|
***
jan rychter
była wiosna
gest ojców naszych który
spładzał ziemię
siew
kulty i wzrost roślin
litanie z trzewi ponad liście drzew
mleko i miód
mleczne owoce owiec czarne
szczyty gór wydarte wzrokiem z nieba
mgliste miraże nowiu
siekiery i noże
był czas gdyśmy polowali
był czas gdy rżnęliśmy zborze
żołądki pełne wody światła
święci w szepcie zaklęci
przekleństwa na marmur
bałwochwalcze posągi na boskie rozkazy
posągi próżne miedzią
przymierza z tęczą i posoką
zamarzające jeziora
cięte
pielgrzymki na rozdroża
łamanie kolan dla kaprysu czasu
ofiary opuszczają ołtarz
przybliżył się wtedy wieczór
gdyśmy wzdłuż szumu jękiem rąbali drzewa
by pustka
by pustka była
z rąk laliśmy kadłub brył
stopnie świątyni bez szczytu
drabiny bez wierz
chaty z wióru kości i chleb
wino i pot
taniec błysku w karnawale zmierzchu
posiłek po środku koła
zbyt wiele
zbyt ogromny krąg dla zmysłów
pomazaniec pomazany palcem ludu
że to wszystko trzeba
przejść do końca
czas znaków
chrońmy ciała od powietrza i głodu
palmy ciała
od chłodu
trzask włosów i mrużenie powiek
skowyt
noce potem ślepe ramy okien
obraz odart z oczu
ogląd głęboki z głębi
swąd zgniłych gołębi
zawodzenie ust
dni ryku
pożar wiosek
spazmatyczne uśmiechy okopconych głów
palce wzniesione wysoko
palce płonące w niebo
odwrócić
odwrócić kierunek ogromnego wiatru jaki uczyniła
biel z dziobem trzecia
zagłada skon
zgon twój głosie bez imienia
usprawiedliwia me życie
wojna wojna
sztandary kurzu
szarpanie ciał
zbliż się
by
ptaki znają drogę w powietrze
ptaki porzuciły ląd
nie ma deszczu
ale kałuże popiołu nie wyschną

WÓDKA jan rychter
cykuta jest przywilejem cesarzy
nam pozostał alkohol
nieskończona agonia wódki
przez przegniłe trzewia
enklawy zmatowiałych oczu
nieruchomość i brak równowagi
przewodnicy ścian
betonowe stoły chodników
betonowe krzesła schodów
betonowe bary
zakurzone łoża trawników parkowych
dom na ulicy
nieczułe gardła nie pragnące
zapomniany oddech
drżenie rąk
i wielkie uspokojenie
tak obca pożądaniu że
nigdy nie znaliśmy jej smaku
pijemy wódkę za nikogo
z martwych i próżnych kieliszków

....................
jan rychter
kiedyśmy zaczęli łupać kamienie nic już nie było jak dawniej
bogom wyrosły wymiona i rogi
kwiaty pod kopyta i stosy w rozbłysku
słupy pod niebo bezchmurne bezświetlne
zadeptane ścieżki snu
trzeba było dalej piec chleb
łowić ryby i
z gliny lepić naczynia
teraz się chleba nie piecze
symbolika roślin
antyczne budowle pustynne alfabety
dziś
nie do rozczytania
przed laty przed czasem przed słońcem
nie jesteśmy już dziećmi
a bogowie boskimi
rozdarte są góry rykiem bez ech
stawiliśmy pomnik ku zgubie
rzymianie otoczeni zbytkiem
kielichy pełne suszą
nagie ciała odległe dla dłonie
całkowicie płaskie poza zasięgiem palców
grzmot trąb z sal pustych
przepych bizancjum
spuchnięte ofiary gorejące tętnem
dym rozrzuconych pościeli
ogołocone pozy wrzasku gwałt
blade obrazy bez barw
i rozpacz ruchu kreśląca krawędzie
iluzoryczność przedmiotów
wieje wieje wieje
w kaplicy bez okien i drzwi
nieodgadniony marmur ołtarza
wizerunki o ludzkich twarzach
co jesteś który jesteś kiedy ciebie nie ma
czemuś się tak poniżył
szalona jest piana pośród wzgardy wagr
ślepe są oczy zmatowiałe w
obliczu bieli
wtedy zeszliśmy z gór na wieczór
obozy
kręgi
namioty
wodopoje
miraże
ci głodni pasterze bez owiec
żrą posągi niegdyś czczonych zwierząt
kiedy minęło lato przestaliśmy
mówić nasze imiona na wiatr
starty jest kształt i zapach bez woni
żaden z nas żywy wśród drzew już nie stoi
tu
pogłos wybity bez przeszłości liści
szum oddzielony od gałęzi
przemienionych w dym
nie wejdziemy już więcej do lasu
nikt z nas
bo lasu nie ma już
jest dom
ludzie potrzebują wojny drzewa światła
tylko
kołysanie armii w mętnym sztandarze zmierzchu
kruk
marsz i komendy na próżno
nikt z nikim przeciwko nikomu
w niczyje imię
nikt nie ocalał
rozorane są piersi kwitnieniem drwa
zmiażdżone są karki ciężarem ziemi
a w rękach błyszczy stal
cóż posialiśmy na przemglonych polach
cóż w głąb wepchnęliśmy w upale południa
zgrozo
wściekłe są psy karmione krwią naszą
i nie szczekają
lecz gryzą
a po łzach spazmie i utracie słuchu
po zaklinaniu przekleństwach i dumie
po czasie który starczy za jedyne amen
uzbrojeni mężczyźni
mówią do mężczyzn z bronią
wasi bracia nie żyją
wszyscy
lecz końca walce nie będzie
jest
jakbym przyszedł na świat przed laty
jest
krzyk i ból
spustoszone fotografie miast zrównanych z ziemią
domy które zostały zburzone
miejsca znane z dzieciństwa
osoby do których mówiliśmy a które dziś
są martwe
gdzież są
dym z ruin
wystygły popiół pamięci
zaklęcia pozbawione mocy
cykliczność wzrostu księżyca przeciw nam
w dal w dal
widzę
jestem skazany
dom stał na wzgórzu skalnym
głuchy i szeroki jak pęknięte płuco wichru
wyschnięty i blady
u kresu swych sił bez granicy poza
wzniosłem dom swój na spalonym piasku
i stoi
dymu pełen
ogromny i bez kształtu
jak słowo bez desygnatu
jak słowo bez ciała
czegośmy szukali pośród skał
czyż nie wody do naczyń
czyż nie nazw dla rzeczy
lecz
próżne były szczeliny
jedynie kamienne i suche
tak bardzo
tak bardzo że o głaz
podparłem swe szczątki by wzrosły
na postrach
ogień jest przede mną i za
niosę zniszczenie i pogrom
czy pustoszę
niosąc płomień niosąc gorąco niosąc blask
cóż może mnie obchodzić śmierć kogokolwiek
mój ród wygasł i nie ma go
moją ziemię ptaki rozniosły na wiatr
nigdy już nie wrócę do domu
nigdzie nie idę już
bezpieczne jest łódź nasza na wyschłym jeziorze
śmiertelnie bezpieczna
dopóki nie wyrwę was

