|
|
MROCZNY UPAŁ
sławomir majewski - plezantrop
(Fragment)
„Profesor D. Gordon Tucker z University of Birmingham stwierdził: Wielokrotne podpływanie w górę i ponowne opadanie w głąb toni sprawia, że wydaje się nieprawdopodobnym, iż mogłyby to być ryby. Pokusą jest stwierdzenie, że mogłyby to być wspaniałe potwory”
Oświadczenie prasowe „The Loch Ness Phenomena Investigation Bureau”; 1968
Trzy czekoladowe, dorodne prostytutki i alfons o lśniącej, orzechowej twarzy Gandhiego, siedzą obok bufetu śmiejąc się głośno z dowcipu a może uciesznej historyjki i poza nimi na sali nie ma nikogo, bo już nadchodzi świt a od szeroko otwartych okien napływa słony powiew, szum morza i buczenie statków. Barman kończy pucowanie szkła, wyrównuje szeregi butelek a w kiblu, za cienkim przepierzeniem pijana kobieta wrzeszczy histerycznie
- Zostaw mnie, ty stara kurwo!
potem rzyga głośno, krztusząc się i charcząc, a z przyciszonego radia wycieka gęste, chrypliwe Nobody Knows You When You're Down And Out z 1930, tej wspaniałej Bessie Smith. Nagranie z 1930? Tak, z 1930.
Barth od godziny siedzi samotnie na tarasie, patrząc w ciemne wody Zatoki Walvisbaai i nie chce mu się wracać do pokoju, mimo że w jego łóżku śpi Tjingee, którą nazywa Mała Mary; jego ulubiona miejscowa dziwka z ludu Ovahimba. Barth poczeka jeszcze z pół godziny a później, jeśli nic się nie wydarzy, obudzi Tjingee, spakuje walizkę, zejdzie do recepcji oddać klucz i odebrać rachunek i pojedzie na lotnisko, no bo skoro ekipy nie ma, to filmu nie będzie, więc on tu po co? Jakby żaden pieprzony skurwysyn nigdy nie słyszał o telefonie!
Gdzieś zadzwonił telefon a po chwili zmęczony, uprzejmy barman stawia przed nim aparat.
- Panie Barth, telefon z Londynu.
Podziękował i wziął słuchawkę; słuchał uważnie długo kiwając głową i wypuszczając z ulgą powietrze; kazał pozdrowić wszystkich i odłożył słuchawkę. Do pokoju wrócił schodami, pozwalając śnić staremu windziarzowi; po drodze nucił sobie Nobody Knows You When You're Down And Out z 1930, tej wspaniałej Bessie Smith, a potem obudził Małą Mary i doznał poczucia ogromnej, niezawinionej winy patrząc w skośne, żółtoorzechowe oczy pod rozpaczliwym tytułem: zabierz mnie stąd!
- Mała Mary... Tjingee, posłuchaj... Jeśli kiedyś, przypadkiem...
W jego głosie jest coś, co powoduje, że oczy Tjingee rozbłyskują nadzieją. Tak, nadzieja, paliwo ludzkości, myśli Barth kiedy schodzą do restauracji, gdzie na chybcika wypija duszkiem jeszcze jedną wódkę, płaci, żegna dziewczynę niekłamanie czułym uściskiem i namiętnym pocałunkiem i że to tylko kilka dni, obiecuje raźnym głosem.
Raźnym głosem mówi do taksówkarza
- Na lotnisko!
LOT
Na pasie czeka stary ale dziarski DC-6 Independence, który najęła dla niego Wytwórnia, żeby mógł bez chwili zwłoki polecieć po rozbitków; więc bez chwili zwłoki ściska dłonie pilotów, weteranów wojen z czarnymi partyzantami i bez zastrzeżeń przyjmuje zapewnienia o niezawodności ich latającego kumpla a teraz, lecąc nad sawanną w kierunku Ruacana w regionie Omusati, gdzieś na granicy z Angolą tam, na Północy, myśli ja to mam pecha, cholera! I zapadając w krótką drzemkę myśli, że niczego nie potrzebuje. Mary? Jest tam, na wysokim stołku przy barze, czekająca klientów i lepszego jutra w szklance z wódką i zimnym lemon-squashem albo śpi w swoim domku królewny, z niebieskiej blachy po rozciętych i wyklepanych na płask beczkach po paliwie, pełna nadziei, tego paliwa ludzkości. Zawsze jest jeszcze Barbara i ta nowa, Eunice, myśli; a za kilka dni ma przylecieć Gwen. Och, Gwen pomyślał, Gwen...Westchnął czując w żołądku chłodny niepokój.
