PRZY STOLE janusz przetacznik
odsunięte krzesła jak nierówny bruk
przeszkadzają we wzajemności 
nieskalana biel obrusa oślepia niewidzących

na tym kole podbiegunowym
gdzie powiewa proporzec kolejnego zdobywcy
widać wyraźnie te wszystkie nieudolne próby
udajemy że nic nas nie obchodzą
lecz wciąż zasiadamy nad pustym nakryciem

sztućce okażą się zbędne kiedy podadzą nam
jedynie okruchy z pańskiego stołu


PRZYJDZIE CZAS 
janusz przetacznik
jeszcze przyjdzie czas na uderzenie zegara
jeśli potrafisz się przed nim obronić
broń się ale na mnie nie licz
to nie moja duma zabrania ci pomóc
raczej bezsilność którą pielęgnuję
by się kiedyś osłonić nią przed posądzeniem
o dobre albo złe intencje 

i nie kłuje mnie twoje zdziwienie
nie dotyka rąk twoich wołanie o pomoc
stoję twardo na ziemi która się obraca
ale słońce mam zawsze prosto w oczy

i mimo to wszystko lepiej teraz widzę


SPRAWIEDLIWOŚĆ UST   
janusz przetacznik
„Rzekniesz słowo – odeślę ci słowo. Zamilkniesz – i ja zamilknę. 
Czy znasz usta sprawiedliwsze od moich?”
(Parmenion „Echo” w przekł. Zygmunta Kubiaka)


* * *
Danaos przynosili nie tylko podstępne dary
ile to mądrości wlali do głów przyszłych pokoleń
Rzekomo o echu mówią te oczywistości
a to przecież tylko rozmowa pomiędzy nami
siedzimy naprzeciw siebie milcząc
zatopieni w niezwykłej głębi naszych myśli
rozmawiamy przechadzając się po parku
pytasz odpowiadam gdy pytam odpowiadasz

Po cichu każde z nas się zastanawia
czyje usta są bardziej sprawiedliwe


UCIECZKA ZNAD MORZA MARTWEGO  
janusz przetacznik
Nie tylko w kurorcie Ein Gedi nad Morzem Martwym
wszędzie można napluć na bufet barmanowi dać w pysk monetą
wypaść na rozgwieżdżoną latarniami ulicę
między strugi deszczu trąbiących aut rozdarte gęby
gdzie za rogiem czeka całkiem już naćpana lolita
której deszcz zmył z buźki resztki sztucznej młodości
I wszędzie można potem zanurzyć się w dno butelki 
nie widzieć siebie i nieba za oknem co szarzeje jak pysk skacowanego
Bo wszędzie jest Morze Martwe w którym się nie tonie
a mimo to znajdą się tacy którzy potrafią zatopić

Ale przecież wolno ci spróbować masz do wyboru
to cholerne morze lub ulice w deszczu albo słońcu
nawet niebo nad głową czasem uda się dojrzeć
błękitną pustkę upstrzoną z rzadka ptakami
które choć nieraz mają białe skrzydła nie są nawet złudzeniem
Masz do wyboru lepką gęstość wody lub wiatru szarpnięcie
czyjś głos co do ciebie tylko chce przemawiać
i choć to szept na razie możesz go dosłyszeć
kiedyś powiedziano masz o wiele więcej niż ci się wydaje
choćby to rozłożyste drzewo pod którym się możesz
schronić albo wyjść na niego gadać z wiewiórkami

Możesz wreszcie nauczyć nie dać się zatapiać w morzu 
w którym ci żadna ryba nie będzie współczuć co najwyżej dla żartu 
jakiś dzieciak wrzuci kamień w wodę by sprawdzić czy też nie utonie
Nie miej żalu do niego gdy cię trafi w głowę
pamiętaj masz tyle jeszcze możliwości i trochę czasu


W D-DUR CZY W D-MOLL  
janusz przetacznik
(„Nigdy ton nie powraca do struny.” - Stanisław Jerzy Lec)
nie dogonisz tych rozbieganych kadencji
nie złapiesz żadnej nuty
z roztańczonych arpeggiów
lepiej posiedź spokojnie w fotelu
wystarczy ze dyrygent unosi się stojąc 
nie jest tak zmęczony jako ten pianista
w którego bić będą te wszystkie oklaski
kiedy kodą będzie zmierzał ku bocznemu wyjściu 
nieważne czy w adagio czy raczej con moto

już go prawie mają już jest ich samiuśki
bez kotłów i waltorni bez dzwonów
nie puszczą go teraz bisami szarpiąc poły jego fraka
kłania się czy słania
w d-dur czy w d-moll albo bez tonacji
bez polifonii jednym prostym dźwiękiem
maestro się unosi ponad pierwsze rzędy
potem wyżej poza piszczałek koronę
wreszcie znika na chwilę w błysku żyrandola
by znowu wypłynąć gdzieś tuż pod balkonem

i tak płynie i płynie 
płynie maestoso
gasną światła
publiczność znika w garderobie
noc już w filharmonii
pełna durów i molli
spadających teraz w miłym decrescendo


Z Baudelaire’a
(‘Et mes chers souvenirs sont plus lourds que de roques'
Charles Baudelaire) 


To było dawno
zawsze jest dawno dla wspomnień
odchodziłaś odchodziłem
powroty częstsze niż odejścia
czas kręcił się w kółko
trwaliśmy w złudnym przekonaniu
że manipulujemy nim

słowa porywał wiatr
choć jemu właśnie nie chcieliśmy ich rzucać 
gdy zasypialiśmy nad ranem
wieczność zaglądała nam w oczy
gdzieś między głową a poduszką
trzepotała się myśl o rozstaniu
potem dniało

czy w tobie także najbardziej tkwi
Barbizon w listopadzie
nie chodzi o spadające liście
ani cienie malarzy spacerujących
w swych słomkowych kapeluszach

teraz wszystko tam jest inne
odkąd po raz pierwszy
przyjechaliśmy do Barbizon
i nie potrzeba nam było przewodnika
bo nasze ręce bezbłędnie trafiały na siebie
udając tylko że błądzą po naszych ciałach

dlaczego dzisiaj myślę
że coś się rozsypało
a dopiero gdy piasek zamienił się w skałę
moje drogie wspomnienia stały się twardsze od niej

 

{c}2010 janusz PRZETACZNIK