DON PABLO sławomir majewski - plezantrop
(Fragment)
Don Pablo mieszkał w Kamieniołomach, na Wysypisku. Z upodobaniem spożywał niedotuczone dziewczynki w tym pięknym wieku, w którym białoodziane i zwiewne jak motylki, klęczały kiedyś z gromnicami w rączkach przed Panem. I śpiewały Introibo ad altare Dei, Te Deum Laudatur i inne równie natchnione, a piękne. Kiedyś...

Jak wiadomo od czasów Lorenza i Einsteina, czas nie jest materią stałą więc don Pablo miał dwie ery: jedną Przed zaś drugą - Po Bombie, pełną ruin, dwu- i trójgłowców; pomorów, wściekłych bitew o stada zdziczałych, erotycznie woniejących nagoskórych kobiet i wszelakie źródła ropy czy benzyny, wody i zagonów ziemniaka albo kalafiora białego.

Gdy ciężarówki przywoziły świeżą partię zwłok, hakiem wyciągał ze stosów pogniecionych, brudnych i śmierdzących trupów, te nie nazbyt pulchne, nietknięte rozkładem małe kobietki. Tłuste odrzucał z gestem ascetycznego pustelnika, a zagłodzone czy takie nadpleśniałe, pozostawiał krukom i orłosępom. Miał wyrafinowany gust, był estetą i - jak prawdziwy hrabia - biegły w rozpoznawaniu niezawodnych walorów organoleptycznych jadła. Przewoźnicy i mieszkańcy nazywali go don Pablo. Don Pablo nie wiedział, dlaczego, a oni zapomnieli. Może przyczyną był śnieżnobiały gors, może pergaminowo blada peruczka z harcapem, a może to od szpady u boku, może dla szkarłatu jedwabnego pasa, za którym trzymał odbezpieczony pistolet maszynowy, z tych śmiercionośnych malców? Nie wiadomo. W ziemiance skrytej dla pewności pod wrakiem ciężarówki, gotował pożywne rosoły i barszcze, smażył combry i ragout z siekanym dzikim czosnkiem i macierzanką. Wieczorami, przy łojówce, czytał Hemingwaya i Marksa, nasycał ducha Baudelairem i wersami Pańczatantry, a czasami wyciągał fotografię żony i Różyczki z epoki, kiedy miał jakiś dom z jakąś żoną i Różyczką, nim spadła Bomba i zmiotła codzienność, podczas gdy on, głęboko schowany w kopalni, wskazywał rębaczom nowe pokłady macierzystej żyły uranowej rudy.

Don Pablo z braku kobiet odpowiedniej konduity i należytej aparycji, onanizował się wprawdzie, ale raczej okazjonalnie; był schludnym mężczyzną w niepewnym wieku, o wyłuskanych przednich zębach górnych i siwej brodzie cerkiewnego patriarchy. Z natury spokojny (dusza wędrująca przez siebie), łapczywie przeszukiwał ruiny za księgami o tematyce wszelakiej i śladami ludzkich uśmiechów: kwiatek zasuszony w Piśmie, fotografia rodzinna na plaży, koraliki, bucik, flakonik ulecianej perfumy... W każdą Wilię stroił drzewko fragmentami rozbitych butelek, lusterek, cynfolią po czekoladach, kawałkami fotografii dzieci, uśmiechniętych kobiet, grzebieniami. I robił trzy paczuszki: dla Żony, Różyczki i jedną - dla Wszystkich. Wymachując niedogryzioną, smażoną łapką, podśpiewywał nad sagankiem czerniny nienazbyt cierpkiej acz słodkiej, kalendy i pastorałki o Jezusiku, co to się narodził i że jeszcze przyjdzie, a psy siedziały półkolem, w milczeniu czekając, aż ciśnie im tę łapkę albo kawałek innego gnatka. I doczekiwały się rychło, bowiem w noc Wigilijną don Pablo gwarzył z nimi, jak z ludźmi, a serce jego stawało się szczodre.
Na półce ponad schludnym posłaniem, Don Pablo trzymał równiutkie rządki wędzonych główek o jasnych warkoczykach i kitkach, mysich i końskich ogonkach, pszczółkach, koczkach i takich-tam - najprzeróżniejszych dziewczęcych fryzurkach, które godzinami czesał i modelował, nacierał olejem silnikowym, pudrował i odkurzał, by się nie zalęgła wesz i nie zagościł karaluch wszeteczny. Słoiki z peklowanym mięskiem, przekładanym plastrami dzikiej cebuli i ząbkami niedźwiedziego czosnku, nasyconym saletrą zeskrobywaną w pocie czoła z ruin klasztornych katakumb okrywał pledem, a butelki z jagodowym winem, flasze bimbru i suchary miał w uporządkowanych szeregach w piwniczce; był mężem zapobiegliwym i na wskroś akuratnym w chwiejnej materii higieny i porządku. Czasami jadał psy, ale zawsze były to psy obce, kosmate; nieznajome psy jakieś, których pochodzenia nie znał nikt, a wszak mogły być wściekłe. Czasami chwytał w sidła i jadał ptaki - dwugłowe, dwuogoniaste, które Po Bombie rozmnożyły się licznie i dorastały wielkości owiec: tłuste, dyszące, śmierdzące ptaszyska, o dziobach stalowych i pancernych szponach: pożeracze zwłok ludzkich, więc - wrogowie don Pabla.

