|
|
JEDNOLITOŚĆ W DWUTAKCIE
rafał bielański
ofiarowałem swoją bezczelność w zamian
zaśpiewasz dla mnie wieczorem
z odległości metra wywołasz orkan
osuszysz resztki błota
podmuchem usuniesz wilgoć z czoła
w moim prywatnym schronisku miejskim
dopalę końcową scenę z poziomek
nawet mi Ingmar nie przejdzie przez głowę
za ciasną i odwróconą w inną stronę
popłaczesz wtedy na bordowo
farbuje ci nowa sukienka
bezbarwnie ujmując to wielki talent
by tak dopełniać watą cukrową
chłodem oberżyną i programową czernią
to co pomilczymy? czy w tempo piosenki
zagranej na biodrze w rytmach etnicznych
kopniemy się w tyłki w tym samym momencie
i zwiną nas z podrzędnej ulicy
każdego i każdą w inne miejsce

ABAKAN PRZEZROCZYSTY
rafał bielański
Widziałaś kształty z górnych partii bawełnianych krokwi.
Plenery chowały przed tobą cienie a cienie rosły w innej poświacie.
Nie rozumiały przestrzennych odniesień. Pozlepiane urywki
kalendarza wypełniały pokój dzienny, jaskrawy od metalicznej
folii pokrywającej obudzone stworzenia.
Przesuwasz ręce po krawędziach; nie dotykałaś się dzisiaj,
a jest to dzień, w którym obsypią nas okruchy
czcionek – z akt sprawy o posiadanie własnych przeżyć.
Zwlokłaś mnie z łóżka. Przykleiłaś do ziemi. Leż kamieniu,
nie patrz w poprzek światła. Zapewnię ci dostęp do środka instalacji,
ćwiczenia na bezczynność, oddychanie beztlenowe. Przechodzę na drugą
stronę galeryjnej poczekalni. Panuje tu względna nieruchomość.
Żyjemy chyba wolniej niż zwykle, pomiędzy warstwami szkła
upchanymi u nasady kręgosłupa.

CYKLOPI
rafał bielański
mogli wykraczać ponad nieznośny kształt
własnej fizycznej okazałości mieli po
kilkanaście lat i łatwopalny wzrok i dotyk
nie odkryli wzoru na pojęcie śnienia zbyt mocny
pancerz i kilka splotów żył i mieli matkę
co od niechcenia mówiła im jak trzeba żyć
tak pochyleni nosili na plecach górne drogi
oddechowe świata byli odpryskiem od kamieni
zakopanych w grotach ukrytych w szałasach
skazani za gniew tłumiony piachem
za nadużycie ludzkich przymiotów
jak setki słów we własnej obronie
padali zmęczeni nieskończonością
każdy przy swoim popielnym grobie
pędzili poza siebie unosząc się nad sobą
z wypaloną raną w mętnym oczodole

EKSMITER
rafał bielański
Fioletowa opaska smuży rękę, przypomina
ucisk stazy. Szafa odsłania niedojedzone papierówki,
wysłane kiedyś listy do siebie, wyrzuty
na hiperkacu.
Wyciśnięty, wypluwam się na ścianę
Pomiędzy siebie, meble, końcówki napięć
i pokrewne wydzieliny.
Rozmycie gaussowskie na suficie porusza się;
podpowiada: jestem twoją
twarzą wyobrażoną wtórnie, oddaną do
odbicia w innych oczach.
Luminal podany z pędzla do powiek
prosto w kąt ostatniego spojrzenia. Z biurka
zerkają bezmyślnie okulary - zastępowały mrużenie,
zapewniały trzeźwość.
Plandeki, pudła, pokrowce. Męczę się pochylaniem do ziemi
po każdy zakurzony oddech. Wśród dźwięków
pchających się w rozpiętość przeciągu wstrzykniemy sobie
pojednawczą ciszę.

KINO NIEWYGODNYCH FAKTÓW
rafał bielański
właściwie w tej scenie to już wszystko jedno
większość pomysłów poszła na wygnanie
nie wrócą chyba zbyt prędko
prowadzą otwarty konflikt z wartościami
w uszach zasysa się zbiorowy rechot
tak zwanych osobników dominujących
wszelkiej maści wrednych skurwysynów
będę im przeszkadzał w miarę możliwości
wewnętrzny bohater rozlał się na płuca
domaga się misji – mówię że to odma
młodsi palą wciąż to gówno
starsi jednak tradycyjnie - wódka
stoję w odległości kilku złudzeń
tyle na ogół wystarcza
zakładam obronną eskalację chłodu
zastępczą twarz zasłaniam ręką
wspólnota uplotła ozdobne pętle
pozorują zbiorówkę w końcowym ujęciu

{c}2010
rafał BIELAŃSKI
|