Leci ponad wszechświatem sawanny myśląc o ekipie. Po awaryjnym lądowaniu utknęli z całym sprzętem na totalnym zadupiu, a wiadomość o tym przyniósł do obozowiska amerykańskich geologów jakiś młody wojownik Himba, o pięknych pośladkach i twardej włóczni, jak obscenicznie scharakteryzował go Jackson z Wytwórni. Zasnął. Śni mu się, że jest w muzeum i patrzy na obraz Waterhousea „Miranda” a widzi postać z książki Fowlesa „Kochanica Francuza”, a chwilkę później to ujęcie, na którym Maryl Streep stoi na falochronie oszołomiona deszczem i pianą przyboju, zupełnie jak Miranda z obrazu a oszołomiony jej widokiem Jeremy Irons patrzy oszołomiony. Pamięć jest równie potężna jak wyobraźnia, myśli, bo zawiera wszystkie elementy trwania umysłu: obrazy, smaki, zapachy, dotyki; wszystkie odcienie i szarości, wszelkie wątpliwości i rozterki, wszystkie pewności. A także gorycz. Więc stoi patrząc na obraz i chociaż jest teraz i tutaj, to jednocześnie wtedy i tam, kiedyś i w innej przestrzeni. Przez sen wymamrotał z rozczarowaniem, że zapach średniowiecznej cegły i zaprawy w katedrze jest pełen głosów i szeptów. Obudził się.
Lądowali na krótkim pasie startowym, kilkaset metrów od skupiska rozpaczliwych bungalowów krytych niebieskawą blachą, ustawionych w półkole na kształt corralu dla wielbicieli safari o cienkich portfelach. Boże, co za nędza, pomyślał prostując nogi i grzbiet, pierdząc cicho, schodząc po odrapanych z farby schodkach podstawionych przez wesołych, dziarskich, przyjaznych chłopaków, idąc coraz to bardziej szparko w kierunku czegoś, co wskazali mu jako kapitanat i wieżę kontroli lotów. O, matko! myśli idąc pasem, no i jak oni chcą ściągnąć nadzianych Amerykanów czy Japońców czy chuj wie kogo bogatego, bo żeby wyjąć to najpierw trzeba włożyć, zupełnie jak z kobietami, myśli i wtedy widzi swoich biegnących ku niemu z radosnym skowytaniem.
Ściska każdego z radością radosny że żyją, że są cali i zdrowi a przy obiedzie słucha z uwagą ich chaotycznych relacji i potem, kiedy przycichli, kiedy odsapnęli po tym żarciu, gadaniu i wyszli po sprzęt i bagaże, bezlitośnie opierdala tamtego pilota, który zrezygnowany pije ciepłe piwo, mamrocząc o sile wyższej. W końcu machnął na niego ręką i wraca na pas, gdzie ekipa przeładowuje skrzynie, paki i walizy do starego, ale dziarskiego DC-6 Independence, pamiętającego bitwy z murzyńską partyzantką i zarośnięte pleśnią wojny z Kubańczykami i Ruskimi w Angoli.
Więc byli cali i zdrowi, nie licząc kilku zadrapań i paru nieważnych siniaków, a że sprzęt zabezpieczony w aluminiowych skrzyniach wyściełanych szarą sztywną gąbką był w całkowitym porządku, więc ładowali wszystko do DC-6, wyklinając tamtego pilota, dziękując Wszechmogącemu za uratowanie. Spoceni ale szczęśliwi, szczęśliwi bo żywi, żywi ale wkurwieni zapewniali się wzajemnie, każdy każdego z osobna i wszyscy wszystkich naraz, że już kurwa nigdy, ale to nigdy w życiu, no choćby, kurwa, nie wiem co!
Załatwił formalności, podpisał parę świstków, uścisnął ręce szefowi lotniska a potem wyszedł przed hangar. Drapie szczecinę na podbródku a słysząc ciche powarkiwanie, odgania kamieniem chudego ryżego psa o wrednym pysku. Popatrzył, czy nikt nie widzi i odlał się na spękany beton, strzepnął, zasunął rozporek i przez długie dwie minuty stał nieruchomo patrząc na sawannę ciągnącą się po zaciemniony chmurami horyzont, na żałosne budynki tego, co rozpaczliwie chciało uchodzić za Ruacana Air Port, na samotny spróchniały baobab sterczący na pustkowiu jak stara, siwa rozczochrana czarownica; siedzi na nim nieruchomo Wojownik Wspaniały. Znał tego ptaka z filmów przyrodniczych i z niedzielnych spacerów do ZOO. Pstryknął Nikonem. O, to kiedyś muszę, pomyślał; piękne plenery, przyroda... Coś dla National Geografic. Pogadać z Wilsonem z BBC? Albo z tym ryżym kutasem z? Można by. Jasne, czemu nie? Discovery albo... Zobaczył piersi dziewczyny. Himba? Himba! Na pewno Himba. Poznał po ozdobach i skórze barwy jasnoczerwonego kakao; kroczyła dumnie z wielkim zielonym kanistrem na głowie, pokrytej warkoczykami oblepionymi czerwoną glinką i ziołami. Zrobił serię ujęć.
Potem odlecieli.
(...)
All right reserved ®

{c}2010
plezantrop
|