TRYGON rafał bielański
jestem dla ciebie zbyt węzłowy 
palce nie mają siły sprawczej 
namaczasz w kwasie moje słowa 
kalibrujesz myśli 
nieodwracalnie 

po zbyt mocnej kawie 
popadam w nietykalność 
erotycznie niezdarna 
poprawnie kłótliwa 
na odciętym języku 
rośnie samozachwyt 
rozpisuję sobą wzór na naiwność 

zatopiliśmy odlew saturna 
w zabytkowej balii z rtęcią 
w układach tanecznych 
ciał pozaziemskich 
atramentowe lody 
i turbulencje 

wyraźny przyrost 
czystego szaleństwa


GRÓB BEZPAŃSKI
rafał wierzbicki
brunatnik zaczyna kopać w poprzek 
na jednej z głównych ulic jerozolimy
chasydzi widzą i nie syczą 
czytają drzewo kosińskiego 
nie są na tą chwilę zbyt roztropni 

/głębokość dziury wystarcza dla przeciętnego 
trupa wielowyznaniowego 

ah-medzi sprzedają gumowe godzille 
chrystusowcy udają palladynów 
w dobrych szmatach z popularnych sieciówek 

/trupa ubrać należy schludnie 

korzenie europy porasta zamsz 
wzmacniany zapachami włoskich kreatur mody 
nasze wizje LEF* jakiś saracen zapisał 
na jednogigowym pendraku 
wpuścił w nurt ścieku wpływającego do 
jordanu 

/wysokość dołu zapisana jest w biblii 

jest rok któryś tam tysięczny 
ktoś odkopuje grób polskiego turysty 
w pobliżu rozległych złóż relikwii 
________________________________ 
* liberté, egalité, fraternité, czy coś tam


MALOWIDMO
rafał wierzbicki
płyń z dala od lądu 
do utraty woli i skrajnego wyczerpania 
tam panuje niepamięć nadbrzeżna 
bezsenność zrasza skronie kroplami 
światło wypala na nich rdzawe piegi 

nie było cię wtedy 
sam kopałem groby 
i lepką mazią uszczelniałem pomnik 
w urnach tylko piach i jabłkowy ocet 
symbolika życia w oparach toksyn 

jeśli wrócisz 
w widocznie zmienionej postaci 
na powierzchni wody zakreślimy smołą 
prowizoryczny wykres rozczarowań 
sok z wodorostów zastąpi atrament 
roślinna faktura wypełni obraz 

zbyt długo tonęłaś w mętnej akwareli 
aby teraz umrzeć wypełniona czernią 
mrugając na koniec pigmentem tęczówki 
w scenie z własnego plakatu


SUKKUB
rafał bielański
To mój pierwszy sezon. Odgrzewam bałtyckie sushi. Sequel był 
nie do strawienia na ciepło. Oblizujesz przezroczyste ręce mówisz 
- odstaw woka, wyłącz piekarnik, odpal powitalną rakietę w chłód korytarza. 
Idę do ciebie rozebrana z wątpliwości, gotowa na alegorie i podsycanie, 
palenie kadzideł z prawdziwego opium; otumanią ale zrobią więcej miejsca 
na wyszukane słowa, szamańskie recytacje. Przychodzę z misją niepokoju. 

Staję się słodkojadem - drzewem ukorzenionym w ciepłej glinie, 
tylko dlaczego tak mało powietrza i parują spojówki. Lewa ręka 
nie jest oświetlona; pozostajesz częściowo na planie 
ciemnej materii. Nie próbuj dotyku, nie jesteś...


ETAP NADSKURWYSYNÓW
rafał bielański
w podmiejskich klatkach tłuką się goliatki 
działalność rozumu zapina rozporek 
duszno kurwa i jakoś nie mam humoru 
szybę w oknie filtruję photoshopem 
zaklejam oko ukośną soczewką 

jeden przechodził mi wczoraj pod nogami 
jutro już zastawię sektor pułapek 
nieważne – poświęcę skrzynię z narzędziami 
z chemii domowej wykonam truciznę 
na garb założę neuroskafander 

i koniec z tłumaczeniem o ciężkim dzieciństwie 
o ojcach trenujących po domach krav-magę 
o matkach karmiących skażonym litem 
hodujących seryjnie kolejnego gada


MAKROOHYDA
rafał bielański
może to warszawa a może gdzieniegdzie 
ogłoszenia na dworcu biją przechodniów 
lot autobusem uprawia kelner 
sfora pekińczyków gra w wietnamskie kości 

billboard na rogu zamienia się w szafot – bezwiednie 

ucieka windą tysiąc karakanów 
z balkonu drapacza komar rzuca dzidą 
potoczne słowa leżą na hamakach 
w sklepie z zabawkami wybuchł telewizor 

w galerii tempery otruły marszanda 
w kanałach miejskich pływają rekiny 
na mostach uzbrojone lądują gołębie 
płyty chodnikowe zmieniają się w miny 

w czapkach niewidkach biegniemy po dachach 
niezauważalni dla źrenic tego tłumu 
krawędź obrazu zakrzywimy w kaskach 
żeby nie skaził nam resztek rozumu

{c}2010 rafał BIELAŃSKI