|
ONA
błażej j.klajza
choć bezpośrednio nie stanie się żadna
w małym szaleństwie nutka filozofii
ziarnko do ziarnka aż zbierze się prawda
w postępującej świata entropii
właśnie wychodziłem zadzwoniła Wena
a tak bardzo chciałem dostać bukiet irysów
a tak bardzo dostałem po mordzie
nie piszesz mój drogi od czasu pewnego
nie łasisz się do mnie nie tęsknisz
kolego co cię tak bardzo od pióra odrywa
halo kochany to ja Wena twoja
wciąż żywa
zamknąłem usta błyskawicznym zamkiem
by woda za szybko nie uleciała
irysy szlag trafił
przepraszam dałem ciała ale to wszystko
ta polityka ten zegar bomba co w głowie
tyka i skoncentrować nie mogę się wcale
pal licho pisanie
pierdolę zapalę
a ona dalej na kablu wisi żale już krzyki
ja chcę irysy
i dręczy i wierci mi w brzuchu dziurę
czuję jak złuszcza mi się naskórek
ja znów rymuję
a w głowie myśli walą młotami
wciąż ta sama śpiewka pomiędzy wersami
choć bezpośrednio nie stanie się żadna
w małym szaleństwie nutka filozofii
ziarnko do ziarnka aż zbierze się prawda
w postępującej świata entropii
i nagle sygnał przerwała rozmowę
zachodzę w głowę
co stać się mogło jakim sposobem
w jednej minucie tuż przy mnie obok rozpromieniona
irysów bukiet i rozpalona
Ona
poezja niezrównoważona

TAJEMNICA ALFONSA S.
błażej j.klajza
są takie wieczory kiedy ręce schowane
pod kołdrę nie powstrzymują pełnych
chciałoby się kształtów niemożności
wtedy S. płacze jak dziecko któremu
zabrali szpadelek po raz kolejny zrywa
plakat z roznegliżowaną dziwką a może
to kalendarz przypominający ostatni raz
farmakologicznie wspiera się raz w tygodniu
podnosi nie tylko na duchu i płaci za przechodzony
towar wcale nie taką grubą kasę jak w towarzyskich
S. uwielbia ten dreszczyk emocji kiedy
on z pałą w środku a pała na plecach i ten
zimny wiatr tnący zakola dźwięk łamanych
obcasów i brzęk stalowych bransoletek
nowy plakat kalendarz cokolwiek
dni od niespełnienia do niespełnienia
i wieczory tak puste jak puste te butelki
na dnie których nawet żal dawno wysechł
są takie wieczory kiedy S. chodzi do pracy
bez wspomagania z wypchanym portfelem
zbiera za miejscówki i na zakupy do Cześka
niebieskie niebiańskie na raz w tygodniu

HART-KLON
błażej j.klajza
moja potrzeba nieśmiertelności nie rodzi się z lęku
to raczej pewnik jak seks w kuchni na kozetce
jak obiad z dwóch dań spóźniony pociąg donikąd
i tylko niewielkie fragmenty fenomenu życia
szeptają w tle że i tak umrę i na nic biadolenie
większości o możliwościach współczesnej nauki
cielesna nieśmiertelność w klonowanym ciele
pełen sprzeczności nielogiczny oswajam się wolno
z możliwością wieczystej dzierżawy nowego ja
identycznej marki kodu z niedorozwojem intelektualnym
lub ziemi trzeszczącej w zębach pod wiekiem dębowego pudła
pierwsza możliwość napawa goryczą z domieszką słodu
redukcjonista kolekcjonujący worki z ludzkiej skóry - byle wiecznie
druga - a może pójdę do nieba czymkolwiek ono jest
moja potrzeba nieśmiertelności nie rodzi się z lęku
przed śmiercią przed obietnicą żydowskiej kabały
naturalnie z ciała do ciała tak jak inne szynki z marketu
spróbować sklonować duszę

C'EST LA VIE
błażej j.klajza
tutaj
gdziekolwiek
papier do dupy dupa do papieru
piorę gacie w proszku E
nie wiadomo kiedy przyjdziesz
czas pozbyć się sera
feta spod napleta
i żubr co powstaje z jęczmienia
marzenia
pilot
nielegalny odcinek
meksykańska opera mydlana
jeszcze nie teraz
poczekaj aż skończę czochrać bobra
zasieję
nadzieję
białą spermą w kąciku ust
gównianym
koralikiem i miodem
pałeczki do czyszczenia przeterminowane
przybijam jaja gwoździem do taboretu
kabaret
wazelina
analnie
jebać w dupę grzybowa najlepsza
zliż ostatnią kropelkę

LETE błażej j.klajza
oby nam się żyło lepiej
starzec z brodą sięgającą kolan
oblepiony paskudztwem pogody
plugastwem słów szczerbaty w uśmiechu jakaś gorycz
ale ręka na powitanie
ale mądrość z oczu
oby nam się jakoś
beznamiętnie odpowiadam i znów poszukuję
nekrologów w gablotach nie z tego czasu
w niebie wolne etaty dla artystów
na czas określony z dwutygodniowym okresem
wypowiedzenia z prawem do powrotu
oby nam nie zabrakło sił
przyjazne klepnięcie w ramię skrzydłem
mój stróż puszcza oko uśmiecha się szczerbaty
może przejdziesz na drugą stronę
ulicy

{c} 2007 błażej
j.KLAJZA
|