Osobistym spowiednikiem don Pabla był ojciec Cystern, przesympatyczny starzec o homeryckim śmiechu, jędrnych pośladkach i czerstwej, siwobrodej twarzy z tonsurą nie nazbyt łysawą. Odziany w seledynowy, szorstki habit i sandały wyrobione z opon ciężarówki, wędrował koleinami wśród ruin, dokarmiając zmierzwione, dzikookie Orfanty, te dzieworódcze pomioty kobiecych bestii albo namaszczając konające wśród gruzu i kloacznych wyziewów Smoki – mieszańce białasów, żółtków i czarnuchów z Orfantami. Czasami, za skibkę zapleśniałego chleba rozdawał odpusty, czasami przystał na inny rodzaj transakcji, długi, namaszczony seks z którąś z tych bladych Samotnic w zamian za kilka koronek i ego te absolovo, figlia mia.

Rezydował w pordzewiałej cysternie, gdzie urządził w pocie czoła swego klasztor na obraz i podobieństwo takiego Pana, jakiego zapoznał pewnej nocy i którego nie zawahał się zapytać Quo Vadis, Domine nostri? I nie zraziła go błyskawica, jaką wpierw zobaczył, zaś sekundę później – poczuł w głowie, więc kiedy się zbudził w pyle cegieł i tynków zbroczony posoką, bez złotych zębów w mieszku, wyszeptał w podzięce Benedicte, Domine! i powstał z niezachwianym poczuciem misji do spełnienia, umocniony w wierze na wieki wieków, Amen!

Don Pablo wspierał rozkwit klasztoru na sposoby różne; sprowadzał Orfanty, Smoki, trójgłowców i Ludzkich, by służyli i nawracali się ad maiorem Dei gloriam, znosił meble, zdobywał ziarno, lepił sztukaterie, gładził tynki, nosiwodził albo po prostu rozlewał do szczerbatych mis polewkę z pokrzywy, komosy i tawuły. Miał jednak zajęcie daleko szlachetniejsze, nad owe - w prowizorycznym ongi, a teraz - jak się patrzy urządzonym skryptorium, wygładzał kredą i przycinał na błamy in quarto lub in folio owe delikatne pergaminy, na które wybierał zwłoki najdelikatniejszych dziewcząt, ceniąc sobie nie tylko bladoróżową wewnętrzną skórkę z ud, brzuchów i pośladków, ale także - pachnące egzotyczną rośliną - owe wspaniałe, nieporównywalne, bajecznie aksamitne odcienie hebanu, prześwitujące złotawą czernią skóry, zdarte wprawną dłonią mistrza z pleców niepotrzebnych Samotnic czarnuchów. Poza deszczułkami cisa lub dębu wybierał na oprawy zrogowaciałe, tylne części padłych murarzy lub tragarzy, gdyż bydlęca skóra (jak i samo bydło) rzadka była nad podziw i w bajońskie liczona sumy, ale jego skrzętne, pracowite dłonie umiały im nadać niewzruszoność spiżu i delikatność poranka. Inkaust produkował z krwi a wobec nadmiaru tej lichej, nicwartej materii, nie zaprzątał sobie głowy rezerwami i nie marnował kosztownych flasz.
Czasami gdy popijali jagodowy bimber, nagietkowe wino lub pogryzali świeżo ubitym Orfantem, Ojciec Cystern niejednokrotnie zachęcał don Pabla do zamieszkania w Cysternum ale ten, człek wolny, dumny i niezależny jednaką dawał odpowiedź
- Jeszcze nie czas, Fratre!

Bywało, że wiodąc uczone dysputy nad praprzyczyną Powstania i Upadku obecnego im Trwania, dochodzili do wniosków zatrważających i ocierających się o herezję: Bóg jest Szatanem! Albo zagubieni w pokątnych i plugawych meandrach rozpusty, baraszkując na sianie z Samotnicami o plugawych acz chętnych łonach, dochodzili do zgoła przeciwstawnych wniosków. I wówczas zaskakiwała ich swoją bezradnością owa bezradność czczej definicji.

- Bo jeśli - zapytywał kapłan - Bóg jest Bogiem, a Szatan pozostaje Szatanem, to kto ponosi odpowiedzialność za Orfanty, trójgłowce, Samotnice, Smoki i to, że rodzaj ludzki żywi się ludzkim pomiotem a nie krową łaciatą, barankiem kędzierzawym, ptakiem co kurą był zwany oraz jajkiem i chlebem na chrzanowym liściu? No, kto?
- Ba! Niezmiennie odpowiadał don Pablo i owo Ba! rozpościerało przed nimi oceany niewymierzalne niewiedzy i własnej małości, suto zaprawiane goryczą owych subtelnych ignore, ignorare, ignorum... (…)


(...) 
All right reserved ®

 

{c}2010 plezantrop