jantar
dasz wiarę
jak mi cierpną nogi od tego stąpania
po wspomnieniach
a jak drętwieją ręce od usypywania piramidalnie
wspaniałych przyszłości naszych?
jaką łopatą - rękami gołymi językiem pazurem
jestestwem moim nieskończoną męką
kochaniem moim zachłannym jak paszcza
w powojach na stogu pod drzewem i we snach
pod krzyżem na krzyżu i krzyżując serca
rzeźbię epoki nasze z wydyszanych myśli
więc mam tarasy jakieś w głowie
i sypki zapach nadchodzących
czekań

NA ROGU PIWNEJ plezantrop
zębatą piłą dnia po krtani bo
znów się zaczyna ten najlepszy z możliwych
kto nie ma wyboru nie wybiera
dymiących resztek złudzeń z pańskich stołów
panie ładny na niebiesiech
wiesz że jak raz przyozdobimy nimi nasze zwątpienia
tak na zawsze pozostaniemy przyozdobieni
jako na początku tako i na koniec
czegokolwiek
są tacy co chcieliby mi
kurwa jasna wytłumaczyć diagnozą
że życie przeplata misterne elementy groteski
z płochym szyderstwem pulcinella
a pozostaje po tym syfie tylko guz
od walenia w łeb pałą przyziemności
i jakieś przeszłe zakurzone kobiety
faceci od witaj stary! aż do spierdalaj żesz ty!
oraz niezapłacony mandat za przejazd
tramwajem zwanym pożądaniem ich samic
tak to prawda
bluźniłem
na rany pańskie krwawe jak maliny patrząc
i wychodziłem z cienia katedry zimnej na skwar piwnej
a widząc jej nagie ramiona sądziłem
sam nie chcąc być sądzonym że ona też tylko o łóżku
i dwugrzbietej bestii horyzontalnej
pytała o klasztor urszulanek
zbłądziłem
jako na początku tako i na koniec
czegokolwiek

RESZTA JEST plezantrop
choćbym się codziennie katował toporami słów
wyłamywał gałęzie metafor jak ręce drzewom
na stos żeby prześwit światłem w nierozumieniu
jak zorza polarna jasny uczynić
i tak
spłonę w ciemności pełnej niczego
jak oderwane w locie ptasie skrzydło co niby frunie
a spada...
codziennie ten sam rytuał najpierw milczeć
zamkniętymi oczyma zaciśniętymi ustami palców
nic nie pisać, psiamać! jeszcze czekać aż dojdzie
przeszłoroczne widzenie okna kobiety sufitu
wtedy a jeśli nie? najdzie no to na pewno nie
i tak rzecz zostawić nieschnącym inkaustem wizji
przyjdzie odejdzie przyjdzie
choćbym łeb w studnię bezdenną wetknął i tak
napotkam dno czapkami błazeńskimi usiane
i szydercze usta
a coś ty tu napisał hahahaha
no, napisałem hahahaha
aż mi się śni strzygą po nocach ta moja
niewykopana pod konarem niegdysiejsza
nora
żeby zrozumieć co ciszą
a co błazeństwem
wielu

Z SZAFOTU plezantrop
ja się umiem zachować
na swoją egzekucję przyniosłem teczkę papierową
a w niej pożółkłe liście na każdym wiersz
wszystkie spadały koliście bezszelestnie
osobno
z każdym
kolejnym
skórczem
życia
taka jest moja linia obrony
o, tak było i tak było mówię nie inaczej było
usiłując przybrać na powrót drzewokształt
tak było w istocie
kiedy poluźnili kołnierzyk i podgolili włosy żeby
broń boże nie powtarzać nudnego ceremoniału
rąbania i się nie pobabrać soczystością anemicznej krwi
to takie nieestetyczne panie i panowie element cyrkulacji
poezji wyłuskany jak pieróg z barszczu
toż to dyskomfort na rany!
zapaliłem skręta ze wszystkich moich
rozstajnych zadymionych gościńców wątpliwości
między dwiema i dwiema ścianami
i między jedną a drugą prasą sufitopodłogi
ściskają się eony mnie
interrogacja nowego dnia kułakiem za gardło
jakieś wątpliwości jakieś zapytanka chcemy z nami wojenki?!
zmienili zdanie
wyciekam do miski czerwoną strugą
z obu miłujących przestrzenie
dziurawych sandałów duszy

ŻEGLOWANIE plezantrop
wiesz,
zapewne powinienem odczuwać rodzaj melancholii że
wymarzone indie okazaly sie wyspą dosyć egzotyczną wprawdzie
ale tylko wyspą
zwyczajowe rozczarowanie odkrywców :
miast wonnych korzeni orientu - kocioł ludożercy
poeci strząsają popioły siebie za pomocą palca wskazującego
wprost do urny bez tego napisu wieszczowi wdzięczny naród
a w rozlanych morzach kaw drugim palcem
wskazującym na atrofię nadziei
kreślą locje dróg do przebycia albo przebytych
tam płynąłem a stąd wracam i nie na odwrót admirale
jeśli zatem dusza poety jest kulista
a grawitacja uczuć funkcjonuje nieprzerwanie
dlaczego spadam z antypodów codzienności
w obliczu zwykłego
słuchaj, życie to nie tylko poezja
może dlatego że nie mam w głowie
żadego sekstansu wszechwiedzy
stąd poprzez dotąd
zapewne

{c} 2006 plezantrop
|