NIECH I TAK BĘDZIE
jan rychter
gdzie się urodziłem
kolory ścian którym nie nadano nazw
dzikie plemiona
dzikie czasy
miasto miraży kute na grobowiec
miasto klepsydra bite w środku dnia
miasto
poza miastem
gorejące bramy
groteska tak prawdziwa
jak przymierza ryte pośród szczytów gór
symetryczna obcość tworzonych obrazów
w naszym mieście nikt nie mówi językiem nikogo
nikt niczego nie pragnie
milczące armie w ukrzyżowanych ulicach
gdzież jest ten któremu by rękę unieść należało
gdzież są oczy szalejące niewidocznym błyskiem
gdzie blada pogoń w gasnące otwory
gdzie wicher
gdzie wicher skoro wszystko sunie w przód
szliśmy śród nocy
wszyscy
każdy dłonią dotykał drugiego
każdy śmierć wzywał po kolei
wszyscy
z dnia na dzień
umieramy trochę
u bram miasta wszyscyśmy wzrok stracili
u bram miasta
w polu wzroku jej
widzieliśmy takie pustkowia że nie da się o nich mówić
w ludzkim języku
nie ma słów aby je opisać
nic
kadzidlana woń i dym spalonych ofiar
towarzyszyły mi gdym opuszczał miasto
ja
żer
ja
ruch ognia
ja chrzest
gilotyn
serc Azteków płynących z wyższych stopni słońca
kogutów dla Jahwe
kozłów dla Zeusa
byków dla Junony
dla Thora Chrystusa Buddy Siwy Trojana Allaha
dla mnie
dla mnie ludzkie mięso i kości
drewno i kamienie
strzechy domów mosty miedź
strzępy wiatru w zastygłych ulicach
wszystko
przeminęło
już nie czuć nic teraz
już nic mi nie czuć
kobiety zawsze odchodzą od takich jak ja
matki kapłanki kochanki ziemie
najadłem się w życiu popiołu
nałykałem dymu
jestem czcicielim ruin
czczę ruiny
gdym znalazł się poza miastem
szedłem skrajem piekła
skąpany w kurzu rumowisk kiedy zgliszcza
ledwie się już tliły
lecz nie wszedłem w krąg
nie bawiłem się w chmarze chorych dzieci
ostrożnie stąpałem po stygnących szczątkach
aby to opisać
jest tyle rzeczy których nigdy nie ujrzę
poranki dni pod sczerniałym niebem
ruch słońca równoległy do powierzchni ziemi
antyczne budowle wypełnione ludem
druidyczne ognie
posągi obrośnięte bluszczem
gawry niedźwiedzi
legowiska lwów
ptasie gniazda
tajemnice mórz
pokaż mi
pokaż mówiłem do tego co nie słucha
pokaż mi
pokaż
ekstatyczne milczenie
i rozpoczęło się
rozgrzebywanie popiołów
pustoszenie wnętrz z braku nowych ciał
trzeszczenie i charkot
kreślenie magii w zasuszonym bagnie
i zaledwie znak
niezrozumiały monument słów
tchnie ogromem
nie mogę umrzeć
nigdy nie widziałem wzrostu traw

[c]
2006 jan RYCHTER |